Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2016

Demony przeszłości




        Kilka dni temu byłam w szpitalu na tomografii komputerowej brzucha. Rozpłakałam się jak dziecko i długo nie mogłam się uspokoić. Wyniki mam dobre, nie mam nawrotu choroby. A rozryczałam się na sam widok wenflonu, który działa na mnie jak uderzenie tsunami. Nienawidzę kroplówek, nienawidzę! Jeden głupi wenflon w mojej ręce natychmiastowo przywołuje mi na myśl wspomnienia, których już nie chcę pamiętać. Chemioterapia, ból, strach, wymioty, zawroty głowy... 
        Jestem silna. Dużo jetem w stanie znieść. Fizycznie i psychicznie. Przynajmniej tak mi się wydaje, dopóki jakiś lekarz nie usiłuje wbijać mi się tym wenflonem w rękę. Wówczas paraliżuje mnie strach,       a przeszłość staje mi przed oczami. I jest taka rzeczywista, taka realna... 

      Wkrótce miną trzy lata od mojej operacji. Pamiętam, że kilka dni przed operacją wcale się nie bałam. Mąż próbował mnie pocieszać, a ja tłumaczyłam mu, że nie czuję strachu, że przywykłam do bólu i że dam sobie z nim radę. Bardziej martwiłam się, że po ciężkiej operacji usunięcia macicy i jajników nie będę mogła przez długi czas zajmować się naszą córką. 
    Pobyt w szpitalu był dla mnie ogromną lekcją. Tam bardzo wyraźnie uświadomiłam sobie, że wszystko dzieje się po coś. A to za sprawą dwóch kobiet...

    Pierwsza Kobieta



    
       Dzień przed wyznaczonym terminem operacji leżałam na sali pooperacyjnej. Zakwaterowano mnie tam przy pacjentkach, które już miały zabieg za sobą. Wśród nich była kobieta około 40-stki, zgrabna, wysoka. Dwa dni temu usunięto jej macicę i jajniki. Zapoznałyśmy się, rozmawiałyśmy o operacji. Odwiedzała ją starsza siostra. Obie mi pomagały, wiedziały, że jestem tam sama, że mój mąż zajmuje się naszą maleńką córką i nie może mnie odwiedzać w szpitalu każdego dnia z racji dzielących nas 180 km. Pierwsza Kobieta była niesamowicie pozytywną osobą. Uśmiech na ustach, serce na dłoni! Zazdrościłam jej tego podejścia do życia. Ja stale się nad sobą udręczałam, zamartwiałam. A ona tryskała życiem. Gdy poczuła się lepiej, przenieśli ją do drugiej sali, a ja tam zostałam. Gdy mnie zoperowano Pierwsza Kobieta przychodziła do mnie, pytała o moje samopoczucie, wspierała mnie. Zawsze serdecznie               i zawsze z uśmiechem. Kiedy mogłam już wstawać, uczyłam się chodzić po korytarzu. Trzymając się ściany szłam za każdym razem o jeden kroczek więcej, niż poprzednio. Któregoś dnia postanowiłam, że tym razem to ja odwiedzę Kobietę w jej sali. Pochwalę się, jak szybko wracam do sił i jak fajnie sobie radzę z chodzeniem! Szłam powolutku  z przekonaniem, że ona za chwilę znowu się do mnie uśmiechnie i powie coś w stylu "Bravo Malwina! Tak trzymaj!" Stanęłam dumna przed salą i otworzyłam drzwi. I wiecie co się stało? Jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.... Pierwsza Kobieta nie żartowała, nie śmiała się jak zawsze. Szlochała okrutnym płaczem zatopiona w ramionach siostry. Nie wierzyłam swoim oczom. Ona? Ona płacze? Przecież jest taka silna, taka radosna, taka optymistyczna! Mój prawdziwy autorytet! Zakłopotana wycofałam się i wróciłam do siebie. Po kilu  godzinach Pierwsza Kobieta sama do mnie przyszła. Powiedziała:
"Malwina, mi też czasem brakuje sił. Jestem sama, nie mam męża, nie mam partnera. I dzieci też już nie będę miała. Mam tylko siostrę. Nasz ojciec zmarł na raka piersi (!), a mama na raka płuc. A ja mam raka szyjki macicy. To nic, dam sobie z nim radę. Wczesne stadium. Rak chce zabrać mojej siostrze wszystkich, których kocha."
Na domiar złego jej siostra nie może mieć dzieci. Starają się z mężem od lat, ale ponoć nie mają szans. Siostry mają tylko siebie...
Dotarło do mnie, jaką jestem szczęściarą. Mam męża, zdążyłam urodzić dziecko zanim zaczęłam leczenie, mam rodzinę gdzieś w Polsce. Daleko, wiem, ale oni tam są. I są przy mnie, mimo dzielącej nas odległości. I co z tego, że mam jakiegoś tam raka.... To taki sobie raczek, dam sobie z nim radę. Zniszczę go, właśnie z nim walczę. Dotarło do mnie, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Że czas szerzej otworzyć oczy, że trzeba doceniać to, co się ma. Tych ważnych, super ważnych, ZAJEBIŚCIE WAŻNYCH ludzi, których ma się przy sobie, bo to oni nadają życiu sens.
       Tak jak mówiłam, od operacji minęło prawie trzy lata. Podglądam czasem Pierwszą Kobietę na facebooku. Zwiedza świat, ma mnóstwo zdjęć z Pragi, Budapesztu, Wenecji, Rzymu, Paryża... Większość fotografii przedstawia miejsca, budynki, krajobrazy. Na niektórych pojawia się czasem selfie Uśmiechniętej Kobiety. Selfie, bo zdaje się, że ona podróżuje... sama.


