Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2016

Demony przeszłości




        Kilka dni temu byłam w szpitalu na tomografii komputerowej brzucha. Rozpłakałam się jak dziecko i długo nie mogłam się uspokoić. Wyniki mam dobre, nie mam nawrotu choroby. A rozryczałam się na sam widok wenflonu, który działa na mnie jak uderzenie tsunami. Nienawidzę kroplówek, nienawidzę! Jeden głupi wenflon w mojej ręce natychmiastowo przywołuje mi na myśl wspomnienia, których już nie chcę pamiętać. Chemioterapia, ból, strach, wymioty, zawroty głowy... 
        Jestem silna. Dużo jetem w stanie znieść. Fizycznie i psychicznie. Przynajmniej tak mi się wydaje, dopóki jakiś lekarz nie usiłuje wbijać mi się tym wenflonem w rękę. Wówczas paraliżuje mnie strach,       a przeszłość staje mi przed oczami. I jest taka rzeczywista, taka realna... 

      Wkrótce miną trzy lata od mojej operacji. Pamiętam, że kilka dni przed operacją wcale się nie bałam. Mąż próbował mnie pocieszać, a ja tłumaczyłam mu, że nie czuję strachu, że przywykłam do bólu i że dam sobie z nim radę. Bardziej martwiłam się, że po ciężkiej operacji usunięcia macicy i jajników nie będę mogła przez długi czas zajmować się naszą córką. 
    Pobyt w szpitalu był dla mnie ogromną lekcją. Tam bardzo wyraźnie uświadomiłam sobie, że wszystko dzieje się po coś. A to za sprawą dwóch kobiet...

    Pierwsza Kobieta



    
       Dzień przed wyznaczonym terminem operacji leżałam na sali pooperacyjnej. Zakwaterowano mnie tam przy pacjentkach, które już miały zabieg za sobą. Wśród nich była kobieta około 40-stki, zgrabna, wysoka. Dwa dni temu usunięto jej macicę i jajniki. Zapoznałyśmy się, rozmawiałyśmy o operacji. Odwiedzała ją starsza siostra. Obie mi pomagały, wiedziały, że jestem tam sama, że mój mąż zajmuje się naszą maleńką córką i nie może mnie odwiedzać w szpitalu każdego dnia z racji dzielących nas 180 km. Pierwsza Kobieta była niesamowicie pozytywną osobą. Uśmiech na ustach, serce na dłoni! Zazdrościłam jej tego podejścia do życia. Ja stale się nad sobą udręczałam, zamartwiałam. A ona tryskała życiem. Gdy poczuła się lepiej, przenieśli ją do drugiej sali, a ja tam zostałam. Gdy mnie zoperowano Pierwsza Kobieta przychodziła do mnie, pytała o moje samopoczucie, wspierała mnie. Zawsze serdecznie               i zawsze z uśmiechem. Kiedy mogłam już wstawać, uczyłam się chodzić po korytarzu. Trzymając się ściany szłam za każdym razem o jeden kroczek więcej, niż poprzednio. Któregoś dnia postanowiłam, że tym razem to ja odwiedzę Kobietę w jej sali. Pochwalę się, jak szybko wracam do sił i jak fajnie sobie radzę z chodzeniem! Szłam powolutku  z przekonaniem, że ona za chwilę znowu się do mnie uśmiechnie i powie coś w stylu "Bravo Malwina! Tak trzymaj!" Stanęłam dumna przed salą i otworzyłam drzwi. I wiecie co się stało? Jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.... Pierwsza Kobieta nie żartowała, nie śmiała się jak zawsze. Szlochała okrutnym płaczem zatopiona w ramionach siostry. Nie wierzyłam swoim oczom. Ona? Ona płacze? Przecież jest taka silna, taka radosna, taka optymistyczna! Mój prawdziwy autorytet! Zakłopotana wycofałam się i wróciłam do siebie. Po kilu  godzinach Pierwsza Kobieta sama do mnie przyszła. Powiedziała:
"Malwina, mi też czasem brakuje sił. Jestem sama, nie mam męża, nie mam partnera. I dzieci też już nie będę miała. Mam tylko siostrę. Nasz ojciec zmarł na raka piersi (!), a mama na raka płuc. A ja mam raka szyjki macicy. To nic, dam sobie z nim radę. Wczesne stadium. Rak chce zabrać mojej siostrze wszystkich, których kocha."
Na domiar złego jej siostra nie może mieć dzieci. Starają się z mężem od lat, ale ponoć nie mają szans. Siostry mają tylko siebie...
Dotarło do mnie, jaką jestem szczęściarą. Mam męża, zdążyłam urodzić dziecko zanim zaczęłam leczenie, mam rodzinę gdzieś w Polsce. Daleko, wiem, ale oni tam są. I są przy mnie, mimo dzielącej nas odległości. I co z tego, że mam jakiegoś tam raka.... To taki sobie raczek, dam sobie z nim radę. Zniszczę go, właśnie z nim walczę. Dotarło do mnie, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Że czas szerzej otworzyć oczy, że trzeba doceniać to, co się ma. Tych ważnych, super ważnych, ZAJEBIŚCIE WAŻNYCH ludzi, których ma się przy sobie, bo to oni nadają życiu sens.
       Tak jak mówiłam, od operacji minęło prawie trzy lata. Podglądam czasem Pierwszą Kobietę na facebooku. Zwiedza świat, ma mnóstwo zdjęć z Pragi, Budapesztu, Wenecji, Rzymu, Paryża... Większość fotografii przedstawia miejsca, budynki, krajobrazy. Na niektórych pojawia się czasem selfie Uśmiechniętej Kobiety. Selfie, bo zdaje się, że ona podróżuje... sama.


   Druga kobieta


    Kiedy leżałam na sali pooperacyjnej, na łóżku obok mnie zakwaterowano pewną panią. Kobieta po 50-tce. Średni wzrost, szczupłe nogi, szczupłe ręce, smukła twarz i .... ogromny, ogromniasty brzuch! Brzuch Drugiej Kobiety był tak ogromny, że ta z trudem się poruszała, z trudem siadała, wstawała. Gdyby nie wiek tej pani, powiedziałabym że jest w zaawansowanej ciąży z trojaczkami. Rozmawiałam trochę z nią. Opowiedziała mi o sobie. Była bardzo przejęta operacją. Powiedziała, że nikt jej nie odwiedzi, bo z mężem rozwiodła się dawno temu, a jej jedyny syn na stałe mieszka w Anglii. Dostanie urlop dopiero za dwa tygodnie i wtedy do niej przyleci. Kupił już bilety, przyleci do mamy, gdy ta będzie się już czuła trochę lepiej. Miała ogromną nadzieję na to, że może jednak okaże się, że nie ma raka. Wtedy poleci na wakacje do syna, pozna wnuka.
    Na drugi dzień miała mieć operację. Przyszedł do niej anestezjolog na wywiad, którego chcąc nie chcąc byłam świadkiem. "Ile razy rodziłaś? - Jeden. Ile razy byłaś w ciąży? - Sześć. Ile razy poroniłaś? - Zero. Ile razy usunęłaś ciążę - Pięć."
    Pięć razy dokonała aborcji. Unikam oceniania ludzi. Każdy ma jakieś motywy działania i pomimo nie wiem jak silnych przekonań, tak naprawdę nie wiem, jak postąpiłabym w różnych sytuacjach.  A że gdybanie to jedno z moich ulubionych kierunków myślowych, pomyślałam sobie wówczas, co by było gdyby... gdyby dokonała aborcji nie pięć, a cztery razy, trzy! Może ktoś teraz trzymałby ją za rękę...
    Gdy poczułam się lepiej przeniesiono mnie na drugą salę. Leżałam obok Pierwszej Kobiety i obie słuchałyśmy wieści o stanie zdrowia Drugiej, które nosiły się po szpitalu. Wodobrzusze Drugiej Kobiety było spowodowane rakiem. Właściwie nie wiadomo gdzie był początek raka. Po otwarciu brzucha okazało się, że kobieta ma przerzuty w całej otrzewnej, w większości organów mieszczących się w brzuchu. Pielęgniarki mówiły, że po kolejnych badaniach wynikło, że Druga Kobieta ma także przerzuty dalsze. Było wówczas więcej niż pewne, że ona już nigdy z tego szpitalnego łóżka nie wstanie. I było również  bardzo prawdopodobne, że może już nie doczekać spotkania z synem. 
    Co do mnie dotarło? Tak -  znowu ucieszyłam się, że nie jestem sama, że przecież mam tak wiele!              I utwierdziłam się w tym, że muszę walczyć, że muszę mieć w sobie siłę, że teraz jest czas na walkę z chorobę. Jeśli teraz się nie postaram, kiedyś może być już za późno. Mogę nie mieć drugiej szansy.
 Często w szpitalu nie mogłam spać. Nocami słyszałam jęk, stęk i wycie Drugiej Kobiety dochodzące           z końca korytarza. Wspominałam jaka była zatroskana i jak wierzyła w to, że może jednak nie będzie z nią tak źle. Dotarło do mnie, że rak to NAPRAWDĘ ŚMIERTELNA choroba.      
 Przypomniałam sobie motyw "dance macabre", o którym uczyłam się na studiach polonistycznych. Wizerunek Śmierci na rycinach Hansa Holbeina uświadamiający, że śmierć przychodzi do każdego. Ma gdzieś czyjeś protesty, zaskoczenie, aktywność życiową, wiek, pozycję zawodową. Wykonuje swoją robotę. Przychodzi do człowieka i go zabiera ze sobą.

                                   
I możecie brać mnie teraz za nawiedzoną wariatkę, ale ja to właśnie wtedy myślałam, tej nocy. W Szpitalu Onkologicznych nocą wychodzą demony. Śmiejecie się ze mnie? Śmiejcie... Ale właśnie na onkologii śmierć przechadza się po korytarzu. Zagląda do każdej sali, przygląda się każdemu choremu. Jest straszna, każdy pacjent onkologii ci to powie. Bo każdy pacjent onkologii spojrzał śmierci w oczy.

************************************************************************************************************************************

Dzisiaj jestem zdrowa, a szpitalne doświadczenia są już tylko wspomnieniami. Żyję sobie spokojnie, ale czasem narzekam. Brakuje mi czasu dla siebie, chciałabym mieć większe zasoby portfela, chciałabym być szczupła. Zwłaszcza to ostatnio potrafi nieraz wpędzić mnie w niezłą chandrę. Ale jeśli jeszcze raz któraś z tych spraw znowu zacznie zaprzątać mi głowę, przeczytam powyższy tekst jeszcze raz. Przypomnę sobie, że te problemy, które mam, są takie piękne! Że jeszcze trzy lata temu marzyłam o tym, by te ogromne problemy zastąpić takimi pierdołami jak nadwaga czy zapracowanie i zmęczenie. 
Są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze. A NAJWAŻNIEJSZE są zdrowie i obecność, bliskość tych, których kocham. 
Wszystko mam! Jestem przeszczęśliwa!





niedziela, 1 listopada 2015

Powracam....

Wstałam tego ranka jak zwykle o 7 rano. Kaliny organizm działa jak szwajcarski zegarek i niezawodnie stawia na nogi wszystkich domowników punkt 7:00 każdego dnia. Świątek, piątek czy niedziela.
Świątek....
Wstałam dziś i robiłam całkiem prozaiczne rzeczy, jak każdej niedzieli. Nie poszłam na groby, nie zapaliłam zniczy, nie kupiłam chryzantem i nie dumałam nad grobem bliskich. I wiecie co? Trafia mnie z tego powodu potężny szlag! W takich dniach jak ten, marzę o tym, by żyć w roku 9672 i w ciągu ułamka sekundy teleportować się w wybrane miejsce na świecie. Dokładnie dzisiaj nie znoszę mojej emigracji, nie cierpię! Żadne inne święta nie wywołują u mnie takiej nostalgii, jak Wszystkich Świętych.
Wychowałam się pod cmentarzem. Tak, wiem jak to brzmi. Jako dziecko mieszkaliśmy na wsi w odległości 20 kroków od cmentarza. Później przeprowadziliśmy się do miasta i zupełnie przypadkiem cmentarz też był bardzo blisko. Nie przypominam sobie momentów, by rodzice uczyli mnie, tłumaczyli co to jest śmierć, by próbowali mnie z tym oswoić. To, że ktoś zmarł było dla mnie oczywiste, jasne jak słońce, było nawet elementem codzienności, bo przecież za każdym razem, gdy na cmentarzu odbywał się pogrzeb, słyszeliśmy go aż nazbyt wyraźnie. Czyjaś śmierć towarzyszy mi dosyć często.

