Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 kwietnia 2016

Tymczasem w Polsce....

     Nie da się ukryć - zamilkłam ostatnimi czasy, a na "tymczasemwbułgarii" zaczęło wiać nudą. Wiem ze statystyk, że stali czytelnicy wciąż tu zaglądają. Widocznie ktoś jeszcze wierzy w to, że się wreszcie ocknę z letargu i wrócę do tego mojego kawałka wirtualnej przestrzeni. I chwała Wam za to! Dziękuję za komentarze, za prywatne wiadomości i maile. Wasze zainteresowanie daje mi dobrego kopniaka do działania i wierzę w to, że jak już zacznę ponownie pisać, to blog odżyje. 



     Święta Wielkanocne spędziliśmy w Polsce. Nareszcie - chciałoby się powiedzieć, gdyż nie było mnie w tam dwa lata. Tak się złożyło. W zeszłym roku mieliśmy zaplanowany przyjazd na wrzesień, ale w sierpniu dostałam pracę i Polska musiała na mnie trochę jeszcze poczekać. W marcu dostałam wymarzony urlop i koleżankom z pracy na pewno ulżyło, że nie muszą już słuchać mojego kwilenia, jak bardzo tęsknię za domem. 
     A Polska skłoniła mnie do wielu przemyśleń. Wróciłam z nową energią. Zaspokoiłam tęsknotę i mogę teraz jechać na tych bateriach do następnych odwiedzin. A tegoroczny pobyt w Polsce zostawił w moim sercu takie uczucia:

            *      Mam dwa domy. Kiedy myślę "dom", myślę o tym w Bułgarii i o tym w Polsce. Bułgarzy często komentowali nasz wyjazd słowami "Jedziecie w gości do rodziny", czułam się co najmniej dziwnie. Odpowiadałam, że może moja córka i mąż jadą w gości, ale ja przecież wracam do domu!

           *      Kocham Bułgarię! I dopiero ten wyjazd mi uświadomił, jak bardzo! Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Zdecydowałam się mieszkać w Bułgarii wyłącznie ze względu na miłość do mojego Bułgara i po prostu kilka czynników sprawiło, że właśnie tu postanowiliśmy osiąść. Na początku musiałam się do Bułgarii przekonywać. Teraz, kiedy poznałam doskonale bułgarską mentalność, zwyczaje, tradycję, kuchnię, krajobrazy, stałam się jej najszczerszą miłośniczką. I staję w jej obronie, jak prawdziwa obywatelka!

             *         No właśnie, staję w obronie Bułgarii. Polacy tak mało o niej wiedzą i potrafią nieraz zadawać mi takie pytania, że sama nie wiem czy reagować na nie płaczem, czy śmiechem. Nie krytykuję czyjejś niewiedzy, nieświadomości, bo 10 lat temu również niewiele wiedziałam o Bułgarii. Jednak kilka pytań zadawanych mi w Polsce zwalało mnie z nóg:
-  Blondynki w Bułgarii to chyba nie są rodowite Bułgarki, prawda?
- A to Twojemu mężowi będzie teraz bardzo ciekawie uczestniczyć w świętowaniu Wielkanocy, bo wy tam chyba świąt nie obchodzicie, prawda?
- A ile zarabiasz? A dlaczego nie wyemigrujecie do Szwecji czy gdzieś, przecież w Bułgarii jest biednie!

              *          Zbułgarzyłam się! Kręcę głową na "nie", gdy mówię "tak" i mam bułgarski akcent. Na szczęście po paru dniach spędzonych w Polsce mój mózg przypomniał sobie, że ma pracować po polsku. Jednak na początku zdarzyło mi się mówić używając dziwnej składni i frazeologii i dzownych słówek....
"Mam życzenie, żeby wyjść na spacer."
"Głupości!"
"No coś ty... Nie wierzy mi się w to!" 


              *           Moja córka to i Bułgarka, i Polka. Mówi po polsku, kiedy chce. Rozumie polski - zawsze. Bawi się w starego niedźwiedzia, co mocno śpi i w haftowaną chusteczkę. Ale w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że gdy mówi do kogoś po bułgarsku, to ktoś jej nie rozumie. Ona automatycznie wybiera bułgarski, mimo że zna te słówka po polsku... Nie wiem... będę musiała z nią nad tym popracować. Fenomenem za to jest mój mąż, który polski zna w miarę okey, ale zdarza mu się używać takich fantastycznych sformułowań, który mnie powalają na kolana! - "A ten chłopak to kto to był? Jakiś Twój koleżan, tak?"