   Druga kobieta


    Kiedy leżałam na sali pooperacyjnej, na łóżku obok mnie zakwaterowano pewną panią. Kobieta po 50-tce. Średni wzrost, szczupłe nogi, szczupłe ręce, smukła twarz i .... ogromny, ogromniasty brzuch! Brzuch Drugiej Kobiety był tak ogromny, że ta z trudem się poruszała, z trudem siadała, wstawała. Gdyby nie wiek tej pani, powiedziałabym że jest w zaawansowanej ciąży z trojaczkami. Rozmawiałam trochę z nią. Opowiedziała mi o sobie. Była bardzo przejęta operacją. Powiedziała, że nikt jej nie odwiedzi, bo z mężem rozwiodła się dawno temu, a jej jedyny syn na stałe mieszka w Anglii. Dostanie urlop dopiero za dwa tygodnie i wtedy do niej przyleci. Kupił już bilety, przyleci do mamy, gdy ta będzie się już czuła trochę lepiej. Miała ogromną nadzieję na to, że może jednak okaże się, że nie ma raka. Wtedy poleci na wakacje do syna, pozna wnuka.
    Na drugi dzień miała mieć operację. Przyszedł do niej anestezjolog na wywiad, którego chcąc nie chcąc byłam świadkiem. "Ile razy rodziłaś? - Jeden. Ile razy byłaś w ciąży? - Sześć. Ile razy poroniłaś? - Zero. Ile razy usunęłaś ciążę - Pięć."
    Pięć razy dokonała aborcji. Unikam oceniania ludzi. Każdy ma jakieś motywy działania i pomimo nie wiem jak silnych przekonań, tak naprawdę nie wiem, jak postąpiłabym w różnych sytuacjach.  A że gdybanie to jedno z moich ulubionych kierunków myślowych, pomyślałam sobie wówczas, co by było gdyby... gdyby dokonała aborcji nie pięć, a cztery razy, trzy! Może ktoś teraz trzymałby ją za rękę...
    Gdy poczułam się lepiej przeniesiono mnie na drugą salę. Leżałam obok Pierwszej Kobiety i obie słuchałyśmy wieści o stanie zdrowia Drugiej, które nosiły się po szpitalu. Wodobrzusze Drugiej Kobiety było spowodowane rakiem. Właściwie nie wiadomo gdzie był początek raka. Po otwarciu brzucha okazało się, że kobieta ma przerzuty w całej otrzewnej, w większości organów mieszczących się w brzuchu. Pielęgniarki mówiły, że po kolejnych badaniach wynikło, że Druga Kobieta ma także przerzuty dalsze. Było wówczas więcej niż pewne, że ona już nigdy z tego szpitalnego łóżka nie wstanie. I było również  bardzo prawdopodobne, że może już nie doczekać spotkania z synem. 
    Co do mnie dotarło? Tak -  znowu ucieszyłam się, że nie jestem sama, że przecież mam tak wiele!              I utwierdziłam się w tym, że muszę walczyć, że muszę mieć w sobie siłę, że teraz jest czas na walkę z chorobę. Jeśli teraz się nie postaram, kiedyś może być już za późno. Mogę nie mieć drugiej szansy.
 Często w szpitalu nie mogłam spać. Nocami słyszałam jęk, stęk i wycie Drugiej Kobiety dochodzące           z końca korytarza. Wspominałam jaka była zatroskana i jak wierzyła w to, że może jednak nie będzie z nią tak źle. Dotarło do mnie, że rak to NAPRAWDĘ ŚMIERTELNA choroba.      
 Przypomniałam sobie motyw "dance macabre", o którym uczyłam się na studiach polonistycznych. Wizerunek Śmierci na rycinach Hansa Holbeina uświadamiający, że śmierć przychodzi do każdego. Ma gdzieś czyjeś protesty, zaskoczenie, aktywność życiową, wiek, pozycję zawodową. Wykonuje swoją robotę. Przychodzi do człowieka i go zabiera ze sobą.