Jakiś czas temu zmarł chłopak, z którym chodziliśmy do tej samej szkoły. Nie znaliśmy się osobiście, tylko z widzenia. Kiedy dowiedziałam się o jego chorobie, chciałam uaktywnić moją życiową misję. Chciałam dać mu nadzieję, chciałam dać mu przykład, chciałam mu powiedzieć, jak dobrze wiem, co czuje i jak bardzo wierzę w to, że wszystko skończy się dobrze. Wymieniliśmy ze sobą kilka wiadomości  na FB. Okazało się nawet, że urodziliśmy się dokładnie tego samego dnia i w tym samym roku. Zażartowaliśmy, że chyba wtedy przyświecała nam jakaś pechowa gwiazda.
Wiadomość o tym, że zmarł, powaliła mnie na kolana. Poczułam się beznadziejna, wiecie? Zupełnie jakbym nie wiem co chciała zdziałać moimi "mądrymi" słowami otuchy! Jakbym się uważała za Bóg wie kogo, bo mi się udało! Patrzcie ludzie! Żyję, ty też dasz radę, co by nie! Gówno prawda! Jestem wściekła, że ten młody chłopak zmarł, jestem wkurzona! I jestem o taka, taka mała i nic nie warta!

Kilka tygodni temu tu w Swilengradzie całe miasto obeszła wieść o śmierci 28-letniego chłopaka pracującego w tutejszym salonie sieci komórkowej. Zawsze płaciłam u niego rachunki, chłopak był niebiańsko przystojny i bardzo miły. W pracy nosił elegancką koszulę z krawatem, a gdy kończył pracę, wychodził z salonu w skórzanej kurtce, w ręce trzymał kask. Tyle o nim wiedziałam.
Zabił się na motorze. Zmarł na miejscu, roztrzaskał sobie głowę.
Ta informacja znowu mnie wkurzyła, znowu jestem wściekła na los, na nasza ludzką bezradność. Na to, jacy my, ludzie, jesteśmy mali.

Nieraz myślę sobie, że otarłam się o śmierć kilka razy. Walczyłam zawzięcie o to kruche, ludzkie życie i czuję się jak młoda bogini! Ja pokonałam śmierć, ja! Jestem wspaniała, silna i niezwykła! I znowu GÓWNO PRAWDA! Bo nic nie zależy od nas, ludzi.... Mogę decydować chyba tylko o takich sprawach, jak to, co zrobić na obiad, czy gdzie pojechać na wakacje. Ale o życiu już nie decyduję ja. To, że mi się udało, to tylko dlatego, że tak miało po prostu być... I tyle. Czmychnęłam przed śmiercią jak zwinna sarenka, ale nie wiem tego, czy jutro nie spadnę niefortunnie ze schodów i nie roztrzaskam sobie głowy.
I pewnie wiecie, co czuję na samą myśl? Pewnie, że jestem wkurzona. Nie wiem, może tam gdzieś, gdzie wędruje nasza dusza jest super strasznie fajnie i mega cudownie! Może jest lepiej, niż na ziemi i może w ogóle jest bajerancko!
Wiem tylko, ze wcale nie chcę się o tym jeszcze przekonywać, bo moja córka nie może nie mieć mamy.

********************************************************************************************************************************


Byłam niedawno na badaniach kontrolnych. Miałam nadzieję na super rezultaty. Ja, ja przecież jestem taka wielka, pokonałam raka i mam w sobie tyle siły, a na badania chodzę tylko po to, by się przekonywać i utwierdzać o mojej niezwykłej mocy!
Ja, głupia ja!
Prawdopodobnie nie mam przerzutów, ale mam komplikacje związane z usunięciem organów i jest więcej niż pewne, że bez operacji się nie obejdzie. Nie wiadomo jeszcze kiedy, czy wcześniej, czy później, ale kolejna operacja na pewno będzie.
Znowu dostałam pstryczka w nos. Głupia ja. A czy ktoś mi obiecywał, że teraz już będzie wszystko cudnie?
A miało być tak pięknie, miało już nie wiać w oczy nam.....

Kruche jest to życie, kruche!

poniedziałek, 18 maja 2015

Co powiedzieć i czego nie mówić osobie śmiertelnie chorej

Zanim człowiek dowie się o tym, że choruje na śmiertelną chorobę, prowadzi normalne życie. Normalne, zwyczajne, podobne do tego, które wiodą jego rówieśnicy. Chodzi do szkoły, do pracy, ma rodzinę, przyjaciół, z którymi zawsze jest o czym porozmawiać. Kiedy dowiaduje się, że umiera, całe życie wywraca się do góry nogami. Każda płaszczyzna życia.
Chory musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości i stawić czoła przeciwnościom. Choroba staje się dla niego teraz codziennością. Każdego ranka budzi się z tą świadomością, cały dzień musi pamiętać o przyjmowaniu leków, bardzo często znosi fizyczne katusze, a wieczorem kładzie się z podobną myślą,  z którą się budził. Kiedy byłam chora, najbardziej lubiłam spać, bo tylko wtedy nic mnie nie bolało i o niczym nie pamiętałam...

Dziś przedstawię kilka subiektywnych porad o tym, jak najlepiej zachować się na wieść o tym, że Twój przyjaciel bardzo poważnie choruje.



  • "Wszystko będzie dobrze" - jest to zdanie, które działało na mnie, jak płachta na byka. Kiedy nie wiesz tego na pewno, czy będzie dobrze, czy nie będzie, nie mów z przekonaniem tego, czego nie wiesz. Czemu? Bo akurat "wszystko będzie dobrze" to utarty frazes, który sam w sobie nie znaczy nic. Mówi się tak nieszczęsnej studentce, która oblała kolokwium i akurat wszystko będzie dobrze, bo postara się zdać następnym razem. Mówi się tak 5-latkowi, który potłukł kolano przy upadku z roweru, bo akurat faktycznie wszystko będzie dobrze, rana się zagoi. Mówi się tak osobie, która złapała totalnego doła, bo prawdopodobnie wszystko naprawdę będzie dobrze, gdyż po burzy zawsze wychodzi słońce.
    Ale kiedy ktoś ma świadomość tego, że choruje na raka, przyszłość stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Wcale nie wiadomo, jak to się skończy i pamięta się o tym, że zamiast dobrze, może być, źle, gorzej aż w końcu tragicznie. Jeśli chcesz kogoś pocieszyć, powiedz:
  • "Jestem przy tobie, nawet jak jest bardzo źle" - masz wielką rację, jeśli myślisz, że chory potrzebuje wsparcia. Musi wiedzieć, że są ludzie, na których może liczyć, na których ramieniu może się wypłakać. Kiedy część moich znajomych, z którymi utrzymywałam regularny kontakt, na wieść o mojej chorobie nagle zupełnie przestała się do mnie odzywać, było mi bardzo przykro. Rozumiem, że zabrakło im odwagi, że nie wiedzieli co powiedzieć. Ale ja miałam ochotę krzyczeć do nich "Ludzie! Ja jestem tym samym człowiekiem. To tylko moje ciało zwariowało, ja wciąż mam z tobą wspólne tematy, wspólne wspomnienia i wspólny język!"... Ale niestety choroba zweryfikowała moje znajomości...
  • Nie mów "Nie płacz". Powiedz "wypłacz swoje wszystkie żale, jeśli jest ci źle".
  • Opowiadaj o sobie. Często w rozmowie z przyjaciółmi, gdy pytałam, co u nich słychać, słyszałam "U mnie średnio, ale moje problemy w porównaniu z twoimi są tak małe, że nie będę ci nimi zawracać głowy." Błąd! Chory nie może mieć w głowie tylko swojej sytuacji. Świat nie kręci się tylko wokół niego, są inni ludzie, są inne problemy, o których chciałam słyszeć, chciałam wiedzieć. Chciałam, by traktowano mnie jak zawsze. Skoro zawsze rozmawialiśmy na te tematy, to czemu teraz mamy ich unikać?
  • Nie mów choremu na raka, który poddany jest chemioterapii, żeby się nie przejmował łysiną, bo "to TYLKO włosy". Jeśli kobieta rozpacza na swój widok w lustrzanym odbiciu, gdzie jej twarz jest nie do poznania, oczy nie mają rzęs, nie ma brwi ani włosów, to wcale nie znaczy, że jest próżna. Chora o tym doskonale wie, że najważniejsze, aby była zdrowa i wie o tym jak nikt inny na świecie, że wygląd nie ma w życiu najmniejszego znaczenia. Jednak to właśnie on, wygląd, nie pozwoli choremu zapomnieć o raku. Tak jak nikt nie wychodzi z domu bez butów, tak chory nie wyjdzie teraz z domu bez okrycia głowy. Okrutne są znamiona choroby, zarówno łysina, jak i blizny, które już zawsze będą przypominały o raku. I choć łysina jest tylko (daj Boże) przejściowym kalectwem, nie tak trwałym jak np. amputacja piersi, to jednak jest przeklętym znamieniem, zupełnie jakby człowiek miał na czole napisane "mam raka". Co więc powiedzieć?
  • Dobrze jest żartobliwie zauważyć, że nie każdy człowiek ma możliwość na totalną zmianę włosów! Po leczeniu choremu urosną zupełnie nowe, absolutnie zdrowe i piękne włosy, z nowymi cebulkami, gęste i silne, niezniszczone i odnowione. Takie włosy będziesz mieć w prezencie! A póki co, trzeba wskazać, jak radzić sobie z łysiną. Można zakamuflować się tak, że nikt, kto nie wie, nie zorientuje się, że jest się łysym/chorym. Ja nosiłam perukę, na zmianę z turbanami, chustkami i czapkami. Rysowałam sobie brwi kredką do oczu i zakładałam okulary przeciwsłoneczne, które zakrywały brak rzęs. Byłam jedną z was. Czy zdajecie sobie sprawę, ilu ludzi, z którymi mijacie się na ulicy, wraca do domu, ściąga włosy, zdejmuje okulary, wyciera brwi i zdejmuje wyjściowe ubranie, które ładnie przykryło okaleczone ciało? Przebiera się w domowy dres i przestaje kłamać, że jest kimś innym, niż właściwie jest.
  • Nie unikaj kontaktu wzrokowego. Cały czas kręcimy się wokół tego, by chorego traktować NORMALNIE. Normalnie z nim rozmawiać i normalnie na niego patrzeć. Dzieciom od małego jest wmawiane, że niegrzecznie jest przyglądać się kalekim. Słusznie. Ale niektórzy dorośli ludzie za bardzo wczuwają się w zapamiętane jeszcze z dzieciństwa "nie-gapienie się!", że w ogóle nie patrzą się na swojego chorego rozmówcę. Kiedy spotykałam się z pewną znajomą, widziałam dobrze, że dziewczyna nie wie, gdzie podziać oczy. Mówiła do mnie, rozmawiała ze mną, ale nie spojrzała na mnie ani razu. Krępowała ją moja obecność i miała szczęście, że niemalże zawsze widziała mnie w towarzystwie mojej kilkumiesięcznej córki, a na dzieciach łatwo i przyjemnie można zarzucić wzrok. Patrzyła więc na dziecko, ale mówiła do mnie. Dzisiaj jestem zdrowa, a ona patrzy na mnie i mówi do mnie.
  • "Masz dla kogo żyć." - to zdanie-zbawienie! Choremu trzeba dawać nadzieję, bo walka ze śmiertelną chorobą to prawdziwa fizyczna męka. Skoro rak ma tak potężną siłę, że zabija człowieka, to walka z nim nie będzie lekka. Warto więc dawać choremu siłę, mówiąc że ma dla kogo żyć. Bo żaden człowiek nie żyje tylko sam dla siebie.
    Kiedy było mi bardzo źle, kiedy leczenie doprowadzało mnie do takiego stanu, że leżałam na podłodze w toalecie, rzygałam na siebie i krzyczałam, że dłużej nie wytrzymam, mój (cwany!) mąż przychodził do mnie i mówił "Wstawaj! Tam w pokoju czeka na ciebie twoja córka, dla której musisz znaleźć siły. Wstań dla niej. Co jej powiem za kilka lat? Że mama się poddała?" Każdy człowiek, chory czy zdrowy, musi wiedzieć, że jest komuś potrzebny.
  • Daj przykład. Wskaż pokrzepiającą literaturę na temat choroby. Pokaż choremu, że wielu ludzi przeszło podobną sytuację. A najpiękniejsze przykłady są te z życia wzięte. Powiedz choremu o innych przypadkach, ale koniecznie prawdziwych! "Moja koleżanka/mama/ciocia/znajoma miała raka jajnika i wyleczyła się! Dziś już minęło 10 lat od czasu choroby, a ona ma się dobrze!" Takie przykłady są niezwykle budujące i przysięgam, że były balsamem dla mej duszy. Chciałam stale słyszeć o ludziach, którzy się wyleczyli. Każda jedna taka historia była dla mnie ogromną dawką nadziei!
    I chwała ludziom za książki, które piszą o chorobie, za blogi! Bo jeśli trafią one chociaż do jednej osoby, którą spotkało to samo i która zmaga się z tym, co dla autora jest już wspomnieniem, to niech autor wie, że zrobił dobry uczynek! A jeśli odbiorców jest dużo, to zrobił po prostu kawał DOBREJ roboty.
  • Ostatnia rzecz to moje ulubione słowa! I ulubione czyny....
    Najbardziej wzruszało mnie, najbardziej zawsze doceniałam, najbardziej za to wszystkim dziękuję - za słowa "Modlę się za ciebie!"
    Wcześniej nie przypuszczałam, że przyjdą takie dni w moim życiu, że dziesiątki moich przyjaciół i rodzina będą się za mnie modlić. Kto myśli o tym, że może spotka go takie okrucieństwo, że będzie się szukać dla niego ratunku w modlitwie?
    Wyobrażałam sobie moją mamę, która za dnia siedziała z różańcem w ręku i się o mnie modliła, wyobrażałam sobie moje przyjaciółki, które w wieczornej modlitwie pamiętały o mnie, wyobrażałam sobie moją rodzinę, która modliła się na mszy w mojej intencji, wyobrażałam sobie moje koleżanki z liceum, gdzie na ślubie jednej z nich powierzono Bogu modlitwę także w intencji mojego zdrowia...
    Na samą myśl o tym płakałam słodkimi łzami i sama nie wiem, czy bardziej ze wzruszenia, czy z wdzięczności...
    Bo oto okazywało się, że ja naprawdę mam dla kogo żyć...
                       