              *            Polska jest taka piękna! Moje rodzinne miasto przez dwa lata bardzo się zmieniło, rozwinęło. A na ustach każdej Polki, która jest matką, temat numer jeden - program 500+.


***********************************************************************************************************************************

    Wróciłam już do mojej bułgarskiej rzeczywistości i kolejny raz w tym roku przygotowuję się do Świąt Wielkanocnych.
     Postaram się nadrobić zaległości i bywać tu częściej!

czwartek, 13 sierpnia 2015

Najgorsze lato ever!

Będę narzekać, od razu mówię. Irytuje mnie wiele spraw, chodzę wściekła i zdenerwowana, na przemian ze smutkiem i zrezygnowaniem.

Przede wszystkim wykańcza mnie fakt, że jesteśmy non stop chorzy. Kalina odkąd chodzi do żłobka, przynosi do domu wszystkie choróbska. Chociaż nie wiem, czy powinnam tak zwalać na żłobek, czy to może po prostu ja mam taką kiepską odporność. Lipiec był dla mnie walką z anginą, zapaleniem oskrzeli, wirusem i zapaleniem węzłów chłonnych. Po kolei jak leci - najpierw antybiotykami wyleczyłam się z anginy, by po dwóch dniach leczyć zapalenie oskrzeli. Jak już było dobrze, wyjechaliśmy nad morze, gdzie dopadł nas dokuczliwy wirus, a gdy nas opuścił, moja szyja podwoiła objętość i leczyłam węzły chłonne.
Jak wyzdrowiałam, przez tydzień czułam się dobrze i wróciłam do stałego rytmu dnia. Ale ty razem rozchorowała się Kalinka. Pierwszy raz w ciągu tych dwóch i pół roku załamywałam ręce w nocy. Pierwszy raz nie wiedziałam jak ulżyć dziecku z 40 - stopniową temperaturą i bolącym uchem. Nie pomagały środki przeciwbólowe ani ciepłe okłady na ucho. Tę noc zapamiętam do końca życia... Ale nie będę się rozdrabniać. Chyba każda matka ma w swojej pamięci jakąś koszmarną noc pełną zmartwień.
W każdym razie Kalina już prawie tydzień pije antybiotyk, a ja się wczoraj od niej zaraziłam. Tak myślę - mam gorączkę, katar i boli mnie ucho.
Wiem, pogubić się można, ale właśnie to chce podkreślić, że te wakacje są dla nas okrutne. Potwierdza się teza, że pierwszy rok dziecka w przedszkolu to nieustające choroby, więc chyba jesteśmy zupełnie normalne w tej nienormalnej sytuacji.

Do tego humory Kalinki, która włóczy się jak cień i kompletnie nie ma apetytu... Jeszcze na początku jej dosłowne przywiązanie do mojej nogi było rozczulające, ale na dłuższą metę, gdy nie mogę 5 minut pozmywać naczynia, pójść do toalety, rozwiesić prania - to już takie rozczulające nie jest.

Mam kilkanaście maili, których autorzy czekają na moją odpowiedź. Mam i kilkanaście ulubionych blogów do odwiedzenia, ale jak już wreszcie na tyle postawię się do pionu, że będę czerpać od nowa przyjemność z siedzenia przy komputerze, wówczas nadrobię wszystko, co dla mnie ważne.

Chcieliśmy wkrótce jechać do Polski, ale jednocześnie cały czas szukam pracy i jeśli okazałoby się, że w niedługim czasie ją znajdę, wtedy Polska na mnie będzie musiała poczekać. Jest mi trochę przykro z tego powodu, ale mówię sobie, że przecież Polska mi nie ucieknie i jeśli nie teraz, to przyjadę do domu trochę później.
Póki co nic jeszcze nie jest "na pewno", a w mojej głowie cały czas krążą myśli - czy pojadę, czy nie pojadę, czy znajdę pracę, czy nie znajdę...