                                   
I możecie brać mnie teraz za nawiedzoną wariatkę, ale ja to właśnie wtedy myślałam, tej nocy. W Szpitalu Onkologicznych nocą wychodzą demony. Śmiejecie się ze mnie? Śmiejcie... Ale właśnie na onkologii śmierć przechadza się po korytarzu. Zagląda do każdej sali, przygląda się każdemu choremu. Jest straszna, każdy pacjent onkologii ci to powie. Bo każdy pacjent onkologii spojrzał śmierci w oczy.

************************************************************************************************************************************

Dzisiaj jestem zdrowa, a szpitalne doświadczenia są już tylko wspomnieniami. Żyję sobie spokojnie, ale czasem narzekam. Brakuje mi czasu dla siebie, chciałabym mieć większe zasoby portfela, chciałabym być szczupła. Zwłaszcza to ostatnio potrafi nieraz wpędzić mnie w niezłą chandrę. Ale jeśli jeszcze raz któraś z tych spraw znowu zacznie zaprzątać mi głowę, przeczytam powyższy tekst jeszcze raz. Przypomnę sobie, że te problemy, które mam, są takie piękne! Że jeszcze trzy lata temu marzyłam o tym, by te ogromne problemy zastąpić takimi pierdołami jak nadwaga czy zapracowanie i zmęczenie. 
Są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze. A NAJWAŻNIEJSZE są zdrowie i obecność, bliskość tych, których kocham. 
Wszystko mam! Jestem przeszczęśliwa!





niedziela, 1 listopada 2015

Powracam....

Wstałam tego ranka jak zwykle o 7 rano. Kaliny organizm działa jak szwajcarski zegarek i niezawodnie stawia na nogi wszystkich domowników punkt 7:00 każdego dnia. Świątek, piątek czy niedziela.
Świątek....
Wstałam dziś i robiłam całkiem prozaiczne rzeczy, jak każdej niedzieli. Nie poszłam na groby, nie zapaliłam zniczy, nie kupiłam chryzantem i nie dumałam nad grobem bliskich. I wiecie co? Trafia mnie z tego powodu potężny szlag! W takich dniach jak ten, marzę o tym, by żyć w roku 9672 i w ciągu ułamka sekundy teleportować się w wybrane miejsce na świecie. Dokładnie dzisiaj nie znoszę mojej emigracji, nie cierpię! Żadne inne święta nie wywołują u mnie takiej nostalgii, jak Wszystkich Świętych.
Wychowałam się pod cmentarzem. Tak, wiem jak to brzmi. Jako dziecko mieszkaliśmy na wsi w odległości 20 kroków od cmentarza. Później przeprowadziliśmy się do miasta i zupełnie przypadkiem cmentarz też był bardzo blisko. Nie przypominam sobie momentów, by rodzice uczyli mnie, tłumaczyli co to jest śmierć, by próbowali mnie z tym oswoić. To, że ktoś zmarł było dla mnie oczywiste, jasne jak słońce, było nawet elementem codzienności, bo przecież za każdym razem, gdy na cmentarzu odbywał się pogrzeb, słyszeliśmy go aż nazbyt wyraźnie. Czyjaś śmierć towarzyszy mi dosyć często.