środa, 25 marca 2015

Angelina Jolie i jej gen


Angelina Jolie usunęła niedawno jajniki i jajowody. Ma wadliwy gen, który dawał jej 50 % szans na zachorowanie na raka jajnika. Jak wiadomo, dwa lata temu usunęła obie piersi, przez które również mogła śmiertelnie zachorować. Prawie 40-letnia kobieta po histerektomii wchodzi natychmiastowo w okres menopauzy. Czeka ją wiele przykrości z tym związanych, które będą nieodwracalnym skutkiem operacji.
Cały świat mówi o jej kobiecych gadżetach i komentuje jej decyzję. Ikona kobiecego piękna i seksapilu schodzi z piedestału na ziemię i staje się śmiertelnym człowiekiem, takim, jak każdy inny. Jedni wyśmiewają jej poczynania, inni ją podziwiają.

Dwa lata temu leżałam w szpitalu onkologicznym. Tuż obok mnie leżała kobieta, która miała wadliwy gen odpowiedzialny za raka piersi i raka jajników. Opowiadała mi, że guza piersi odkryła przypadkiem. Zaswędziała ją okolica pachy i gdy się podrapała, pod palcem wyczuła wypuklenie. Biopsja była jednoznaczna, rak piersi. Przeszła operację i poddaje się właśnie chemioterapii.
Siedziała wtedy przede mną podłączona do kroplówki, przez którą do jej krwi toczyła się chemia. Jej mąż stale trzymał ją za rękę, a ona wciąż się uśmiechała. Jej uśmiech był dosyć smutny. Powiedziała do mnie wtedy:
- Mam 50 lat, mam kochającego męża i dwójkę dorosłych dzieci. Jestem babcia, a niedługo urodzi się kolejny mój wnuk. Wszystko mam. Po co mi te piersi, skoro one są chore. Jeśli są chore, to trzeba je usunąć. Kobieta to nie tylko wygląd.
Mniej więcej w tym samym czasie świat obiegła wiadomość o tym, że sławna aktorka poddała się profilaktycznej operacji usunięcia obu piersi. Aneglina Jolie to kobieta jak każda inna, śmiertelna i skłonna do chorób. Angelina Jolie to nie tylko cycki.
 Cieszy mnie, że aktorka nigdy nie przekona się na własnej skórze, co znaczy mieć raka piersi, czy raka jajników.
Ja dzisiaj jestem zdrowa, ale rak stale gdzieś tam wisi w powietrzu. Jak już go miałam raz, być może historia się powtórzy, jak to w onkologicznych sprawach się zdarza. Dlatego stale wykonuję szereg badań profilaktycznych.
Bo wiecie co? Jest ogromna różnica pomiędzy słowami "MOGĘ mieć raka", a słowami "MAM raka".
I wierzcie mi, ta różnica jest przepiękna.

środa, 22 października 2014

Wygralam

Zycie!
Jestem w autobusie. Nie cierpie dusznych autobusow, nie znosze pisac na tablecie.  Nie cierpie jezdzic do Plovdiv na badania. Mam dosc tego strachu, czy moge zyc kolejne 3 miesiace spokojnie. Byle  do terminu nastepnej wizyty kontrolnej. Nienawidze czekac w kolejce do lekarza i patrzec na pacjentow po drugiej stronie korytarza. Chce, czy nie chce, jestem swiadkiem ich reakcji po odbiorze wynikow biopsji. Tylko niewielka czesc tych ludzi wychodzi z gabinetu z usmiechem na ustach. Pozostala czesc jeszcze dlugo nie zazna uczucia ulgi. Nienawidze ogladania ludzkiej rozpaczy.
Jade do domu. Tam czeka na mnie najwiekszy skarb na swiecie - moja corka. Czeka tez i mama i golabki na obiad. A gdy maz wroci z pracy, idziemy na randke. Jest cudnie.
A dobre wyniki badan sprawiaja, ze mam sile gory przenosic!

niedziela, 5 października 2014

Przybylska

Anna Przybylska dziś zmarła na raka.

Morderca, sadysta, okrutnik, bezwzględny, nieprzebłagany, zawzięty i złamany ch.j!

Nienawidzę raka.

środa, 20 sierpnia 2014

O złej nowinie

Dzień,w którym zmieniło się wszystko. Dzień, w którym moje życie wywróciło się do góry nogami.

Mam pamięć do dat. Wystarczyłoby pamiętać o urodzinach najbliższych i rocznicy ślubu, ale ja pamiętam wiele innych konkretnych dat. Kiedy po raz pierwszy całowałam się z chłopakiem, kiedy utraciłam dziewictwo, kiedy przeprowadziłam się do Bułgarii i kiedy usłyszałam, że mam raka. Liczby, które w tym wszystkim nie mają żadnego znaczenia i tak siedzą uporządkowane w mojej głowie.

22 lutego 2013 r., piątek.
Tego dnia wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły mi, że coś się dziś wydarzy. Od samego rana padał deszcz. Straszna, rzadko spotykana ulewa i zawierucha. Nie potęguję grozy jak u Słowackiego, gdzie przyroda współgra z uczuciami bohaterów. Przyroda tego dnia na prawdę oszalała, a za oknem było straszliwie ponuro. Jakby świat płakał nade mną.
Nie działała telewizja, wszystkie książki, które miałam ze sobą w szpitalu już przeczytałam. Coś czułam, że ten dzień będzie mi się dłużył. Zawsze dzień się dłuży, gdy się na coś czeka. Następnego dnia mieli mnie wypisać ze szpitala, a na powrót do domu, nic dziwnego, że czeka się z utęsknieniem.

Rano spacerowałam po szpitalnym korytarzu. Z daleka zobaczyłam profesora, jak biegnie w moim kierunku. Profesor to złoty człowiek, dla mnie nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Ale jego wyraz twarzy zawsze był surowy. Poker face, która nigdy nie ujawnia emocji. Ale ja czułam, że coś się stało.

Kazał mi położyć się na łóżku, bo chciałby sprawdzić mój brzuch. Położyłam się grzecznie i niemalże ujrzałam gwiazdy, gdy on naciskał mi okolice świeżej rany. Spytał, kiedy przyjedzie mój mąż. Odpowiedziałam, że jutro, bo przecież jutro mają mi ściągnąć szwy i mnie wypisać do domu.
- Dzisiaj. Koniecznie dzisiaj twój mąż ma przyjechać. Ja będę w szpitalu jeszcze przez najbliższe 3 godziny i zanim wyjdę, chcę was obojga widzieć w swoim gabinecie.
- Ale panie profesorze, czy coś się stało?
- Chcę Was widzieć razem w moim gabinecie. DZIŚ.
I tak nic więcej nie mówiąc profesor zniknął z mojego pola widzenia, zostawiając mnie z szeroko otwartymi oczami ze zdziwienia i strachu.

Zadzwoniłam do męża, a ten bez wahania ruszył w drogę razem ze swoim bratem. Czekałam na niego i dumałam, co też profesor może nam powiedzieć. Bo przecież nie powie mi, że mam raka. Na pewno mi tak nie powie. Jest wiele oczywistych powodów, dla którego nie będę miała raka.
Po pierwsze - jestem za młoda.
Po drugie - takie rzeczy przytrafiają się w książkach, we filmach, a jeśli już w realu, to każdemu innemu, ale przecież nie mi.
Po trzecie - nie mam czasu na raka. Dopiero co urodziłam dziecko.
Po czwarte - nie mogę tego zrobić mężowi. Urodzić mu dziecko, po czym oznajmić - "Umieram."
Po piąte - jestem tu w Bułgarii tylko z mężem, moja rodzina jest daleko. Jesteśmy sami, potrzebujemy wsparcia.
Podobne powody mogłabym tak wtedy dwoić i troić i powielać na wszystkie sposoby. Chyba miałam mocne argumenty, prawda? I pewnie za tę swoją pychę los dał mi po gębie. Zejdź na ziemię dziewczyno. Życie to świnia, która zawsze ci rzucała kłody pod nogi, a teraz naszykowała ci tych kłód cały stos.

Nagle wszyscy na oddziale zaczęli być dla mnie wyjątkowo mili. Kobieta, która sprzątała nasze sale i zawsze na mnie wtedy krzyczała, że nie rozumiem, że do tego kubła wyrzuca się takie śmieci, a do drugiego kubła inne śmieci (tak, może wtedy nie rozumiałam, co tam na tych kubłach było napisane), nagle stała się anielsko pomocna i życzliwa. Ty nie wstawaj, leż, odpoczywaj, ja ci podam, ja ci przyniosę, ja to wyrzucę. Doktor, który zajmował się świeżo upieczonymi matkami, był tego ranka dla mnie szczególnie miły. Zatroskany obejrzał moje piersi, zdumiony, że stale nie mam pokarmu. Rozkminiał nad powodem mojej wysokiej temperatury i przepisał mi tabletki na jej obniżenie. Choć jeszcze wczoraj mówił, że 37,5 stopni to nic strasznego i że obniża wyłącznie wyższą temperaturę. Dziś postanowił mi ulżyć, mimo, że termometr pokazywał 37, 2.
Jedna z asystentek lekarza podczas wizytacji stale na mnie patrzyła z łezką w oku. Szturchnęła koleżankę, każąc jej spojrzeć na mój kubek ze zdjęciem mnie i męża i westchnęła "Ale oni się kochają!".