Kilka dni temu w towarzystwie teściowej byłam w agencji tłumaczeń, by przetłumaczyć pewien dokument. Kobieta, która tam pracowała spoglądała na mnie z góry na dół, jak na kosmitę. Rozmawiała o mnie z teściową tak, jakby mnie tam w ogóle nie było.
A co ona tu robi? Ile czasu mieszka w Bułgarii? A gdzie mieszka? A mieszka z wami czy młodzi mieszkają oddzielnie? A gdzie chodzi z dzieckiem na spacery? A ile ma lat? A jakie ma wykształcenie? A czemu w Bułgarii nie skończyła żadnej szkoły? A gdzie pracuje jej mąż? 
I to nic, że kiedy udało mi się wtrącić, by odpowiedzieć sama za siebie, to i tak kobieta ze mną kontynuowała dialog bezpośrednim pytaniem:
Czy znasz bułgarski?
Po 15 sekundach padło to samo pytanie, później znowu i znowu. Czy znam bułgarski.. Podkreślam, że rozmowa odbywała się po bułgarsku, odpowiadałam stale po bułgarsku i nie wiem, czy ona oczekiwała, że jeśli za 10 razem zada mi to samo pytanie, to może w końcu odpowiem, że nie znam bułgarskiego... Rozmowa jest cały czas po bułgarsku, a non stop pyta, czy znam bułgarski? Trzymajcie mnie, bo oszaleję! Czy to jest logiczne? Czy to jest inteligentne? Czy rozmowa na takim poziomie jest normalna dla 40-letniej kobiety, czy może bardziej pasuje zadawać takie nielogiczne pytania 4-letniemu dziecku? W jakim ja świecie żyję? Do tego w ciągu pół godziny kobieta zdążyła wypalić może 5 papierosów i to nieeee, nie na zewnątrz - w środku, przy biurku, przy mnie. Swojskie klimaty! Następnym razem jak będę chciała coś załatwić, to kupię dwa piwka, wywalę na stół paczkę fajek, czy dwie - żeby nie brakło - pogadamy o dzieciach i pogodzie, no i może wtedy przejdziemy do jakichś kompetentnych spraw związanych na przykład z pracą tej pani....
Nie wiem, irytują mnie tacy ludzie niesamowicie. To miasteczko, w którym mieszkam jest maleńkie i tu wszyscy wszystko muszą wiedzieć o każdym . Muszą! Nie da się tak iść gdziekolwiek i cokolwiek załatwić tak   n o r m a l n i e! Z każdym trzeba od razu się zaprzyjaźniać, spoufalać się, bo nuż widelec kiedyś ci się ta znajomość przyda!

Ech! Jestem poirytowana, sami widzicie, że wyczuwa się to na kilometr. Nie wiem, może jak skończą się te męczące upały i wrócą do mnie i Kaliny siły i zdrowie, to może wtedy wrócę też dawna ja. Bo sama siebie też złoszczę, że jestem właśnie taka,  a nie inna...

niedziela, 5 lipca 2015

Osiągnięcia Kalinki - czyli jak nauczyła się samodzielnie spać oraz o pożegnaniu z pampersem i smoczkiem

Kalinka rozwija się cudownie! O tym, że jest wcześniakiem z 33/34 t.c. przypominają tylko wspomnienia. Dziś Kalina ma 2 lata i 5 miesięcy, a całkiem niedawno pożegnałyśmy jej dzidziusiowy okres. Pora więc go posumować.

Jak Kalina nauczyła się samodzielnie spać?

