niedziela, 1 listopada 2015

Powracam....

Wstałam tego ranka jak zwykle o 7 rano. Kaliny organizm działa jak szwajcarski zegarek i niezawodnie stawia na nogi wszystkich domowników punkt 7:00 każdego dnia. Świątek, piątek czy niedziela.
Świątek....
Wstałam dziś i robiłam całkiem prozaiczne rzeczy, jak każdej niedzieli. Nie poszłam na groby, nie zapaliłam zniczy, nie kupiłam chryzantem i nie dumałam nad grobem bliskich. I wiecie co? Trafia mnie z tego powodu potężny szlag! W takich dniach jak ten, marzę o tym, by żyć w roku 9672 i w ciągu ułamka sekundy teleportować się w wybrane miejsce na świecie. Dokładnie dzisiaj nie znoszę mojej emigracji, nie cierpię! Żadne inne święta nie wywołują u mnie takiej nostalgii, jak Wszystkich Świętych.
Wychowałam się pod cmentarzem. Tak, wiem jak to brzmi. Jako dziecko mieszkaliśmy na wsi w odległości 20 kroków od cmentarza. Później przeprowadziliśmy się do miasta i zupełnie przypadkiem cmentarz też był bardzo blisko. Nie przypominam sobie momentów, by rodzice uczyli mnie, tłumaczyli co to jest śmierć, by próbowali mnie z tym oswoić. To, że ktoś zmarł było dla mnie oczywiste, jasne jak słońce, było nawet elementem codzienności, bo przecież za każdym razem, gdy na cmentarzu odbywał się pogrzeb, słyszeliśmy go aż nazbyt wyraźnie. Czyjaś śmierć towarzyszy mi dosyć często.

Jakiś czas temu zmarł chłopak, z którym chodziliśmy do tej samej szkoły. Nie znaliśmy się osobiście, tylko z widzenia. Kiedy dowiedziałam się o jego chorobie, chciałam uaktywnić moją życiową misję. Chciałam dać mu nadzieję, chciałam dać mu przykład, chciałam mu powiedzieć, jak dobrze wiem, co czuje i jak bardzo wierzę w to, że wszystko skończy się dobrze. Wymieniliśmy ze sobą kilka wiadomości  na FB. Okazało się nawet, że urodziliśmy się dokładnie tego samego dnia i w tym samym roku. Zażartowaliśmy, że chyba wtedy przyświecała nam jakaś pechowa gwiazda.
Wiadomość o tym, że zmarł, powaliła mnie na kolana. Poczułam się beznadziejna, wiecie? Zupełnie jakbym nie wiem co chciała zdziałać moimi "mądrymi" słowami otuchy! Jakbym się uważała za Bóg wie kogo, bo mi się udało! Patrzcie ludzie! Żyję, ty też dasz radę, co by nie! Gówno prawda! Jestem wściekła, że ten młody chłopak zmarł, jestem wkurzona! I jestem o taka, taka mała i nic nie warta!

Kilka tygodni temu tu w Swilengradzie całe miasto obeszła wieść o śmierci 28-letniego chłopaka pracującego w tutejszym salonie sieci komórkowej. Zawsze płaciłam u niego rachunki, chłopak był niebiańsko przystojny i bardzo miły. W pracy nosił elegancką koszulę z krawatem, a gdy kończył pracę, wychodził z salonu w skórzanej kurtce, w ręce trzymał kask. Tyle o nim wiedziałam.
Zabił się na motorze. Zmarł na miejscu, roztrzaskał sobie głowę.
Ta informacja znowu mnie wkurzyła, znowu jestem wściekła na los, na nasza ludzką bezradność. Na to, jacy my, ludzie, jesteśmy mali.

Nieraz myślę sobie, że otarłam się o śmierć kilka razy. Walczyłam zawzięcie o to kruche, ludzkie życie i czuję się jak młoda bogini! Ja pokonałam śmierć, ja! Jestem wspaniała, silna i niezwykła! I znowu GÓWNO PRAWDA! Bo nic nie zależy od nas, ludzi.... Mogę decydować chyba tylko o takich sprawach, jak to, co zrobić na obiad, czy gdzie pojechać na wakacje. Ale o życiu już nie decyduję ja. To, że mi się udało, to tylko dlatego, że tak miało po prostu być... I tyle. Czmychnęłam przed śmiercią jak zwinna sarenka, ale nie wiem tego, czy jutro nie spadnę niefortunnie ze schodów i nie roztrzaskam sobie głowy.
I pewnie wiecie, co czuję na samą myśl? Pewnie, że jestem wkurzona. Nie wiem, może tam gdzieś, gdzie wędruje nasza dusza jest super strasznie fajnie i mega cudownie! Może jest lepiej, niż na ziemi i może w ogóle jest bajerancko!
Wiem tylko, ze wcale nie chcę się o tym jeszcze przekonywać, bo moja córka nie może nie mieć mamy.

********************************************************************************************************************************


Byłam niedawno na badaniach kontrolnych. Miałam nadzieję na super rezultaty. Ja, ja przecież jestem taka wielka, pokonałam raka i mam w sobie tyle siły, a na badania chodzę tylko po to, by się przekonywać i utwierdzać o mojej niezwykłej mocy!
Ja, głupia ja!
Prawdopodobnie nie mam przerzutów, ale mam komplikacje związane z usunięciem organów i jest więcej niż pewne, że bez operacji się nie obejdzie. Nie wiadomo jeszcze kiedy, czy wcześniej, czy później, ale kolejna operacja na pewno będzie.
Znowu dostałam pstryczka w nos. Głupia ja. A czy ktoś mi obiecywał, że teraz już będzie wszystko cudnie?
A miało być tak pięknie, miało już nie wiać w oczy nam.....