Chwilę po wizytacji przyszła pielęgniarka i powiedziała, że moja rana na brzuchu ładnie się goi i jeszcze dziś zdejmą mi szwy i wypiszą do domu. Pójdą mi na rękę, żeby Hristo nie musiał drugi raz jeździć z daleka następnego dnia. Idealnie.
Kiedy kobieta odlepiła mi opatrunek, spojrzałam na moją ranę i się przeraziłam. Wyglądałam jak zarżnięta świnia. Powiedziałam, że ta rana jest straszna, że mam dużo szwów i wyglądam okropnie. Koleżanka ze sali, Marija, powiedziała wtedy - Malwina, nie przejmuj się. Dziś można kupić przeróżne maści, po których rana ci zniknie. Ani ślad po niej nie zostanie!
Pielęgniarka, która do tej pory oczu nie podniosła spod mojej rany, gdy to usłyszała, spojrzała na mnie i powiedziała:
- Dziewczyno... Ty się w ogóle tą raną nie przejmuj. Najważniejsze, żebyś była żywa i zdrowa. 
Popatrzyłyśmy po sobie z Mariją... Ale ją wzięło na filozofie... Z tej pielęgniarki zawsze była żartownisia, a dziś jakby nie ta kobieta.

Przyjechał Hristo. To była najbardziej magiczna chwila w historii całego naszego związku. Magiczna, bo rozumieliśmy się bez słów. Przyszedł i nie było całuska na przywitanie, jak zawsze. Nie było ani jednego słowa między nami, żadnego "cześć kochanie", czy "będzie dobrze". Oboje już przeczuwaliśmy, co usłyszymy. Stanął przede mną i słyszałam, jak połknął ślinę. Bez słowa wzięliśmy się za ręce i ruszyliśmy korytarzem w stronę gabinetu profesora. Ten uścisk mówił nam wszystko - że będziemy razem i że mamy siebie.

Szalenie elegancka sekretarka profesora była - a jakże by nie - przemiła dla nas. Kazała poczekać chwilkę, a gdy profesor się zjawił, stanęła z boku i obserwowała. Profesor zdjął swoją pokerową twarz i pokazał emocje. Był strasznie przejęty. Wyglądał jak zbity pies - smutek, żal, współczucie miał wymalowane na twarzy.
- Zaprosiłem was tutaj, bo nie mam dobrych wiadomości. Tak bardzo jest mi przykro.
Masz raka, moja dziewczynko.


Straszny deszcz za oknem, dębowe biurko pana profesora, czerwone szpilki sekretarki, skórzane obicia foteli, twarz męża nie do poznania. Nie wiedziałam na czym mam zawiesić wzrok.

Tego dnia nic się nie stało. Pan profesor miał po prostu gorszy dzień w pracy. Musiał powiedzieć swojej pacjentce, którą nawet zdążył polubić, że oto ta młoda pacjentka umiera. Pan profesor wróci do domu i wydarzenia dzisiejszego dnia będą do niego wracały jeszcze przez, być może, kilka dni. Miał dziś okropny dzień w pracy, po prostu.

Tego dni nic się nie stało. Nie rozstąpiła się ziemia, nie spadła na ziemię plaga szarańczy, nie było zaćmienia słońca, ziemia nie zapłonęła żywym ogniem, ani nie nastała ciemność. Tego dnia końca świata nie było.

To tylko mój świat cały się zawalił.

wtorek, 29 lipca 2014

O ludziach na oddziale położniczym

W tym szpitalu mi się podobało. Tak, na prawdę, choć sama się temu dziwiłam i zaskoczona byłam swoją własną myślą "Tu jest fajnie!". Położne były wspaniałymi kobietami, a szczególnie jedna, Petja, która była bardzo życzliwym i dobrym człowiekiem. Lubiłam ją bardzo za to, z jaką wyrozumiałością i troską pomogła mi wstać z łóżka po raz pierwszy tuż po operacji, za to, że gdy tylko miała przerwę, parzyła dla siebie kawę, a mi robiła "Inkę" i siedziała razem ze mną w mojej sali. Za to, że przychodziła wcześniej do pracy, żeby jeszcze przed swoją zmianą dotrzymać mi towarzystwa.
Lubiłam spędzać czas ze studentkami. Dziewczyny, które odbywały praktyki w tym szpitalu były mniej więcej w moim wieku. Też każdą wolną chwilę spędzały ze mną. To było szalenie miłe, bo przecież mogły siedzieć w swoim gronie, ale wolały rozmawiać ze mną i umilać mi ten pobyt w szpitalu. Pamiętam, jak się śmiały, gdy zobaczyły moją książkę pt. "Matka i dziecko". Mówiły - "Ta książka wygląda fantastycznie. Wielki, encyklopedyczny poradnik. Świetne wydanie i super obrazki. Ale jak można taką książkę zatytułować <Macica i detsko.>?" Po bułgarsku wyraz "matka" oznacza macica.
Petja zastanowiła się nad tym chwilę i powiedziała "No tak, ileż w tym jest prawdy. Przecież macica, to dla nas taka matka!"

Nikt mnie tam nie oceniał, nie dyskryminował z racji narodowości ani nie uważał za gorszą. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili.

Dwa dni po porodzie profesor Pehlivanov przyszedł zobaczyć, jak się czuję. Przybiegł, oczywiście, bo spokojnego kroku u tego mężczyzny nie widziałam. Ja w tym czasie myłam zęby nad umywalką, a on powiedział.
- No Malwina, idę zobaczyć, jak się masz, ale widzę, że radzisz sobie bardzo dobrze. Tak trzymaj!
I już się odwrócił, gotowy do dalszego maratonu po szpitalnych korytarzach. Zatrzymałam go jakimś niezrozumiałym bełkotem, wyplułam pastę do zębów, wytarłam usta i spytałam:
- Panie profesorze, co to było? Dlaczego to tak strasznie bolało? Co się stało.
- Malwina, ty właśnie po to tu byłaś. Stało się. Cysta pękła i miałaś szczęście, że byłaś w szpitalu. Gdybyś była w domu, czy gdziekolwiek indziej, lekarze mogliby nie zdążyć. Twoja cysta była ogromna. Z jajnika nic nie zostało i musiałem go usunąć.

Aha.. Stało się dla mnie jasne, dlaczego kobieta obok, która zaledwie jeden dzień przede mną miała cesarskie cięcie, teraz śmiga sobie po korytarzu, jest w znacznie lepszej formie, niż ja, siadanie nie sprawia jej takiego trudu, jak mi. To nie była zwykła cesarka, ale także usunięcie jednego jajnika i laparoskopia, której zadaniem było wyssanie rozlanych we mnie resztek cysty.
- Czekamy na wyniki badań histopatologicznych. Wysłaliśmy twój jajnik na biopsję.
Wcale się nie przeraziłam tymi słowami. Ot, zwyczajne badanie. Przecież wszystkie zmiany guzopodobne wysyła się na biopsję. Moja mama miała biopsję tarczycy, biopsję mięśniaków na macicy. Wyniki nic nie wykazały. Biopsja, jak biopsja. Na pewno nic nie będzie strasznego, bo przecież to by było totalne przegięcie. Oczywiste jest, że w tym momencie mojego życia nie rozchoruję się na raka. Dopiero co urodziłam. Kalina leży w szpitalu. Nie będę mieć teraz raka. To nie wypada. Proste.
- Malwina, a dlaczego nie usunęłaś tej cysty na samym początku?
Dlaczego jej nie usunęłam? Dlatego, że sześciu na sześciu lekarzy mówiło mi, że moja cysta nie jest żadnym problemem ani zagrożeniem dla mnie i dla dziecka. Nie usunęłam dlatego, że każdy jeden mówił, że to zupełnie nic nie szkodzi, że ją mam. Że nie znalazł się ani jeden lekarz, który by mi choćby zasugerował, że to może być coś groźnego. Czy będąc u sześciu różnych ginekologów, gdzie każdy był w tej kwestii tego samego zdania, należało wtedy szukać siódmego, ósmego, dwudziestego, który chciałby mój tamtejszy spokój zakłócić? Czy jeśli takie samo zdanie na temat tej cysty miała zarówno niezbyt kompetentna lekarka ze Swilengradu, jak i super kompetentny ginekolog z prywatnej kliniki ginekologicznej w Płowdiwie, i kilku dobrych lekarzy z Haskovo, a nawet cieszący się bardzo dobrą opinią rzeszowski ginekolog w swoim prywatnym gabinecie, to miałam wtedy szukać sobie siódmej opinii, Bóg jeden wie gdzie? Panie profesorze... widzę, że nie tylko Polak mądry po szkodzie...

Pewnego razu, leżąc na łóżku, przyszła do mnie jakaś pani profesor z grupą zagranicznych studentów. Spytała, czy mogą zrobić ze mną wywiad. Zgodziłam się. Otoczyli moje łóżko z każdej strony i pamiętam, że czułam się przytłoczona.
Strasznie się dziwili. "20-cm cysta??? 20???" Może się przesłyszeli, może nie zrozumieli.
Zadawali mi przeróżne pytania co do mojego cyklu miesiączkowego sprzed ciąży. Powinnam była się domyśleć, że coś wisi w powietrzu, że lekarze podejrzewają wyniki mojej biopsji, a studentów wysłali do mnie na wywiad, by ci uczyli się wykrywać ewentualne oznaki raka jajnika.

Leżała ze mną na sali pewna dziewczyna. Różnica, jaka dzieliła nasze porody stanowiła jeden dzień. Marija czuła się znacznie lepiej. Nie chodziła jak połamana, siadała znacznie zgrabniej, już od dawna nie miała gorączki, a dwa dni po porodzie pojawił się u niej pokarm. Ja pokarmu nie miałam w ogóle. Mimo nabrzmiałych piersi i moich usilnych starań, przez cały tydzień pokarm się nie pojawił.
Mariję operował doktor A. Tak, ten sam, który chciał mnie operować. Wchodził do sali, w której byłyśmy z Mariją tylko my dwie. Witał się z nią szeroki uśmiechem, ale mojego "dzień dobry" jakby nie słyszał. Marija długo starała się o dziecko. Gdy w końcu zaszła w ciążę, okazało się, że w macicy oprócz płodu, ma również mięśniaka. Każdy ginekolog, z którym się spotkała, radził usunąć ciążę, razem z mięśniakiem. Chodziła od lekarza, do lekarza w całej Bułgarii, aż w końcu znalazła takiego, który  nie sugerował aborcji i dał jej nadzieję na macierzyństwo. Podjął się operacji usunięcia mięśniaka, kiedy Marija była w ciąży. Dla płodu to była bardzo niebezpieczna operacja, bo w grę wchodziło otworzenie macicy. Ale zabieg się powiódł. Wykonany był na samym początku ciąży. Dziecko urodziło się zdrowe i jest dla Mariji jej własnym, prawdziwym cudem. Kto był tym wspaniałym lekarzem? Doktor A. Tak, ten sam, który przymierzał się do mojej operacji i do mojego portfela. Który ze mną rozmawiał kiedyś zupełnie beznamiętnie o usunięciu cysty w zaawansowanej już ciąży.
Nie powiedziałam Mariji o moich doświadczeniach z tym lekarzem. Nie widziałam takiej potrzeby. Moje wrażenia były niczym w porównaniu z tym, jak wielką wdzięczność ona czuła. Przez myśl przeszło mi, że zwyczajnie musiała nieźle zabulić za tak fachową rękę pana doktora, ale z drugiej strony pomyślałam - a jakie to ma znaczenie? Chęć posiadania dziecka jest często tak ogromna, że człowiek jest w stanie zapłacić każde pieniądze za możliwość bycia rodzicem. Doktor A., mimo że w moich oczach i doświadczeniach był, jaki był, nauczył mnie trochę pokory. Co dla jednych jest czarne, dla innych może być białe, a dla jeszcze innych szare. Chyba właśnie takie to życie jest, prawda? Czy można tak ludzi zaszufladkować?
Marija nigdy nie pytała, dlaczego pan A. ma klapki na oczach, gdy wchodził do naszej sali. Jak koń ma na oczach blindy, by nic nie widział oprócz tego, co znajduje się przed nim, tak doktor A. patrzył wiernie tylko przed siebie, bo ja byłam przecież przeźroczysta.