Gdy była mała, usypianie Kaliny to była istna tragedia! Razem z mężem nauczyliśmy ją (mea culpa! nasza culpa!) spać na bujaku i Kalina spała WYŁĄCZNIE wtedy, gdy była lulana. Doszło w końcu do takich pamiętnych dla mnie nocy, gdy mąż spał smacznie tuż obok mnie, a ja całą (całą, calusieńką!) noc bujałam leżak. Mąż o godzinie 6.00 rano zbudził się do pracy i spytał, czy dawno się zbudziłam, a ja mu na to, że jeszcze nawet nie zasnęłam. Kalina budziła się z rykiem na każde zaprzestanie bujania chociażby na 2 sekundy. Tego ranka postanowiłam, że wprowadzę totalną rewolucję. Stwierdziłam, że nieważne jakim kosztem. Dziecko i tak nie śpi, i tak płacze, ja i tak nie śpię, więc rewolucja sama w sobie tragedii nie wniesie, a miejmy nadzieję, że wniesie poprawę.
Pomogła mi bardzo książka dziecięcej szeptunki,Tracy Hogg pt. "Język niemowląt". Książkę kupiłam jeszcze będąc w ciąży, wierząc w to, że dzięki niej zrozumiem niemowlaka. Przydało mi się z niej zaledwie kilka kartek, a konkretnie rozdział dotyczący usypiania dziecka. Kalina miała alergię na łóżeczko i gdy tylko ją tam zostawiłam, płakała tak, jakbym zdzierała z niej skórę! Mimo to, jej łóżeczko było moim celem i musiałam się pogodzić z płaczem, który wraz z rewolucją był nieunikniony. Postąpiłam więc tak, jak radzi szeptunka. Gdy bawiłam się z dzieckiem wieczorem, obserwowałam jej zachowanie. Kiedy Kalina ziewnęła raz, poczekałam na drugie ziewnięcie. Tuż po nim powiedziałam dziecku, że czas już spać, że ją bardzo kocham i będę blisko niej, a jej będą się śniły same cudowne rzeczy. Mówiłam to najczulszym głosem, na jaki się zdobyłam. Zgasiłam światło w pokoju, zapaliłam lampkę nocną, włączyłam cichutko uspokajającą muzykę, ucałowałam dziecko i zostawiłam w łóżeczku. Wyszłam z pokoju, a Kalina naturalnie zaczęła płakać w niebo głosy. Odczekałam 5 minut (prasowałam ciuszki, żeby przez te 5 minut nie oszaleć i czymś się zająć) i weszłam do pokoju. Podniosłam dziecko, ucałowałam, nie powiedziałam ani słówka, by wiedziała, że w nocy jest cicho, w nocy się nie mówi. Uspokajałam ją głaskaniem po główce, po pampersie, dmuchaniem w główkę. Gdy się uciszyła, zostawiałam ją w łóżeczku i wychodziłam. Moje krążenie do jej pokoju trwało 1,5 godziny. Po tym czasie Kalina zasnęła! Zasnęła w łóżeczku! Pamiętam, że kiedyś byłam przekonana, że to niemożliwe! Jeszcze poprzedniej nocy 10 godzin bujałam ją w leżaku, a teraz po 1,5 godziny męki, zasnęła w swoim łóżeczku. Prawdziwy cud a Tracy Hogg zaczęłam z tą chwilą wysławiać w każdym matczynym środowisku.
Kalina najpierw zasypiała w ten sposób po 1,5 godzinie płaczu, później czas ten się zmniejszał, aż w końcu nauczyła się, że noc jest od spania, że jest przyjemnie, ciemno i miło. Nawet zauważyłam, że dziecko ma swoją ulubioną muzykę, przy której zasypia.
Jak to wygląda dziś? Od ponad roku puszczam Kalince Mozarta do snu. Kiedy tylko Kalinka słyszy ten koncert, wie już, że pora spać.



Od razu kieruje się do swojego łóżka i zasypia sama po kilku minutach. Słucha muzyki tak długo, dopóki ja i mąż również nie położymy się do łóżka. Dzięki temu w domu nie musimy rozmawiać uciszonym głosem, możemy wieczorami zaprosić gości, którzy również mogą śmiać się głośno, bo u naszej córci w pokoju i tak króluje inny świat i nic tej atmosfery nie jest w stanie zakłócić. Kalina do dziś śpi ładnie w nocy, w dzień śpi około 2 godziny. Lubi spać, cieszę się, że sen jest dla niej przyjemnością.


Jak nauczyła się korzystać z nocnika?

