środa, 2 września 2015

Dlaczego jestem szczęściarą

Szkolenia i przygotowania w pracy dalej w toku. Młodzież zamieszka u nas 9 września.
Kilka dni temu pewna wspaniała kobieta - psycholożka w domu dziecka - opowiadała nam przeróżne historie, a do mnie za każdym razem docierało, że jestem niebywałą szczęściarą. Jeszcze niedawno myślałam, że ja to mam pecha, że wszyscy wokół mają cudnie i fajnie, a mi to zawsze wiatr w oczy wieje i przychodzą do mnie wszelkie niepowodzenia...
Nieprawda.... mam w życiu tyle szczęścia, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko być za to wdzięczną.

Opowiem teraz kilka smutnych historii napisanych przez życie.
UWAGA - żeby było jasne.
Ani jedna z poniższych historii nie dotyczy nikogo z tego domu dziecka, w którym pracuję. Są to historie autentycznych, jednak anonimowych dzieci, a spisuję je, bo mocno zapadły mi w pamięci, wywarły na mnie ogromne wrażenie i chcę o nich pamiętać, bo każda z nich dała mi ogromną lekcję i otworzyła mi oczy na dziecięce koszmary i przeżycia.
A o moich wychowankach nie pisnę tu ani słowa, choć tak bardzo bym chciała.... Cóż... świat jest pełen różnych ludzi, bardziej lub mniej życzliwych, w związku z tym nawet w moim osobistym wirtualnym pamiętniku nie mogę zapisać konkretów, które mogłyby doprowadzić mnie do zwolnienia z pracy za sprawą ukazywania spraw na zewnątrz.

       ****

W pewnej wielodzietnej rodzinie matka zachodzi w ciążę po raz szósty. Mąż nienawidzi pięciorga swoich dzieci, bo każde z nich stale czegoś chce. A to jeść, a to pić, a to potrzebuje pieluch, a to krzyczą i wydzierają sobie zabawki. A ta jego głupia żona znowu w ciąży. Pewnie nie z nim... Powiedział puszczalskiej żonie, że jak urodzi to dziecko, to nie ma po co wracać do domu. Wystraszona kobieta jeszcze w szpitalu zrzekła się praw rodzicielskich, a noworodek tuż po urodzeniu trafił do domu dziecka.
Mijają dni za dniem, kobieta przeżywa totalny dramat. Rozpacza za synem, myśli o nim, a tęsknotę zaczyna topić w kieliszku wódki. Któregoś wieczora dzieci znowu domagały się kolacji. Wkurzona kobieta wystawiła je za drzwi w środku zimy, zamknęła drzwi na klucz i puściła głośno muzykę, by nie słyszeć ich płaczu... Po kilku podobnych incydentach matce odebrano dzieci i po dziś dzień szóstka rodzeństwa mieszka w domu dziecka...

    *****

Historia pewnej dziewczynki, nazwijmy ją Sylwią.
Sylwia urodziła się brzydka. Już na samym starcie jej życia staje się jasne, że ono nie będzie łatwe. Nie tylko ze względu na rozszczep podniebienia, ale głównie dlatego, że matka - prostytutka, w ogóle nie myśli Sylwii wychowywać. Urodzić też jej nie chciała, ale gdy zorientowała się, że jest w ciąży, na aborcję było już za późno. Z trudem więc donosiła ciążę do końca, ale te trudy i cierpienia skutecznie koił alkohol i lekkie narkotyki.
Gdy wreszcie Sylwia przyszła na świat, kobieta oddała ją do domu dziecka i nigdy więcej nie chciała o niej słyszeć.
Sylwia była grzecznym dzieckiem, lubianym przez rówieśników i opiekunki. Podrosła i wyuczyła się fachu - będzie czesać i strzyc ludzi. Kiedy skończyła 18 lat instytucja zapewniła Sylwii mieszkanie socjalne, a wspaniałe opiekunki zadbały o komfort dziewczyny. Zrobiły zbiórkę pieniędzy, za które podarowały Sylwii wspaniałą porcelanową zastawę, kupiły jej naczynia i kilka innych drobiazgów. Dzień, w którym podarowano jej mieszkanie był bardzo uroczysty. Cały personel ze łzami w oczach pożegnał Sylwię, a delegacja złożona z kilku kobiet pojechała pokazać Sylwii jej nowy dom. Jej prawdziwy dom, jej pierwszy dom!
Gdy przyszły na miejsce, reakcja Sylwii bardzo je zaskoczyła. Dziewczyna zaczęła rzucać naczyniami i krzyczeć, że nie chce tu mieszkać, że oni chcą ją zamknąć chyba w jakimś więzieniu! 18-letnia kobieta nie miała pojęcia o tym, jak wyprać sobie stanik, jak ugotować jajka na twardo, ani o tym, że należy ścierać kurz z mebli. Dzieci, które mieszkają w instytucji nie mają pojęcia o tym, jak się żyje. Mają kobiety, które gotuję im obiady, zmywają po nich naczynia, instytucja zatrudnia przecież i sprzątaczki i kucharki i opiekunki. W efekcie czego 18-latek wychodzący do samodzielnego życia o samodzielności nie ma bladego pojęcia. W dodatku całe życie żył w grupie, a mieszkanie samemu wydaje mu się być koszmarem prowadzącym do poważnej klaustrofobii.