Myriji syn był cudowny. Duży, czerwoniutki, z okrągłymi policzkami i nosem identycznym, jak jego mama. Cieszyłam się razem z nią. Obserwowałam jej bolesne próby karmienia piersią, jej troskę o każdą kupkę czarną, zieloną czy jaką tam jeszcze.... jej przejęcie pępkiem, odbijaniem, czkawką...
Ta kobieta staje się mamą z prawdziwego zdarzenia. Obserwowałam, szeroko otwierałam uszy na każdą radę położnej, uczyłam się.
I co rusz słyszałam, jak Marija odbiera telefon zawsze tymi samymi słowami:
"O dziękuję! Tak, jest piękny! Do mnie podobny! Duży, prawie 4 kilogramy! Czuję się dobrze, przy nim zapominam o bólu."
Mój telefon się nie urywał. Nikt nie dzwonił z gratulacjami.
Czy Kalina jest piękna? Nie wiem, wiem tylko, że jest biedna! Że ledwo żyje. Czy do kogoś podobna? Nie wiem, pozwalają mi ją zobaczyć jedynie przez 2 minuty dziennie. Duża? Nieee... Teraz waga jej spadła do 1500 gramów. Jak ja się czuję? Źle. Nie ma wybuchu endorfin i o niczym nie zapomniałam.

sobota, 19 lipca 2014

O oddziale położniczym

- Malwina, Malwina, wszystko jest dobrze... Malwina.... jesteś z nami? Malwina, Malwina... -
Moje imię słyszałam kilkanaście razy. Cóż z tego, skoro powieki miałam tak bardzo ciężkie, że nie było takiej siły, która by dała radę je podnieść.
Gdy próbowano mnie wybudzić z narkozy szybko wróciła do mnie świadomość, ale moje ciało nie zamierzało tego pokazać. W końcu usłyszałam głos mojego męża i słowo "Malwina" wypowiedziane z jego ust poskutkowało. Pamiętam dobrze, że stwierdziłam wtedy ... No dobraaa...jak mężuś mnie woła to łaskawie dźwignę te powieki ...

Gdy otworzyłam oczy, widziałam tylko Hristo, choć wiem na pewno, że ktoś jeszcze stał wtedy obok niego. Domyśliłam się, że to teściowa. Z lewej strony zaś dochodził do mnie głos położnej. Ale ja widziałam tylko męża. Podniosłam do niego rękę, żeby mnie przytulił i pocałował. Dziś się z tego śmiejemy. Nawet w sytuacji, gdy dopiero co mnie operowano, oczywiste było dla mnie, że z mężem trzeba zawsze przywitać się całusem na dzień dobry! Spytałam tylko "Jak dziecko?", a on odpowiedział "Dobrze".
Kłamał. Pojęcia nie miał wtedy jeszcze o tym, co z naszym dzieckiem. Dopiero co przyjechali do szpitala. Dosłownie wszedł na oddział, a ja wyjeżdżałam w tym momencie z sali operacyjnej. Nie miał możliwości zapytać wtedy nikogo o to, co z dzieckiem. Ale inaczej nie mógł mi powiedzieć. Wyznał mi to dopiero po kilku, kilkunastu może dniach od mojego powrotu do domu, kiedy mogliśmy już spokojnie wracać myślami do tego dnia i rozmawiać o nim.
A ja na wieść o tym, że z dzieckiem wszystko jest dobrze, odetchnęłam z ulgą i powiedziałam mu niebywałą nowinę:
- Aha, to dobrze. Bardzo chcę mi się spać, przepraszam.
Zamknęłam oczy i usnęłam. Sorry skarbie, ale nie pogadamy sobie. Spać mi się chce.

Nie wiem ile czasu minęło, gdy znów się zbudziłam. Tym razem była przy mnie położna, której nie znałam. Młoda kobieta. Do sali wszedł Hristo i przyniósł mi wszystkie niezbędne rzeczy po porodzie, których ja oczywiście nie miałam, bo przecież jasne było dla mnie, że jeszcze mamy czas, żeby mi wszystko przywiózł. Mogłam już z nim porozmawiać. Powiedział, że dziecko urodziło się większe, niż przypuszczano. Kalina ważyła 1700 gramów i mierzyła 40 cm. A co najważniejsze - dziewczynka jest bardzo silna. Mogła oddychać sama! Mogła! Mimo, że płuca nie były jeszcze do końca rozwinięte, ale dziecko oddychało samo! Spytałam, czy ją widział, a on na to:
- Tak. Malwinko, ja tak pięknego dziecka jeszcze w życiu nie widziałem.

Pamiętam, jak kiedyś w Polsce pewien ksiądz mówił podczas rekolekcji, że kobieta czuje się matką już w momencie, gdy dowiaduje się, że jest w ciąży. Że już wtedy rodzą się uczucia matczyne i są one pielęgnowane na długo przed pojawieniem się dziecka na świecie. Już podczas ciąży wiadome jest dla matki, że dla dziecka jest w stanie zrobić wszystko. Ojciec natomiast czuje się ojcem dopiero wtedy, gdy dziecko jest już na świecie. Urodzenie się jego dziecka zwala na niego lawinę emocji i wzruszeń.
Hristo faktycznie był wzruszony. Cały się trząsł. Nie wiem, czy z radości, czy ze strachu, z przejęcia, czy ze wszystkiego na raz.

Ależ mu zazdrościłam, że mógł ją zobaczyć. Ja byłam w stanie poruszać jedynie powiekami, a moje prośby, żeby mi ją tu przywieźli, bym mogła ją zobaczyć, były daremne. Gdy Hristo pojechał do domu, poprosiłam położną, czy może coś dla mnie zrobić. Gdy spytała, czego chcę, odpowiedziałam, że zdjęcie. Oczywiście, nie ma problemu, zrobi mi zdjęcie. Wytłumaczyłam jej, w której kieszeni torby znajdzie telefon, a ona, ku mojemu zdziwieniu, oddaliła się lekko ode mnie i przymierza się do zdjęcia!
- Nie! Nie mi! Dziecku!
Ręce opadają! Ona chciała mi zdjęcie zrobić tuż po operacji. Szkoda, że mnie o uśmiech jeszcze nie poprosiła. Cheers!
Powiedziała, że niestety, ale dziecku nie może zrobić zdjęcia i oddała mi telefon.
Cóż, najwyraźniej muszę poczekać, żeby zobaczyć córkę.

Zadzwoniłam do mamy, która na przemian śmiała się i płakała. Gubiła się w słowach i plątała je. Jak to? Ona zawsze miewa przeczucia, że coś się dzieje, a tym razem nie miała żadnego? A jej córeczka urodziła dziecko,  właśnie była krojona skalpelem, a ona nic nie przeczuwała... Wszystko będzie dobrze.... To super, że oddycha sama... Oj, jaka malusia się urodziła... Wszystko będzie dobrze... To ja już jadę do ciebie... 
Sto pytań. Milion słów. Zrozumiały chaos.
Obiecałam dzwonić często i informować ją o wszystkim.

Leżałam sama na sali. Co rusz jakaś położna kręciła się przy mnie, mierzyła mi temperaturę, sprawdzała, czy rana się nie otwiera (o Jezus Maryja, Boże Święty, jak to bolało!), zmieniała kroplówkę. Kazali spać, odpoczywać, nie ruszać się, zbierać siły na jutro. Bo jutro wielki dzień! Jutro miałam wstać z łóżka. To na prawdę było stresujące i przejmujące wydarzenie, bo na tę chwilę nie byłam w stanie się ruszać.

Wieczorem przyszły do mnie dwie kobiety w białych fartuchach. Położna przedstawiła im mnie słowami "To jest mama Kaliny".
Mama Kaliny! Jeszcze wczoraj można było o mnie powiedzieć, że jestem żoną, kochanką, córką, siostrą, kuzynką, przyjaciółką, synową, wnuczką, siostrzenicą, bratanicą....... A kim jestem dzisiaj? Jestem MAMĄ KALINY. Jestem mamą! Pierwszy raz ktoś tak o mnie mówił.
Panie okazały się być lekarkami z Oddziału Intensywnej Terapii Noworodka.
- Bardzo nam przykro... Twoja córka, pomimo, że przez jakiś czas umiała oddychać sama, teraz okazuje się, że sobie z tym nie radzi. Musieliśmy przenieść ją do inkubatora. Ponad to zawartość cysty, która wylała się w Twoim brzuchu wywołała u dziecka infekcję. Musimy podawać jej lekarstwa, bez których się nie obejdzie. Powiemy tak: najbliższe trzy doby pokażą, czy dziecko przeżyje. Miejmy nadzieję, że uda się pokonać infekcję.

Nie rozumiałam, co one mówią. I nie chodzi tu o to, że szanowne panie mówiły po bułgarsku. Nie rozumiałam, nie docierało do mnie, nie kontaktowałam tak, jak należy. Mój mózg potrzebował czasu, żeby wszystko do mnie dotarło. Nie wiem, czy to przez gorączkę, przez zmęczenie, znieczulenie, nerwy. Słowa, które usłyszałam przetworzyłam w głowie na krótką informację: "Jest źle!"

Marzyłam, żeby już było jutro. Jutro wstanę z łóżka, a jak wstanę, to pójdę zobaczyć córkę. Muszę spać, szybko zasnąć i spokojnie spać. Niech jutro będzie jak najprędzej.

O 6.00 rano zbudziła mnie położna (przemiła, kochana, dobra, dusza-człowiek!) i jej asystentka. Ok... nie będę się teraz wdawać w szczegóły. Wstałam. To się liczy... Nieważne jak i z jakim trudem i jak to się odbyło. Wstałam, dwa kroczki zrobiłam nawet. Położyłam się dalej. Super! Po południu znowu wstawanie...

Około 11.30 zdecydowałam, że wstaję i ruszam na spotkanie z moim dzieckiem. Gdybym zamiast wstawania z łóżka, miała wygrzebywać się ze studni, tudzież z telewizora, wyglądałabym dokładnie tak, jak upiorzyca Samara ze słynnego filmu "The Ring." Nie przesadzam. Ta sama szpitalna, poplamiona kiecka, długie, lepiące się, rozczochrane włosy na całej twarzy i te same ruchy!  Moja sprawność fizyczna na tamtą chwilę była w opłakanym stanie i chodziłam jak połamana. Wyszłam na korytarz i musiałam zorientować się, gdzie jestem, gdzie się udać. W prawo, czy w lewo. Usłyszałam, że z lewej strony dochodzą odgłosy płaczących dzieci. Idę tam. Młodziutkie i piękniutkie studentki spojrzały na mnie dziwnie, a lekarka spytała, o co chodzi.
-Chcę zobaczyć moje dziecko.
Spytała, jak mam na imię, po czym stwierdziła, że moje dziecko jest na drugim końcu korytarza. Tam znajduje się oddział Intensywnej Terapii. Świetnie. Na drugim końcu... Szłam trzymając się ściany. Stanęłam przed drzwiami, zapukałam.
Otworzyła mi starsza kobieta.
- Chcę zobaczyć moje dziecko.A ona na to:
- Nie widzisz co tu jest napisane? Konsultacje i odwiedziny dzieci na oddziale są od 12.00 do 12.30! Widzisz która jest godzina? 11.30. Przyjdź za pół godziny.
Myślałam, ze tę panią uduszę! Że wezmę i zrobię z niej to, co Samara robiła z tymi, co jej zaleźli pod skórę! Za pół godziny? Babo, czy ty wiesz ile mnie kosztowało doczłapanie się tutaj? Za pół godziny musiałabym się czołgać po ziemi chyba, bo już wiem, że kolejnego wstawania dziś nie będzie! Na pewno nie w przeciągu pół godziny. Nie interesuje mnie, co jest tu napisane.
Zamiast tego wszystkiego, powtórzyłam raz jeszcze, że chcę zobaczyć moje dziecko. Przedstawiłam się, powiedziałam, że wczoraj urodziłam. Kobieta się nade mną zlitowała i wpuściła mnie do środka. W progu pomogła mi, bym nie zaplątała się w moje cewniki, założyła maskę na usta, fartuch, ochronę na pantofle.