Przygodę z nocnikiem zaczęłyśmy bardzo, bardzo późno. Wiem, że niektóre matki sadzają dziecko na nocnik nawet gdy dziecko ma 9 miesięcy. U mnie takie coś nie miało racji bytu, gdyż widziałam, że ona na to nie jest gotowa. Nie chciałam sadzać ją na nocnik dla samego siedzenia. Chciałam, żeby to miało sens, konkretny cel.  A widziałam również, że Kalina w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że się wypróżnia w pampersa. W ogóle nie wie (ok, może wiedziała, ale nie dawała sygnałów), że coś zrobiła. Popełniłam kilka prób wysadzenia dziecka na nocnik, ale Kalina płakała straszliwym płaczem, oczywiście jakbym z niej skórę zdzierała. Stwierdziłam więc, że to nie jest odpowiedni moment i poczekam. Czekałam długo, może zbyt długo, bo w dniu jej drugich urodzin wciąż nie mogłam się pochwalić tym, że moje dziecko chociażby siedzi na nocniku, już nie mówiąc o wypróżnianiu się. Co więc zrobiłam? Oczywiście tuż po jej drugich urodzinach wprowadziłam rewolucję i upewniłam się tylko, że już jest właściwy moment, że dziecko zdaje sobie sprawę, że mama zmienia pampersa, bo w nim jest "fe!". Cel - "fe" musi wylądować w nocniku - tym przeraźliwym i straszliwym kawałku plastiku. Jak to zrobiłam? Kalina ma nocnik zwyczajny, bez żadnych bajerów i melodyjek. Kupiłam jej 5 różnych książeczek, wiedząc o tym, że Kalinka uwielbia oglądać rysunki. Posadziłam ją na nocniku i niemalże natychmiast (natychmiast!) usiadłam z tyłu za nią, objęłam ją i szybko (błyskawicznie!) pokazałam jej jedną nową książeczkę. Tym samym odwróciłam uwagę od tego potwora-nocnika. Pierwszy raz nie siedziała długo, może jakieś 5 minut. Po tym czasie ubrałam dziecko, a książeczkę schowałam. Po południu powtórzyłam ten numer. Wieczorem również. Za każdym razem pokazywałam dziecku inną bajkę po to właśnie, żeby zainteresować ją czymś nowym. Wiadomo przecież, że wszystkie zabawki i książeczki, które ona już ma i zna, nie będą jej już tak interesowały. Za każdym razem wydłużałam troszkę czas siedzenia na nocniku. Dzięki tym książeczkom (podkreślam - pokazywałam je tylko przy nocniku) Kalina przestała kojarzyć nocnik z czymś strasznym, a siedzenie na nim stało się interesujące. Po czasie książeczki zmieniłam na puzzle, a Kalina na nocniku grzecznie siedziała i była zajęta dobrą zabawą. (Tak, te puzzle później chowałam.) Kiedy zdarzyło się dziecku zrobić do nocnika to, co należy w nim zostawić, wówczas biłam brawo, skakałam z radości, cieszyłam się do niej i chwaliłam jak tylko mogłam. Nazywając przy tym to, co się zdarzyło - "brawo siku, brawo siku!!! juhuuu! brawo siku!". Kiedy natomiast siku lądowało w pampersie, byłam najbardziej zawiedzionym człowiekiem świata. Przywdziewałam najsmutniejszą minę na świecie i rozpaczliwie wzdychałam, że "oj nie nie... co się tu stało, siku w pampersie, o nieeee, gdzie jest nasz nocnik?".
Kalina pojęła więc, że nocnik służy do załatwiania potrzeb fizjologicznych i dziś już nie używamy pampersa w ogóle. Jeszcze niedawno spała z pampersem, a ja przyznaję się do mojego lenistwa. Budziła się w nocy i płakała "maaaamo, Kali siku!", a ja mówiłam "ciiicho, Kali, masz pampersa!" (mea culpa, wiem, wiem, czyste lenistwo) i pozwalałam dziecku sikać w pampersa. Jednak Kalina nie dawała za wygraną, płakała tak długo, dopóki nie wstałam i jej nie wysikałam na nocniku. Tym samym pożegnałyśmy pampersy nawet w nocy. Acha - jak na razie dziecku nie zdarzają się wpadki. Za każdym razem informuje, że chce siku. (Zawsze powie siku, nawet gdy ma drugą potrzebę, to i tak ją nazwie "siku"). Czasami troszkę popuści, ale natychmiast woła nocnik i kończy już tam, gdzie powinna. Sukces pełną parą :D

Jak oduczyłam Kalinkę używać smoczek?