*****

Przypadek ostatni wstrząsnął mną najbardziej, bo otworzył mi oczy i to bardzo szeroko.
Wspaniała 4-osobowa rodzina. Mama, tato i dwoje dzieci w wieku przedszkolnym. Sielanka, szczęście, ognisko domowe, spokój i bezpieczeństwo. Cud, miód, malina, aż tu nagle ! - grom z jasnego nieba! Mama choruje na raka, a leczenie nie przynosi żadnych rezultatów i kobieta umiera. Ojciec zostaje sam z dwójką dzieci, a rozpacz prowadzi go do choroby psychicznej. Dzieci są wciąż pod jego opieką, na nim ciąży obowiązek ich wychowania i dbania o nie. A on - jak to zwykle robią obłąkani - co robi? Dokładnie to - błąka się! Dzieci zostają same w domu, a tato całymi dniami spaceruje po okolicy, bije głową w ścianę, śpiewa piosenki pod nosem i zawsze całuje swoją obrączkę. Kocha dzieci z całego serca, widzi w nich nawet swoją ukochaną żonę. Wie, że musi o nie dbać, więc czasem uda mu się nawet pochuchać, podmuchać na wygrzebany ze śmietnika kawałek wafelka i przynieść go dzieciom w nadziei, że przecież się ucieszą....
W zaistniałej sytuacji dzieci zostają zatrzymane w domu dziecka, ale wciąż dba się o to, by mogły jak najczęściej spotykać się z tatą. Te jednak zaczęły się go wstydzić. Tato śmierdzi, nie myje się, chodzi cały czas w tych samych ubraniach i grzebie w śmietniku. Socjalni pracownicy pewnego dnia pomogli tacie - nakłonili go do kąpieli, zapewnili strzyżenie i czyste ubrania. Tato wszedł do pokoju swoich dzieci, a one rzuciły mu się na szyję krzycząc, że go strasznie kochają!
Ta historia kończy się dobrze. Ojciec stanął na nogi, znalazł uczciwą pracę, zapewnił dzieciom warunki mieszkalne i dzieci wróciły do swojego ojca.


Dlaczego o tym mówię? Dlaczego tak bardzo mnie to dotknęło i dlaczego jestem ogromną szczęściarą?

Kiedyś byliśmy szczęśliwą rodziną. Gdy zmarł tato, jego bezrobotna żona, która do tej pory nie pracowała, została sama z trójką dzieci. Miałam wtedy 9 lat, ale pamiętam, że mama zmagała się wtedy z depresją, pamiętam jak piła tabletki. Podczas tego szkolenia poczułam się, jakby ktoś wylał na mnie wiadro wody! Jakby ktoś mi mówił - "Hej Malwina! Skończ biadolić i się użalać nad sobą! Zobacz jak blisko byłaś innego życia!"
Prawdopodobnie gdyby moja mama wtedy się nie podniosła z dołka, nie dźwignęła i nie stanęła na nogi, to mnie czekałby wtedy podobny los, który spotkał dzieci z opowiedzianej przeze mnie historii. Dotarło do mnie, jak byłam blisko domu dziecka! Nigdy mi to nie przeszło przez myśl, a teraz zrozumiałam, że  tak właśnie było!

Ja znowu widzę, znowu otwieram oczy i patrzę, ja dużo mam i jak jest pięknie tak, jak jest.
Znowu widzę, że wszystkiego w życiu po prostu mieć nie można. A ja mam tyle szczęścia, że nie wiem gdzie go pomieścić!!!
Wszystko jest dobrze, jest pięknie, jest cudnie, więc o co mi chodzi.

11 komentarzy:

  1. Pięknie to napisałaś kochana, aż łezka mi się zakręciła w oczku i to nie jedna

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasami coś się musi wydarzyć, żeby zatrzymać się na chwilę i pomyśleć ponownie nad przeszłością. Dobrze, że u Ciebie skończyło się dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Często to jakimi jesteśmy szczęściarzami dochodzi do nas w obliczu czyjegoś nieszczęścia. Przykre to i smutne, że nie potrafimy sami zauważać i doceniać tego co mamy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz rację, nie potrafimy docenić i cieszyć się swoim szczęściem. Tak jak Ewka pisze, dopiero w obliczu innej tragedii to do nas dociera. Twoja mama musi być niesamowicie silną kobietą, już wiem po kim tak masz :) Sama nie wiem czy udałoby mi się podnieść na nogi...