Kto choć raz był na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodków, ten wie dobrze, co się moim oczom ukazało. Inkubatory, respiratory, monitory, rurki, dreny, cewniki, igły, kroplówki. Tam po lewej stronie korytarza krzyk. Dzieci płaczą, domagają się mleka, przytulania, całowania. Tutaj cisza. Też dzieci. Domagają się życia.

Serce miałam w gardle. Przełykanie śliny było bolesne.
Chodź, zobacz, twoja córka leży tutaj. Poznaj swoje dziecko.
Idę.
Kalina. Moje dziecko. Moja.
Leży w pampersie, który, mimo że najmniejszego rozmiaru, zapięty był aż pod samymi pachami.
Malusia. Moja.
Leży i się nie rusza. Ani drgnęła. Jedynie maszyny informują mnie, że serce bije, że dziecko żyje. Oczy zamknięte. Kości, same kości. Stopa wielkości mojego paznokcia. Małe ciałko z mojego ciała. Moje dziecko.
Witaj. To ja, twoja mama. Bądź silna, córciu.


wtorek, 15 lipca 2014

Żyjemy dalej

Wczoraj, faktycznie, caaaały dzień byłam w Plovdiv na badaniach. Z jednego gabinetu, do drugiego, z jednego budynku do drugiego. Z jednymi wynikami ustawiałam się w kolejce po następne. Wróciłam zmęczona i miałam prawo nie mieć na nic sił. Chociażby na to, żeby tu zaglądnąć.

Dzisiaj już nic mnie nie tłumaczy. Choć staram się o wczorajszym dniu nie myśleć, jestem dłużna tym wszystkim osobom, które trzymały za mnie kciuki, napisać co i jak. Przede wszystkim bardzo wszystkim za kciuki dziękuję! To dla mnie szalenie ważne, wierzcie mi.

Wszystko jest dobrze. Choć nie mam jeszcze wyników wszystkich badań, to jak na razie nie ma niczego niepokojącego i wszystko jest dobrze. Uff, kamień spadł mi z serca i kolejne trzy miesiące żyjemy dalej. Spokojnie. Byle do następnej kontroli.

A ja uciekam przed samą sobą. Od wczoraj jestem bardzo przygnębiona. Nie chodzi o to, że złe wspomnienia do mnie wróciły. Z tymi wspomnieniami nauczyłam się żyć. One zawsze wracają. Każdego dnia wracają.
Chodzi o to, że strasznie, okropnie, niesamowicie bardzo przygnębiające są historie wszystkich tych ludzi razem wziętych i każdego z osobna.

Czekam w kolejce do ginekologa. Drzwi obok, długa kolejka, w której i ja siedziałam rok temu. Młode dziewczyny czekające badanie przed przyjęciem do szpitala (czyt. przed operacją usunięcia macicy). Patrzę na te twarze i myślę sobie "Spoko, dziewczyny, straszna droga przed wami, ale kiedyś ustawicie się do tej kolejki, w której ja stoję tu teraz. Będziecie chodzić tylko na kontrole i wszystko będzie dobrze."

Inne badanie. W innym budynku. Na oddziale chemioterapii. Tam to dopiero doła można złapać. Śmierdzi, strasznie śmierdzi chemią, ale możliwe, że tylko mi się wydaje. Chce mi się rzygać, jak tylko stanę przed tym budynkiem. Nienawidzę chemioterapii.
I ci ludzie. Tam to dopiero są dramaty. A ja siedzę w kolejce do następnego badania i ogarnia mnie rozpacz. Choć na co dzień dużo się uśmiecham i jestem mega szczęśliwa. Moje szczęście nie jest  ani naciągane, ani na pokaz, ani nie wiem, jakie jeszcze. Jest szczere. Ale przez takie dni, jak wczorajszy, spadam z chmur na ziemię. Przypominam sobie, że to życie bywa podłe. Okrutne i niesprawiedliwe. I że boli. Że życie boli straszliwym bólem i męką.

Jestem totalną idiotką. Ostatnimi czasy strasznie przejmują się nadprogramowymi kilogramami. Ćwiczę każdego dnia i zmieniłam nawyki żywieniowe. A waga ani drgnie! Jak to potrafi mnie załamać, jaka chodzę wściekła i sfrustrowana! I.... jaka głupia!
Boże, dziękuję Ci, że moja szanowna dupa nie mieści się w ulubione dżinsy! Bo o takich pięknych problemach jak ten marzyłam jeszcze rok temu. Żeby mój organizm nabrał siły, żeby mnie nic nie bolało, żeby być zdrową i silną. A dziś, kiedy mam wszystko, to jeszcze mi źle? Głupia jestem, przyznaję ze wstydem, jestem idiotką.

Ja przecież mam wszystko.

czwartek, 3 lipca 2014

O porodzie

Często słyszę, że dla kobiet dzień, w którym rodzi się dziecko, jest najpiękniejszym dniem w życiu. To bardzo dobrze, tak powinno być. Dzień, w którym urodziłam Kalinę wcale nie był piękny. Był straszny. I jeśli mam go stopniować piękny, piękniejszy, mniej piękny, to był on zdecydowanie jeden z tych najgorszych.

Później pojawiły się piękniejsze dni. Kiedy mogłam wziąć Kalinę do domu i kiedy wiedziałam, że jest blisko mnie i nic jej nie grozi. Dziś każdy dzień jest tym najpiękniejszym. Kiedy ją przytulam, kiedy mówi "mama", kiedy nic nas nie boli i jesteśmy spokojne. Nie ogarnia mnie trwoga w każdej sekundzie, czy przeżyjemy, czy nie.

Nic nie zapowiadało tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Poprzedniego dnia wprawdzie miałam skurcze, ale to nie one były przyczyną wcześniejszego porodu. Kobieta, która robiła mi wtedy USG zauważyła, że moja 15 - centymetrowa cysta znowu urosła. Mierzyła już 20 cm średnicy. Była większa od głowy dziecka. Nie powiedziano mi o tym wtedy, żeby mnie nie denerwować, nie straszyć. Ale i tak stało się.  Cysta w końcu pękła. W moim brzuchu toczyła się istna wojna wszelkich możliwych organów. Cysta stale rosła i domagała się miejsca. Macica również rosła razem z dzieckiem. Jedno napierało na drugie. Wczorajsze skurcze spowodowane były uciskiem z każdej strony. Nieustanne skurcze żołądka spowodowane wymiotowaniem. Co chwilę pełny pęcherz. Każdy organ domagał się swojego, w końcu gdy poszłam zrobić siku, cysta wkurzyła się już nie na żarty i pokazała, kto tu rządzi.

Właśnie zaczął się 34. tydzień ciąży. Jeszcze kilka godzin temu byłam w 7. miesiącu, a tego dnia właśnie zaczął się miesiąc ósmy. Rano zbudziłam się pełna energii. Nic mnie nie bolało, nie miałam twardego brzucha. Czułam się świetnie. Jeszcze przed poranną wizytacją lekarską wzięłam prysznic i czułam się jak nowo narodzona. To wtedy podczas wizytacji lekarz powiedział mi, że te skurcze będą hamować farmakologicznie tak długo, ile będzie trzeba. Spokojnie, wszystko będzie dobrze, jeszcze trochę ponosisz ciążę.

To była sobota. Niewielu lekarzy na dyżurze, niewiele położnych. Zwykle korytarze były pełne ludzi, bo szpital, w którym leżałam, to szpital uniwersytecki, w związku z tym wielu studentów odbywało tam praktyki. Chodzili całymi grupami, gromadami po korytarzu. Pomiędzy salami dla pacjentów znajdowała się nawet jedna sala wykładowa, gdzie profesor Pehlivanov dawał wykłady. Ale tego dnia nie było go w pracy. Jak na złość nie miałam nawet żadnej towarzyszki na sali. Byłam sama.

Poszłam do toalety i ledwo wyszłam z niej o własnych siłach. Poczułam najpierw lekki ból na dole w brzuchu po lewej stronie. Dokładnie tam, gdzie miałam torbiel. Co robić? Wzięłam głęboki oddech i lekko zgięta z bólu małymi kroczkami wyszłam z toalety. Usiadłam na swoim łóżku i oddychałam. Chciałam się upewnić, czy dzieje się coś złego, czy może to jakiś chwilowy ból. Bolało coraz bardziej. Małymi kroczkami, zgięta w pół ruszyłam do pokoju położnych i znów, jak na złość, nikogo w nim nie było. Wiedziałam już, że nie jestem w stanie zrobić ani kroku więcej, więc zdecydowałam, że zaczekam tam na pielęgniarkę, że na pewno za chwilę  ktoś się pojawi.
Gdy przyszła położna, przeraziła się moim widokiem. Nasz dialog był krótki. Ja przez zęby powiedziałam "boli", ona wystraszona zapytała "zawołać lekarza?". Powiedziałam "tak" i w mgnieniu oka lekarz był przy mnie.

Lekarz, z którym widzimy się pierwszy raz na oczy. Jego pierwsza myśl była, że kobieta po prostu rodzi, skurcze ma, bóle porodowe. Chciał, żebym poszła z nim do salki, w której ma sprzęt Usg, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nie byłam w stanie wstać o własnych siłach, a co dopiero iść. Zawieźli mnie tam na wózku inwalidzkim. Kazali się położyć, co - przysięgam - graniczyło z cudem. Ból się nasilał. Położna podłożyła lekarzowi moją kartę pod nos. Rzucił na nią okiem, spojrzał na monitor i złapał się za głowę. Nakazał położnej zawołać kogoś. Nagle znalazło się obok mnie czterech lekarzy i trzy inne kobiety. Całe mnóstwo specjalistów, tylko tego jednego, któremu ufałam, nie było.

Poprosiłam, żeby wezwano profesora Pehlivanova. Powiedziano mi, że on już jest w drodze do szpitala. Odetchnęłam z ulgą.
Co się działo z moim ciałem..... Boże, nie chcę tego pamiętać, ale to zawsze do mnie wraca. Pot strużkami lał się po moim ciele, zupełnie tak, jakbym właśnie brała prysznic.  A mój brzuch... Nie było go. Mój wielki, ciążowy brzuch zniknął! Skurczył się. Spojrzałam po sobie, ale nie odeszły mi wody. Czułam niesamowity (NIESAMOWITY!) ból po lewej stronie i ten ból całą mnie chciał wessać. Nieraz mówi się, że ktoś "zwija się z bólu". Ten frazeologizm w moim przypadku pozbawiony był metaforycznego znaczenia, bo ja całkiem realnie zwinęłam się w kłębek. Zupełnie, jakbym w brzuchu po lewej stronie miała odkurzacz, który całą mnie wciąga do środka. Nie byłam w stanie oderwać kolan od piersi! Cała byłam skulona, a do tego mój brzuch zniknął. Płakałam i krzyczałam "Ludzie! Gdzie jest mój brzuch, ratujcie moje dziecko, szybko! Gdzie jest moje dziecko, gdzie mój brzuch!".

Chwilę potem zobaczyłam profesora. Cała jego surowość, groza, jaką we mnie budził, srogość, wszystko to zniknęło mu z twarzy, a na niej pojawiła się ogromna dobroć. Z oczu patrzyło mu troską. Położył swoją ogromną dłoń na moim ramieniu i powiedział:
- Malwina, muszę Cię teraz zoperować.
Rozpłakałam się już na dobre. Zapytał, czemu płaczę. Powiedziałam mu, że bardzo się boję o dziecko. A on na to:
- Malwina, ja Ciebie nie będę kłamał. Twoje dziecko urodzi się bardzo małe. Będzie ważyć 1200 gram i nie obiecuję ci, że ono przeżyje. Ale jeśli w tej chwili nie zrobimy operacji, to ty najdalej za 20 minut umrzesz z bólu. A razem z tobą umrze twoje dziecko.

Co wtedy czułam? Co czuje człowiek, gdy wie, że teraz już nic nie zależy od niego? To już nieważne, czy ja będę silna, czy niesilna. To nie ma znaczenia. Czy będę płakać, wyrywać sobie włosy z głowy, oddychać głęboko. Bo właśnie w tej chwili ja nie mogłam zrobić absolutnie nic. Moje życie leżało w czyichś rękach.