Oczywiście błędem było w ogóle uczenie dziecka korzystać ze smoczka, ale .... wszystko jest dla ludzi! A smoczki też są stworzone dla takich małych ludzików, co to potrzebę ssania mają dużą. Kalina w ogóle nie była karmiona piersią i bardzo, ale to bardzo lubiła pociumkać smoczek. Oczywiście doszło do tego, że dziecko nie chciało spać bez smoczka, w żadnym wypadku! Sen był równoznaczny z tym, że w usteczkach miał wylądować smoczek. W nocy budziła się, gdy smoczek zapodział się w łóżeczku i płakała tak, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał.... Wstawałam do niej więc jakieś 5-6 razy w nocy po to tylko, by wygrzebać smoczek spod jej kolan lub żeber i ulokować go w usteczkach córeczki.
Tak było do niedawna, do bardzo bardzo niedawna. Kalina chodzi do żłobka i postanowiłam więc, że muszę ją oduczyć tego nawyku. Głównie dlatego, że nie widząc co się w żłobku dzieje ze smoczkiem bałam się, że może jakieś inne dzieci będą go brały w usteczka, roznosiły choroby i zarażały Kalinkę tym sposobem. Nie wiem, czy takie rzeczy w żłobku się zdarzają, być może nie, być może to tylko moja trwoga i nadwrażliwość. Tak czy inaczej, najwyższa już pora by ze smoczkiem się pożegnać. Dziecko rośnie, ale smoczka kocha tak bardzo, że nie może bez niego żyć. Co więc zrobiłam? Oczywiście - wprowadziłam rewolucję. Zamiast likwidować smoczek, kupiłam drugi! Taki sam, identyczny! O czym oczywiście dziecko nie wiedziało. Stary smoczek (najlepszy! przeciumkany na wszystkie strony!) schowałam do szuflady z nadzieją, że pokażę jej go za kilkanaście lat, tak na pamiątkę. Nowy zaś ucięłam tuż przy samym trzonie. Całkowicie odciętą gumową część wyrzuciłam do kosza, a to co zostało, pokazałam córce. Przybiegłam do pokoju, w którym się bawiła Kalinka i z ogromnym przejęciem i zatroskaniem zaczęłam swoją śpiewkę "O nieeee, o nieeee, co tu się stało? Zobacz Kalinko, co się stało ze smokiem?" Kalina spróbowała wziąć go w usteczka, ale nie było co ciumkać... Byłyśmy bardzo zmartwione, przejęte strasznie, przytuliłam moje dziecko i powiedziałam jej, że bardzo mi przykro, że nie ma smoczka. Musimy więc wyrzucić go do kosza. A że Kalina uwielbia wyrzucać wszystko do kosza, więc ochoczo pobiegła wyrzucić smoczek. Gdy nadeszła pora snu, dziecko jak zwykle domagało się smoczka. Przypomniałam jej, że "smoczek poszedł DO KOSZA". Jeśli teraz napisałabym, że było lekko, mielibyście całkowitą rację nie wierząc mi w to. Było oczywiście strasznie. Nie pomógł żaden Mozart, piękne i czułe słówka nie pomogły. Kalina płakała przed snem dobre 2 godziny. Postanowiłam być konsekwentna i zapomnieć o mojej zamkniętej w szufladzie desce ratunkowej i powiedzieć B, skoro już powiedziałam A. Usypiałam więc dziecko różnymi głaskaniami po włosach, po rączce, piosenkami o najsłodszych kotkach świata. W końcu usnęła, ale nieee, wcale nie było łatwo... Jednak nie prosiła o smoczek, bo miałam na tę jej prośbę odpowiedź, którą dziecko dobrze znało - smoczek poszedł przecież DO KOSZA.
Kalina przestała więc o niego prosić, bo sama pamięta, gdzie on wylądował, ale zasypianie bez smoczka przez kilka nocy nie obyło się bez płaczu.
Teraz zaledwie od dwóch, trzech wieczorów Kalinka zasypia sama, obok niej śpią 4 pluszaki i zamiast ciumkać smoczek, nauczyłam ją, by była już cichutko bo piesek chce spać, kotek chce spać, myszka chce spać i sowa też. Nie może więc płakać w głos, bo pilnuje by jej zwierzaki zasnęły, w końcu zasypia sama, a o smoczku już nie pamięta. Od tygodnia słowo "smoczek" nie pojawiło się w naszym domu. Sukces pełną parą!


Podsumowując chcę podkreślić moją radość, że udało nam się pożegnać okres sięgający jeszcze do jej niemowlęcych czasów. Dziś Kalinka bez smoczka i bez pampersa jest już jak prawdziwa duża dziewczynka.
Aha! Nie chcę nikomu udzielać złotych rad. Piszę moje doświadczenia głównie po to, by kiedyś duża Kalina mogła sama o tym poczytać, ale jeśli komukolwiek jakieś moje wskazówki i sposoby pomogą, byłoby wspaniale!

środa, 10 czerwca 2015

Zmiany

Sama nie wiem, jak zacząć. Powroty po tak długiej przerwie nie są łatwe...

U nas nastąpiły zmiany. Nie tylko te, które stałym czytelnikom mojego bloga rzuciły się w oczy. Moja przyjaciółka twierdzi, że zmieniam wygląd bloga w zależności od tego, co mi akurat w duszy gra, co przeżywam i jak się czuję. Nie wiem, może faktycznie podświadomie (i świadomie pewnie też) marzę o tym, żeby wszystko było normalnie, zwyczajnie, przeciętnie i tak prosto. Potrzebuję prostoty, spokoju i zwyczajności i pewnie dlatego na pierwszy rzut wyleciały z bloga wszelkie chaotyczne gadżety i kolory.
Od czegoś życie trzeba zacząć porządkować a blogerzy mają tę możliwość, by porządkować na blogu....