Kruche jest to życie, kruche!

12 komentarzy:

  1. Wiem, że tysiąc razy to słyszałaś, ale musisz myśleć pozytywnie. Musisz żyć. Dla siebie, dla córki, dla bliskich. Masz szczęście i tego się trzymaj. Operacja będzie i potem też będzie dalej życie. O tym myśl. Ściskam mocno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moj Maz mieszkal niedaleko cmentarza. Zawsze sie zastanawialam czy jakies dusze nie nawiedzaly pobliskich domow.
    Smierci nie uniknie nikt. Tego mozemy byc pewni - czeka na kazdego z Nas.
    A kiedy? To juz niezalezne od nas.
    Na codzien spotykam sie z powaznie chorymk pacjentami. Niektorzy nie wracaja , niektorzy zdrowieja I nie maja przerzutow.
    Jedni placza na przeswietleniu, inni ciesza sie z kazdej przezytej minuty.
    Malwinko, mam nadzieje, ze obejdzie sie bez operacji.
    Kibicuje Tobie bardzo j wspieram.
    Z pracy wynioslam jedno : ciesz sie z zycia dzisiaj, bo jutra moze juz nie byc....

    OdpowiedzUsuń
  3. Malwina, i jak tu pisać, że wszystko będzie dobrze? Każdy z nas jest taki głupi, kiedy nie wie tego, jak to będzie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja myślę, że los to los z nim się nie wygra.Ale wiesz co?Myślę sobie , że może on jednak lubi rzucać wyzwania.I jak trafia na godnego przeciwnika zostawia go w spokoju.Ty walczysz bo masz dla kogo żyć to jest twoja siła i to pozwala Ci wygrywać. Sama osobiście znam osoby które się poddają. A wówczas co może zrobić medycyna z organizmem który nie chce już walczyć? To chyba właśnie o to w tym też trochę chodzi -o sens życia o to by umieć docenić każda dana nam chwilę. Nie każdy to umie.ja na pewno nie. Głowa do góry kochana-oby tylko kolejne wyzwanie z którego wyjdziesz zwycięsko :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Szczerze przyznam, że przeczuwałam, że u Ciebie nie do końca wszystko ok... :( Malwina, przesyłam Ci pozytywne prądy, żebyś odpędziła od siebie choć odrobinę złych myśli. Śmierć zawsze jest dla nas zaskoczeniem - nieważne czy zabiera osobę młodą czy starą, na nią nie można się przygotować...

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo smutny wpis, aż nie wiem, co napisać. Trzymaj się Malwina!

    OdpowiedzUsuń
  7. Malwinko wysyłam Ci moc pozytywnych myśli i energii i mocno bardzo mocno wierzę, że i kolejną bitwę wygrasz. Ściskam Cię mocno

    OdpowiedzUsuń
  8. Malwinko kochanie. Myśl pozytywnie. Kto jak kto ale Ty i ja wiemy jakie to ważne. Ja też się śmierci wywinęłam i teraz staram się żyć mądrze ale i pełnią życia. Buziolki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Smutne wiadomości :-( Malwina jakby była kiedyś potrzebna jakaś pomoc, zawsze możecie na nas liczyc. Trzymaj się Kochana! Luiza

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Smutne wiesci i kolejna gorzka prawda, ze nie mozemy byc niczego pewni, ale mozemy walczyc ile w nas sil. Kiedy wyjechalam za granicę poznalam tutaj chlopaka, bardzo sympatycznego. Raz przypadkowo spotkalam go na ulicy, rozmawialismy, byl on spokojny i pogodny. Następnego dnia juz nie zyl, bo tak jak Twój znajomy mial wypadek na motorze :( Na dodatek 2 miesiące temu on mnie tym samym motorem podwozil. Po raz pierwszy w zyciu na tym pojezdzie jechalam. Strasznie się balam, ale on dal mi kask, kazal się dobrze zlapać zapewniając, ze wszystko będzie dobrze.
    Potem mój mąz kupil motor, mielismy go przez jakis czas. Przyzwyczailam się ale mimo to czulam niepewnosć. Tak samo on, mimo, ze bardzo chcial mieć motor tez nie byl pewny do czego to doprowadzi. Pózniej wymienilismy go na samochód.
    Kiedy jedziemy w podróz, kiedy spotyka nas choroba lub kiedy kolejny dzień się zaczyna co powinnismy robić? Obawiać się. Moze dbać o siebie, być ostroznym. A moze cieszyć się kazdą chwilą, cokolwiek będzie. Zaakceptować nawet tą niesprawiedliwosć. Bo pozytywne zdarzenia tez przychodzą przypadkiem i z zaskoczenia.
    Ty jednak wiesz, ze musisz zyć. Dla Kaliny! Jest to kolejna próba, którą musisz przejsć. Po prostu zachowaj silę jaką mialas wtedy. Chcemy bys tak samo z tego wyszla. Jakbys chciala się wygadać zawsze mozesz napisać. Sciskam mocno. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mając tak kochającego męża przy sobie, jego miłość i wsparcie, a także przyjaciół - nawet tych internetowych, można optymistyczniej patrzeć w dal. Będzie dobrze, bo wszyscy Cię wspierają :-)

    OdpowiedzUsuń

Każdy pozostawiony przez Was komentarz jest dla mnie bardzo cenny.
Bardzo serdecznie za niego dziękuję.