Poprosiłam o telefon, żeby zadzwonić do męża. Na sali operacyjnej zadzwoniłam do Hristo. Powiedziałam mu, że strasznie mnie boli i że teraz będę miała operację. On również wspomina ów dzień w ten sposób, że nigdy nie był aż tak przerażony. Płakałam mu do telefonu "Kochanie, profesor mówi, że ja za chwilę mogę umrzeć". Hristo ruszył w drogę, którą zawsze pokonuje w co najmniej 2,5 godziny. Tym razem przyjechali w godzinę, razem z rodzicami i bratem.

Wokół mnie przygotowania do operacji. Dali mi zastrzyk uśmierzający ból dzięki czemu faktycznie trochę mi ulżyło i mogłam nawet wyprostować nogi. Ale profesor powiedział, że to wcale nie znaczy, że problem zniknął. Wiedziałam to....
Anestezjolog przeprowadził ze mną błyskawiczny wywiad, podczas gdy wszyscy wokół przygotowywali salę do operacji. Czy jestem uczulona na jakieś leki, czy piłam jakieś lekarstwa podczas ciąży, czy przeżyłam jakieś choroby. I ostatnie pytanie - czy to mój pierwszy poród. Powiedziałam, że tak, a on na to - to ile dzieci już pani ma? Myślałam, że w tym momencie oszaleję. Mówię mu "Tak, mówię tak, to mój pierwszy poród, nie rodziłam wcześniej!!!". Lekarz na to "Przepraszam, usłyszałem -nie-". Odpowiedziałam mu:
- Nie mógł pan usłyszeć -nie-, kiedy mówiłam tak! Nie wszyscy kręcą głowami na odwrót. Słuchajcie tego co ludzie mówią, a nie jak ruszają głowami!
Jezu, jaka byłam wściekła! Oni nawet na stole operacyjnym, który był dla mnie wtedy jak łoże śmierci, będą mnie denerwować! I wymagać ode mnie żebym na odwrót kręciła głową. To jest ostatnia rzecz, o jakiej chciałabym wtedy pamiętać. Bo nie wystarczy powiedzieć, trzeba jeszcze odpowiednio kręcić głową!

Zaczęło się. Przywiązali mi ręce, nogi. Spytałam, czy to już? Usłyszałam, że tak. Poprosiłam jeszcze by na sekundę odwiązano mi prawą rękę. Przeżegnałam się i oddałam dłoń z powrotem. I choć modlitwa to jedyne, co mi wtedy pozostało i co rzeczywiście należało wtedy zrobić, to pomiędzy słowa "....bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi..." wkradły mi się myśli zupełnie przyziemne i niegórnolotne. Nałożyli mi przecież maskę na drogi oddechowe, żeby mnie znieczulić. Wdychałam znieczulenie, ale myślałam: "Boże, mi się wcale nie chce spać!!! Muszę mieć szeroko otwarte oczy, żeby oni widzieli, że ja nie śpię, żeby mnie nie zaczęli ciąć na żywca!"Z całych sił oczy miałam otwarte najszerzej, jak potrafiłam, i nie wiedząc kiedy, usnęłam.

Często wracam myślami do tego dnia i płaczę. Od tego czasu przez 10 kolejnych miesięcy nie zaznałam spokoju. Wtedy zaczęła się moja droga przez mękę i wielka, życiowa próba. Ktoś w niebie właśnie rozdaje karty. Ile jesteś w stanie znieść, człowieku? Ile uniesiesz? Let's play a game...

sobota, 14 czerwca 2014

O patologiach ciężarnych


Dni w szpitalu wcale mi się nie dłużyły. Hristo dzwonił do mnie co kilka godzin, a ja dzwoniłam grzecznie natychmiast po każdej wizytacji lekarza, po każdym badaniu Usg, po każdym KTG. Dzwoniłam także do mamy, którą w Polsce zżerały nerwy.

Hristo przyjeżdżał raz, dwa razy w tygodniu. Któregoś dnia zrobił mi niespodziankę. Przez telefon mówił mi, że ma dużo na głowie, bo musi to zrobić, tamto, tamto, po czym zadzwonił za 10 minut znów i powiedział - "No chodź do mnie. Czekam przy windzie." Ale się ucieszyłam. Przywiózł dobrą nowinę, że nasi znajomi też czekają na dziecko i przyjechali do Płowdiwu na pierwszą wizytę u ginekologa. Zabrał się razem z nimi, żeby mnie zobaczyć.



Mijały dni za dniem. Zmieniali mi się ludzie na sali. Przychodziła kobieta, za 2 dni rodziła i przenosili ją na oddział położniczy. Przyszła następna, i następna i następna. Wciąż pytano mnie, a kiedy mój termin. A ja mówiłam - za 2 miesiące. Póki co leżę tu i kwitnę.

Obserwowałam ludzi. Słuchałam ich historii, rozmawiałam z nimi. Wszystkie te kobiety pamiętam bardzo dobrze.

Kobieta, która wszystkich traktowała z góry. Bardzo zarozumiała, ważna i w ogóle wszystkich by ustawiła do pionu. Jest w ciąży z drugim dzieckiem, ale jej syn ma już 14 lat, więc organizm funkcjonuje tak, jakby to była pierwsza ciąża. Doświadczona kobieta, która na prawdę nas, pierworódki, traktowała jak głupie gęsi. Może i tak było, może wszystko przed nami i wszystkiego dopiero się nauczymy, ale uważam, że o wszystkim można rozmawiać normalnie, a nie szydzić z kogoś:  "Pfyyy, to ty sobie już kupiłaś pompkę do odciągania pokarmu?! A co ty myślisz, że tryśniesz natychmiast hektolitrami mleka? A ty kupiłaś sobie cały pakiet ligniny? 100 sztuk? Pffff, a po co ci aż tyle?" Wszystko było dla niej świetnym powodem do kpiny.

Kolejna dziewczyna, bardzo młoda. Na tyle młoda, że gdy poszła do toalety, bezczelnie podglądnęłam jej kartę, by zobaczyć datę urodzenia. 16 lat. Podchodziła do porodu na totalnym luzie. Marzyła o tym, żeby urodzić dziecko w Walentynki, mimo że termin porodu miała dopiero na 18. lutego. Ale dziecko posłuchało mamy i w Dzień Zakochanych dostała silnych skurczy. Ta dziewczyna była dla mnie zaskoczeniem. Totalny no stress. Lekarze mówią, że duże rozwarcie, regularne skurcze i że idzie rodzić. A ona minę miała anielsko spokojną. (!) Poszła za położnymi na salę porodową i po drodze kilka razy pobąkiwała sobie "Ałajć, oj oj". Zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno jej pierwszy poród, czy może ja mam mylne wyobrażenie na temat bólów porodowych. Myślałam, że to jest ból nie do wytrzymania.

Jak ta dziewczyna, którą przywieźli mi do sali kiedyś w środku nocy. Blondynka, długie, kręcone, rozpuszczone włosy aż do pasa. Jak syrena. Dostała skurczy, strasznie ją bolało. Rozmawiała z drugą dziewczyną, a ja próbowałam spać, bo wreszcie znalazłam wygodną pozycję. Co jakiś regularny czas słyszałam jak ona syczy z bólu i łapie się za krzyże. Oddycha, oddycha, syczy, oddycha i uffff, opowiada sobie dalej, że bardzo z mężem chcieli mieć dziecko i jak się cieszy, ze urodzi mu syna. I za chwilę znów syk, krzyk, ryk. Na drugi dzień wieczorem przyszła do nas do sali. Powiedziała nam, jak było strasznie, ale już czuje się wspaniale. Chodzi o własnych siłach i ma cudownego synka.

Elena. Jedyna, której imię zapamiętałam, bo wymieniłyśmy się numerami telefonu. Z początku utrzymywałyśmy kontakt, ale jakoś się to później rozeszło. Elena pracuje jako nauczycielka nauczania początkowego. Kocha dzieci. Sama chciałaby mieć dziecko. Jest dopiero w 4. tygodniu ciąży i potrzebuje dokumentów do chorobowego, więc będzie leżeć przepisowe 3 dni w szpitalu. I teraz zapytam, bo nie wiem. Nigdy w Polsce nie leżałam w szpitalu i ten temat mnie nie dotyczył. Czy można tak po prostu pójść sobie (zapisać się) do szpitala na 3 dni, po to tylko, by uzyskać dokument? Pytam, nie kpię i nie oceniam. Po prostu chcę wiedzieć. Bo ona tak otwarcie na każdej wizytacji mówiła - A nie, nie panie doktorze. Ja czuję się bardzo dobrze. Ja tu leżę tylko po dokumenty do chorobowego. I nikogo jej słowa nie dziwiły. A ja zastanawiałam się, czy w Polsce można dobie tak poleżeć w szpitalu, jak na wczasach.
Elenie bardzo zależało, by donosić tę ciążę. Poprzednich dwóch się nie udało. Poroniła. Tak po prostu, bez przyczyny. Ale teraz wierzy, że to dziecko przyjdzie na świat, że to teraz.
Uczyła mnie pisać po bułgarsku. Nauczyłam się cyrylicy dzięki niej. Elena po 3 dniach wyszła ze szpitala, z dokumentem w ręku. Nie chce pracować, będzie uważać na siebie. Pożegnałyśmy się serdecznie, uściskałyśmy i życzyłyśmy sobie powodzenia.

Była też jedna dziewczyna, o której nawet teraz gdy myślę, serce mi się ściska. Była niebywale szczupła. Bardzo drobna, chudzinka i na pewno w bardzo wczesnej ciąży, bo nic jeszcze nie było widać. Przyjechała do szpitala wieczorem. Była bardzo zdenerwowana. Bała się bardzo, nie mogła usiedzieć na miejscu. Lekarz wziął ją na badanie, po czym wróciła załamana. Zadzwoniła do męża - "Nie udało się. Serce dziecka nie bije. Martwy płód."
Zrobiono jej zabieg usunięcia płodu, który trwał... 5 minut! Wiem, że ona za chwilkę wróciła na salę i ja się zastanawiałam, czy już jest po zabiegu, czy nie. Ale jej mina mówiła sama za siebie. Płakała. Łkała cichutko całą noc. Nieustannie dzwonił jej telefon, a on tępo patrzyła się w sufit, jakby go nie słyszała. W końcu po kilku godzinach chyba wyładowała się bateria telefonu, bo nikt już nie dzwonił. Ale ona wciąż płakała. i ściskała dłonie. Było mi jej tak bardzo żal. Odwróciłam się na drugi bok żeby nie drażnić jej moim okrągłym brzuchem.


W tym szpitalu nie było możliwości wyboru lekarza, który by miał odebrać poród. To lekarze wybierali pacjentki. Zazwyczaj odbywało się to tak, że poród odbierał ten lekarz, który akurat był na zmianie. Chyba że rzecz dotyczyła szczególnych przypadków, gdy na przykład całą ciążę prowadził któryś z lekarzy szpitala. Ci zaś przyjmowali po godzinach w prywatnych gabinetach, a w szpitalu państwowym odbierali porody swoich pacjentek.
Każda kobieta marzyła, by rodzić z profesorem Pehlivanovem. Miał szalenie dobrą opinię. Cieszyłam się, że na mojej kartotece, którą trzymał w ręce każdy lekarz chodzący rano po wizytacji, widniał czerwony napis "Pehlivanov. Pilne." Wiedziałam, że cokolwiek będzie mi się działo, to profesor się tym zajmie.

A  moje samopoczucie było coraz gorsze. Zgaga dokuczała mi tak strasznie, że nie zdawałam sobie sprawy, jaki problem może ona stanowić. Ot - jakaś tam zgaga. Wcale nie koniec świata. A jednak. Cystę miałam na lewym boku. Nie mogłam zatem leżeć na lewej stronie, bo wtedy dziecko by na nią uciskało i mogłaby pęknąć. Nie mogłam leżeć i na prawym boku, bo kończyło się to natychmiastowym wymiotowaniem. Ta zgaga nie dawała mi spać! Spałam na siedząco. Dziecko było wysoko, naciskało mi na żołądek. Jedzenie również kończyło się wymiotowaniem. Nauczyłam się jeść malutko, a częściej. Dwa, trzy kęski. Resztę później.
O bolących żebrach nie wspomnę. Dziecko było wysoko, ogromna cysta była nisko. Oj, ciasno było w tym brzuchu.