Jakiś czas temu zmarł chłopak, z którym chodziliśmy do tej samej szkoły. Nie znaliśmy się osobiście, tylko z widzenia. Kiedy dowiedziałam się o jego chorobie, chciałam uaktywnić moją życiową misję. Chciałam dać mu nadzieję, chciałam dać mu przykład, chciałam mu powiedzieć, jak dobrze wiem, co czuje i jak bardzo wierzę w to, że wszystko skończy się dobrze. Wymieniliśmy ze sobą kilka wiadomości  na FB. Okazało się nawet, że urodziliśmy się dokładnie tego samego dnia i w tym samym roku. Zażartowaliśmy, że chyba wtedy przyświecała nam jakaś pechowa gwiazda.
Wiadomość o tym, że zmarł, powaliła mnie na kolana. Poczułam się beznadziejna, wiecie? Zupełnie jakbym nie wiem co chciała zdziałać moimi "mądrymi" słowami otuchy! Jakbym się uważała za Bóg wie kogo, bo mi się udało! Patrzcie ludzie! Żyję, ty też dasz radę, co by nie! Gówno prawda! Jestem wściekła, że ten młody chłopak zmarł, jestem wkurzona! I jestem o taka, taka mała i nic nie warta!

Kilka tygodni temu tu w Swilengradzie całe miasto obeszła wieść o śmierci 28-letniego chłopaka pracującego w tutejszym salonie sieci komórkowej. Zawsze płaciłam u niego rachunki, chłopak był niebiańsko przystojny i bardzo miły. W pracy nosił elegancką koszulę z krawatem, a gdy kończył pracę, wychodził z salonu w skórzanej kurtce, w ręce trzymał kask. Tyle o nim wiedziałam.
Zabił się na motorze. Zmarł na miejscu, roztrzaskał sobie głowę.
Ta informacja znowu mnie wkurzyła, znowu jestem wściekła na los, na nasza ludzką bezradność. Na to, jacy my, ludzie, jesteśmy mali.

Nieraz myślę sobie, że otarłam się o śmierć kilka razy. Walczyłam zawzięcie o to kruche, ludzkie życie i czuję się jak młoda bogini! Ja pokonałam śmierć, ja! Jestem wspaniała, silna i niezwykła! I znowu GÓWNO PRAWDA! Bo nic nie zależy od nas, ludzi.... Mogę decydować chyba tylko o takich sprawach, jak to, co zrobić na obiad, czy gdzie pojechać na wakacje. Ale o życiu już nie decyduję ja. To, że mi się udało, to tylko dlatego, że tak miało po prostu być... I tyle. Czmychnęłam przed śmiercią jak zwinna sarenka, ale nie wiem tego, czy jutro nie spadnę niefortunnie ze schodów i nie roztrzaskam sobie głowy.
I pewnie wiecie, co czuję na samą myśl? Pewnie, że jestem wkurzona. Nie wiem, może tam gdzieś, gdzie wędruje nasza dusza jest super strasznie fajnie i mega cudownie! Może jest lepiej, niż na ziemi i może w ogóle jest bajerancko!
Wiem tylko, ze wcale nie chcę się o tym jeszcze przekonywać, bo moja córka nie może nie mieć mamy.

********************************************************************************************************************************


Byłam niedawno na badaniach kontrolnych. Miałam nadzieję na super rezultaty. Ja, ja przecież jestem taka wielka, pokonałam raka i mam w sobie tyle siły, a na badania chodzę tylko po to, by się przekonywać i utwierdzać o mojej niezwykłej mocy!
Ja, głupia ja!
Prawdopodobnie nie mam przerzutów, ale mam komplikacje związane z usunięciem organów i jest więcej niż pewne, że bez operacji się nie obejdzie. Nie wiadomo jeszcze kiedy, czy wcześniej, czy później, ale kolejna operacja na pewno będzie.
Znowu dostałam pstryczka w nos. Głupia ja. A czy ktoś mi obiecywał, że teraz już będzie wszystko cudnie?
A miało być tak pięknie, miało już nie wiać w oczy nam.....

Kruche jest to życie, kruche!