Kalina od niedawna chodzi do żłobka. Zanim ją tam posłałam, przeżywałam to strasznie. Nie spodziewałam się tego po sobie, gdyż nigdy nie bywałam specjalnie przewrażliwiona. Nie trzęsę się ze strachu, że dziecko zmarznie i jej nie przegrzewam. Nie zmuszam jej do jedzenia, bo już się pogodziłam z tym, że czasami żadna siła niejadka nie przekona do zjedzenia więcej, niż bym chciała. Nie biadolę nad każdym jej upadkiem, jedynie nad poważniejszymi, gdy wiem, że naprawdę to mogło ją zaboleć. Zazwyczaj gdy spadnie, ja w ogóle nie komentuję jej upadku żadnymi słowami, traktują upadek jakby go nie było. Dzięki czemu Kalina wstanie, otrzepie kolana i biegnie bawić się dalej. (Pominę fakt, jak bardzo drażni mnie biadolenie jej taty, babci, dziadka, całej reszty świata, bo ich postawa może rozwalić to, co sobie zdążyłam zbudować). Powiedzieć można by, że jestem totalnie wyluzowaną mamą, ale spokojnie... potrafię u Kaliny dostrzec problem i wiem kiedy i jak reagować. Znam swoje dziecko najlepiej na świecie.
I kiedy miała iść do żłobka, wcale nie przerażał mnie fakt, że być może będzie płakać, nie będzie chciała uczęszczać do żłobka, że jej się nie będzie podobało bez mamy. Stwierdziłam, że płacz dziecka jest niekiedy nieunikniony i trzeba przez to przejść. Z resztą jak przystało na moje lajtowe podejście, Kalina płaczem u mnie nic nie załatwi, więc jej potencjalne łzy rozpaczy pewnie by mnie aż tak nie zdołowały... Wierzę, że w żłobku żadna krzywda jej się nie stanie, więc nie to spędza mi sen z powiek.
Przeżywam natomiast inną rzecz.... Oto moje dziecko zaczyna nowy etap w swoim życiu. Do tej pory byłam zawsze przy niej. Byłyśmy nierozerwalne. A teraz ona zaczyna swoje życie. Takie, w którym nie ma stale mamy, w którym nie mogę widzieć co ją rozbawiło, co ją zasmuciło, co przeżywała, co ją zainteresowało. Kilka godzin dziennie, w których nie mogę obserwować jej reakcji, jej doświadczeń, jej poczynań. Moja maleńka dziewczynka tworzy przestrzeń tylko swoją. Oddzielny maleńki człowiek. Jej przeżycia, jej wspomnienia i jej emocje. Już nie nasze, już nie wszystko będziemy przeżywać razem.

A jak poradziła sobie w żłobku? Wzorowo! Biega, bawi się z dziećmi, jest szczęśliwa i radosna. Nie płacze za mamą, słucha wychowawców i jest grzeczna. Chwalę się? Chwalę! Bo Kalinka zawsze od wszystkich odstawała. Z racji wcześniactwa zawsze była do tyłu z rówieśnikami. Bardzo późno wyszedł jej pierwszy ząbek, bardzo późno zaczęła raczkować, siedzieć, baaaaaardzo późno zaczęła chodzić. A teraz poszła do żłobka i oto z dumą mogę powiedzieć, że Kalina je samodzielnie, w ogóle nie nosi pampersa, opanowała nocnik do perfekcji, wypowiada się w 3 językach. Ostatni będą pierwszymi! - jak mówi mądre przysłowie i choć wcale nie o wyścigi tu chodzi, nie o porównywanie, to jednak cieszę się, że mogę uściskać córcię i powtarzać jej to, co myślę wpajać jej przez całe życie. Że nie zawsze mamy to, co chcemy. Że jeśli człowiekowi nie udaje się z jednym, to niech się cieszy ze swoich innych sukcesów. Że z tego składa się życie już od maleńkości, gdy coś ci się stale nie udaje, są jakieś niepowodzenia, ale że w innych sytuacjach może być zupełnie odwrotnie. Może ci się nie udać w tym czy tamtym, ale już w czymś innym osiągniesz sukces. Fortuna kołem się toczy. A jakie sukcesy zdobywa maleńki, malusi - ale jednak - człowiek? Właśnie takie maleńkie :)

                                           