    OdpowiedzUsuń
  5. W tej przedostatniej historii żal, smutek, rozpacz, depresja, ojca doprowadziły do tego, że stracił nie tylko żonę, ale i poniekąd dzieci... Łatwo jest się poddać, ja sam chyba bym miał myśli samobójcze - niemal na pewno, no ale jakbym miał dzieci, to trzeba ścisnąć zęby i nie dopuścić by cierpiały jego Owoce miłości z Tą żoną, bo na pewno ona tego by nie chciała. Pewno jest m. in. to, że życie na Ziemi jest niesprawiedliwe, ale ten wygrywa, kto umie sobie z tym poradzić.

    OdpowiedzUsuń
  6. Znam kilka historii dzieci z Domu Dziecka. Prosto takie dzieciaki nie maja. Ciesze sie jednak, ze sa na swiecie osoby, ktore sie nie lekaja ich swiata I chca im pomagac.
    Ostatnio poprosilam chlopcow, by schowali do kartonu wszystkie zabawki, ktorymi sie juz nie bawia.
    Nazbierali caly. Wczoraj paczka poleciala do jednego z Domu Dziecka na poludniu Polski. Jest jeden chlopczyk w wieku Misia, dwoch w wieku Starszaka - beda mieli sie czym bawic.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niewątpliwie jesteś szczęściarą. Sama masz na swoim koncie m.in. pokonanie raka. Smutne historie tych dzieci, choć ta trzecia kończy się happy endem. Nie wszystkim jest dane zaznać szczęścia, i to jest niesprawiedliwe. W tych historiach wiele zadecydowały okoliczności. Choć dziewczyna z tej drugiej faktycznie była w stanie stanąć na nogi, bo tak dużo pomocy otrzymała. A jednak jej nawyki były zbyt mocne. Tez często o tym myślę patrząc na… koty i psy. Część z nich zostanie zaadoptowanych i znajdzie swój dom tak jak moja kotka. Ale większość niestety pozostanie na ulicy walcząc o przetrwanie. Podobnie jest z ludźmi. Być może ktoś chciałby zaadoptować ale nie ma warunków. Kiedyś w książce pt. “Bóg zawsze znajdzie ci pracę” Reginy Brett przeczytałam historię chłopca z domu dziecka która ogromnie mnie poruszyła. Jego największym marzeniem było oczywiście mieć rodziców, by ktoś go wreszcie zaadoptował. Żył nadzieją. Nie miał też dużych wymagań co do przyszłej rodziny. Mijały lata a on ze smutkiem patrzył jak jego koleżanki i koledzy z byli odbierani przez nowych rodziców. Jego nikt nie chciał. Przez to chłopiec robił się zgorzkniały i bywały z nim problemy. Prawdopodobnie nigdy nie znalazł rodziców aż w końcu osiągnął dorosłość i musiał iść w ćwiat. Myęle, że to takie dzieci potrzebują przede wszystkim wsparcia, bo nie wiemy czy uda im się znaleźć rodzinę i być szczęśliwym czy też nie. Wierze, że będziesz im w tym jak najlepiej pomagać.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ech, i to wszystko dzieje się gdzieś obok nas, i wcale nie tak rzadko :(
    Wszystkie te historie są przejmujące, ale moją uwagę chyba najbardziej przykuła Sylwia. Uświadomiłam sobie, że wychowankom domów dziecka nie brakuje tylko miłości, opieki, czułości i oddania rodziców. Im brakuje również takiego podstawowego przygotowania do życia- coś niby tak oczywistego, prawda? Nasze dzieci, będące świadkami toczącego się wokół Nich rodzinnego i domowego życia, chłoną to wszystko jak gąbki.
    Malwinko, jestem przekonana, że świetnie sobie poradzisz. Wiem to!

    Nie obwiniaj się o to, że miałaś się za "życiowo poszkodowaną". To chyba już taka nasza natura, że patrząc na swoje życie zawsze odnosimy je do tych, którzy mają od nas "lepiej", którym wszystko się udaje, są zdrowi, uwielbiani, bogaci.

    Buziaki i powodzenia,

    OdpowiedzUsuń
  9. Czasem warto uświadomić sobie ile człowiek ma szczęścia i zatrzymać się na krótką chwilę, może nawet ją złapać i po prostu podziękować. Ostatnia historia jest najbardziej poruszająca i wspaniale, że kończy się dobrze dla taty, że facet jednak wziął się w garść...

    Fajnego weekendu i zapraszam do siebie po małe wyróżnienie dla Twojego bloga :)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za wyróżnienie ;)
      Na dniach będę działać w związku z nim :)
      Pozdrawiam!

      Usuń

Każdy pozostawiony przez Was komentarz jest dla mnie bardzo cenny.
Bardzo serdecznie za niego dziękuję.