Od jakiegoś czasu narzekałam na ból pleców i lekki ból brzucha. Nawet nie wzięłam pod uwagę, że mogę mieć już skurcze. Przecież to oczywiste, że przyczyny bólu są inne. Do porodu jeszcze szmat czasu, więc rozumie się samo przez się, że skurczy jeszcze nie mam. Brzuch mnie boli, bo czasem sobie pobolewa. A plecy bolą, bo te szpitalne łóżka są koszmarne. Tak sobie to tłumaczyłam. Nawet raz podmieniłam sobie materace, gdy nikogo nie było na sali. Bo pozostałe łóżka miały podwójne materace, a ja tylko miałam pojedynczy, więc sobie sama to zmieniłam. Czarno na białym widać, gdzie leży przyczyna bólów pleców. A męża wciąż upominałam, żeby tym razem nie zapomniał kupić mi dobrej maści rozgrzewającej. Mówiłam lekarzowi o tych bólach, ale stwierdził, że kobiety w ciąży czasem tak boli.

W końcu gdy ból był silniejszy powiedziałam kategorycznie, że boli mnie i chcę, żeby mnie przebadano, bo ból się nasila. Zbadała mnie pewna doktorka. Zrobiła mi usg i powiedziała, że zaczynają się skurcze. Szok, szok, szok i pomyślałam, że chyba właśnie zaczyna się moja porodowa historia. Uspokoili mnie, podłączyli do kroplówki, po której wszystkie bóle mi przeszły.
Rano czułam się znakomicie. Nic mnie nie bolało. Powiedziano mi, że będą w ten sposób starali się przetrzymać mnie jak najdłużej.

To było 15. lutego. Na drugi dzień urodziła się Kalina.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

*****


Moja teściowa uwielbia się wtrącać. Musi wszystko wiedzieć, inaczej nikt nie zazna spokoju. Ani ona, ani tym bardziej ten, do którego życia ona musi wtrącić swoje trzy grosze. Ona jest najmądrzejsza, doświadczona, zna życie i wszystko wie, co i jak się robi. A my jesteśmy dzieci głupie. Urodziliśmy się wczoraj i całe szczęście, że ją mamy, bo bez niej nie umielibyśmy zrobić nic i w świecie byśmy się zgubili. Zatem musimy jeszcze być dozgonnie wdzięczni za to, co ona robi, choć tak na prawdę ze wszystkiego, czego w naszym życiu dotknie, wychodzi przeważnie katastrofa.

Musiałam sobie ponarzekać na teściową trochę ironicznie, bo gdybym chciała być bezpośrednia, musiałabym tu bluzgać i rzucać mięsem. Nie ukrywam - nie lubimy się z teściową i sytuacja nigdy się nie zmieni. Poniższy obrazek idealnie pokazuje, jak jest między nami.

                                

Jej syn to dziecko, który nawet żony porządnej nie umiał sobie znaleźć. Zamiast z odpowiednią kobietą u boku, ożenił się z głupią małpą, która przynosi wstyd i wszystkich oczy zwrócone są na nią. Nie dość, że obcokrajowiec, kaleczy bułgarski, ciąży nie umiała donieść do końca, a na koniec jeszcze się rozchorowała na raka! Hańba!

Miałam napisać o tym tylko 2 zdania, ale rozpędziłam się. Nie umiem spokojnie myśleć o naszych relacjach. Kiedyś opowiem wszystko dokładnie, o co się rozchodzi, ale póki co wróćmy do szpitala.

Oczywiście teściowa założyła, że ja pojęcia nie mam, jakie zasady panują w szpitalu. Być może faktycznie wtedy nie miałam. "Jeśli nie poskromisz sobie łask u dobrego lekarza, zapomnij o dobrej opiece lekarskiej. Nikt nawet nie będzie o tobie pamiętał i zwracał na ciebie uwagi. Żeby o ciebie dbano, musisz pochwalić się lekarzowi pełnym portfelem. Inaczej zapomnij, że będzie dobrze." W tym samym szpitalu, w którym leżałam na patologii ciąży, teściowa kilka lat temu miała ginekologiczną operację. Operował ją wtedy doktor A. W dniu, w którym przyjmowali mnie na oddział, spotkaliśmy się z doktorem A. - szanowany pan ginekolog z wieloletnim doświadczeniem. Od samego początku mi się nie spodobał. W oczach było widać, że z niego kawał gnidy. Ale przecież moje pierwsze wrażenie nie musi i nie powinno mieć nic wspólnego z doświadczeniem i umiejętnościami lekarza. Dajmy mu szansę. Zobaczmy, co ma do powiedzenia.

Powiedzieliśmy mu, że za chwilkę przyjmą mnie na oddział, że mam cystę około 15 cm, że jestem w 6. miesiącu ciąży i że mam tu leżeć aż do porodu. Doktor A. się oburzył. Ale jak to do porodu. Cystę trzeba usunąć. Zrobimy operację i wrócisz do domu, spokojnie donosisz ciążę do końca. Nawet urodzisz naturalnie i wszystko będzie normalnie.
Gadał, gadał, gadał i namieszał nam w głowie. Na koniec powiedział, że przyjdzie do mnie do sali jutro i porozmawiamy o szczegółach operacji. Teściowa wzięła go na bok.
- Panie doktorze, proszę mieć ją pod swoją opieką. Pan pamięta, że za dobrą opiekę lekarską my umiemy się odwdzięczyć.
Doktorkowi zaświeciły się oczy i gdyby przyszło mi narysować wtedy jego karykaturę, przedstawiałaby ona faceta w białym fartuchu z językiem na wierzchu, niemogącym powstrzymać ślinotoku na myśl o pieniądzach. W oczach narysowałabym mu dolary a rysunek podpisałabym "Money, money, money, must be funny."

Na drugi dzień doktor A. z samego rana pojawił się przy moim szpitalnym łóżku.
-Malwina, ale czy ty jesteś ubezpieczona? Musisz mieć ubezpieczenie, w przeciwnym wypadku ta operacja będzie kosztowała cię około 700 lv, później poród w szpitalu też około 400 lv, razem daje 1100 lv. Niedawno operowałem dziewczynę, która nie była ubezpieczona i szpital wystawił jej rachunek na 1500 lv. Jeśli natomiast zdążysz do operacji z dokumentami (miałam faktycznie problem z ubezpieczeniem ze względu na to, że jestem tu obcokrajowcem i dużo czasu zeszło nam ogarnięcie dokumentów.) to wtedy zapłacisz znacznie mniej. No, to mam nadzieję, że się zrozumieliśmy. Tu zostawiam ci kilka papierków, które musisz podpisać. Że wyrażasz zgodę na operację i że jesteś świadoma oddziaływania narkozy na organizm. Wkrótce uzgodnimy datę operacji. I wyszedł.

Czy doktor A. zbadał mnie, zanim zaczął snuć te fachowe rozważania?
Czy miał pojęcie o tym, jak ułożone jest dziecko?
Czy wiedział, gdzie znajduje się cysta i co ma operować?
Czy chociaż rzucił okiem na moją kartotekę?
Czy powiedział mi, że narkoza może zabić moje dziecko?
Czy poinformował mnie, co mi grozi?
Czy powiedział mi, że taka operacja może się skończyć tragicznie dla mojego dziecka?
Nie. W zamian za to przedstawił mi cennik niemalże wszystkich możliwych opcji! A ile, panie doktorze, musiałabym zapłacić za ewentualną śmierć mojego dziecka?

Stałam jak wryta. Nie wiedziałam, co mam robić. Możliwe niebezpieczeństwa jeszcze do mnie nie docierały. Właśnie ktoś usiłował zrobić mi wodę z mózgu. Mam się zgodzić na operację? Ale przecież profesor Pehlivanov mówił, że muszę zostać tu aż do porodu.
Na drugi dzień przyszła do mnie pielęgniarka i powiedziała - No kochana, podpisuj te dokumenty bo musimy mieć porządek w papierach.
Powiedziałam, że muszę to przemyśleć i po południu powiem, co zdecydowałam. Za kilka godzin wezwano mnie do gabinetu profesora Pehlivanova - tego mojego anioła stróża, który po raz drugi stanął w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze, by ocalić nam życie. Mi i Kalinie.
- Co ty wyprawiasz, dziewczyno?
Tak, pisałam już kiedyś, że profesor Pehlivanov nie znosi sprzeciwu i ja przy nim robię się o taka, taka, taka malutka.
- Malwina, dopóki ja rządzę tym oddziałem, ty nie będziesz miała operacji usunięcia cysty! To nie jest mała torbiel, jest ogromna. A ty nie jesteś na początku ciąży, a zbliżasz się do mety. Jeśli teraz usuniesz cystę, która ma 15 cm średnicy, najzwyczajniej w świecie zwolni się tam miejsce, które będzie chciała wypełnić macica z dzieckiem. Takie wędrówki macicy są absolutnie zabronione. Może to wywołać przedwczesny poród, a dla dziecka każdy jeden dzień w brzuchu mamy jest na wagę złota. Poza tym znieczulenie może mieć tragiczny wpływ na dziecko. Nigdy nie wchodzę w konflikty z doktorem A., ale tej operacji kategorycznie zabraniam i nie dopuszczę do niej. Jasne? Przetrzymamy cię tu, jak długo się da.
Taka, taka malutka wyszłam z gabinetu z podkulonym ogonem. Bogu dzięki za profesora Pehlivanova. Stał na straży mojego zdrowia i mojego spokoju. Z ulgą poszłam do mojej szpitalnej sali wierząc sobie dalej, że wszystko będzie dobrze.

Dziś wiem, dotarło do mnie, że byłam w fatalnej sytuacji i marne szanse były, żeby jakakolwiek decyzja przyniosła coś na prawdę dobrego. Ale nie ryzykowałam życia dziecka, a to już jest duże, wielkie dobro. Trudno, będę leżeć w szpitalu jeszcze dwa miesiące, czytać książki i wisieć na telefonie.

Od tego momentu stałam się przeźroczysta. Doktor A. zaczął kontemplować architekturę szpitalnych korytarzy zawieszając wzrok na suficie za każdym razem, gdy się z nim mijałam. Nie widział mnie, nie słyszał mojego "dzień dobry", nie zauważał w ogóle mojego istnienia.
A ja myślałam sobie ' Oh, dzięki kochana teściowo! Gdybyś się nie wtrącała, nie robiono by mi tu sieczki w głowie i od samego początku, do końca, byłoby tak, jak miało być. Jadę do szpitala na pobyt aż do porodu, a nie na operację i nie po to, by dokładać się do majątku doktora A. - idioty, kretyna i egoisty'.

Profesorowi Pehlivanovi nie obiecywaliśmy ani grosza i ani jednej na wierzbie gruszki. A mimo to spełnił się w swojej roli idealnie. Najlepiej. Uratował mnie wtedy z zagrożenia, jakie stanowił dla mnie jego kolega z pracy, jak również moja naiwność, a kilkanaście dni później swoimi rękami uratował mi życie.
Niewielu lekarzy zostanie tu przedstawionych z nazwiska. Nie potrzebuję nikogo oczerniać publicznie. Nie o to mi chodzi. Dlatego doktor A. jest przestawiony jako doktor A., nie zaś po nazwisku. Ale ci, którzy zasłużyli na chwałę, będą tu mieli wystawiony taki mały pomnik.
Profesor Pehlivanov uratował mi życie, powiem raz jeszcze. Profesor Pehlivanov jest moim aniołem stróżem.

wtorek, 27 maja 2014

Dzień Mamy - MÓJ dzień


Jak dobrze jest być mamą.

Kalina jest cudem.

To cud, że mimo przeciwności, zaszłam w ciążę.

To cud, że mimo raka, ciąża rozwijała się prawidłowo i pomyślnie.

To cud, że Kalina pomimo wcześniactwa i zakażenia, przeżyła.

To cud, że jestem mamą.

Bo brakło tak bardzo mało i mogłabym nią nigdy już nie zostać.


 

Boże, dziękuję Ci za ten dar bycia Mamą.
Wierzę w Boga. Widzę cuda.