środa, 8 kwietnia 2015

Potencjalne drugie urodziny


Dziś Kalinka skończyłaby 2 lata. Byłoby tak, gdyby 16. lutego 2013 roku w moim organizmie nie nastało trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu, tsunami i Bóg jeden wie, jakim innym określeniem mogłabym zastąpić mój przedwczesny poród. To był prawdziwy kataklizm, na którego pomyślny finał musieliśmy jeszcze długo czekać. Termin porodu miałam na 8. kwietnia. Kalinka przyszła zatem na świat zbyt wcześnie. To był pierwszy dzień 34 tygodnia ciąży, godzina 10.00. Zaledwie kilka, kilkanaście godzin wcześniej byłby to tydzień 33 i siódmy miesiąc, więc nie można tu jasno stwierdzić, że urodziła się w ósmym miesiącu. Nigdy nie zapomnę, jak bardzo bałam się o jej życie. Nie zapomnę też tego, jak nie mogłam jej zobaczyć. O kangurowaniu nie było mowy. Kiedy leżałam w szpitalu tuz po porodzie, widziałam dziecko zaledwie przez 2 minuty dziennie! Później Kalinka została w szpitalu jeszcze przez 1,5 miesiąca, będąc z daleka ode mnie. Dzieliło nas jakieś 200 km. Nie przenieśliśmy jej do szpitala w naszej miejscowości, bo ten nie dysponuje odpowiednim sprzętem dla wcześniaków. Nie widywałam zatem dziecka, a jedynie dzwoniłam do szpitala każdego dnia i pytałam, jakie są jej postępy w rozwoju. Pamiętam dobrze, jak raz pojechaliśmy z mężem do szpitala, by zobaczyć dziecko i nas nie wpuszczono. Zostawiliśmy pampersy lekarce i wróciliśmy do domu. Nie wpuszczają, bo dzieci na oddziale mają dramatycznie słabą odporność i nie wpuszcza się na oddział NIKOGO z zewnątrz ze względu na niebezpieczeństwo roznoszenia zarazek i bakterii. Czy ktoś sobie może wyobrazić, jaki to był dla mnie dramat? W późniejszym czasie jeszcze nieraz leżałam w niejednym szpitalu w Bułgarii, zasięgnęłam opinii niejednego lekarza i miałam nieustanny kontakt z placówkami zdrowia. Nie narzekałam na szpitale, na lekarzy, na opiekę, na kompetencje, na nic. Ale to, że nie mogłam widzieć mojego dziecka, uważam za bardzo krzywdzące. Tuż po porodzie dosłownie skradłam zdjęcie dziecka! Bo zdjęć na oddziale też nie wolno było robić. Nie pytajcie mnie dlaczego, nie wiem. Skorzystałam z okazji, że lekarka rozmawiała z drugą i zrobiłam dziecku błyskawiczne zdjęcie komórką. Gdy lekarka szła w moim kierunku, włożyłam telefon do torebki i udawałam, że szukam w niej chusteczek do nosa. Choć wiele udawania w tym nie było, płakałam przecież jak bóbr. To skradzione zdjęcie Kaliny musiało mi towarzyszyć przez kolejne 1,5 miesiąca. Spoglądałam na nie każdego dnia i ubolewałam nad jej cierpieniem. Te rurki, te igły wbite z maleńkie rączki, nóżki. Ten bezruch i ta moja niemoc! Nie cierpię tych wspomnień, nie znoszę ich, ale one stale do mnie wracają.


Gdy Kalinka nauczyła się samodzielnie oddychać, gdy nauczyła się pić mleko z butelki i przestano ją karmić przez sondę, gdy wreszcie osiągnęła upragnioną wagę 2,200 kg i gdy przetoczono jej krew z powodu niskiej hemoglobiny, usłyszałam wreszcie w słuchawce telefonu: "Twoje dziecko jest gotowe, możesz już ją odebrać ze szpitala."
Wzięliśmy naszego wcześniaka, nasze największe maleńkie szczęście do domu i chuchaliśmy na nie i dmuchaliśmy i troszczyliśmy się tak, jak to robimy po dziś dzień. Rozwija się prawidłowo, nie choruje (tfu tfu tfu!!!) i dorównała swoim rówieśnikom. Dokładnie w dniu swoich drugich urodzin ważyła idealne 12 kilogramów. Mieściła się w samym środeczku siatki centylowej.
Niczego na świecie nie boję się tak, jak tego, żeby nam nic nie zakłóciło tego spokoju. Paraliżuje mnie strach na samą myśl, że coś może rozwalić nasze zdrowie, zdrowie naszej całej rodziny. Chcę w tym raju trwać wiecznie, kiedy nic nas nie boli, kiedy nie udajemy się do szpitala na wojnę, w której życie jest stawką, kiedy mamy siły na życie, kiedy odbieramy zawsze dobre wyniki badań. Pieprzyć te posady, wycieczki, plazmy, samochody, smartfony i wszystkie inne dobra tego świata, o których i tak mam marne pojęcie. Boże, jak mi jest dobrze, że jesteśmy zdrowi. Niech te chwile trwają wiecznie.

sobota, 21 lutego 2015

Kalina się zakocha


Wisława Szymborska
"Miłość od pierwszego wejrzenia"

Oboje są przekonani,

że połączyło ich uczucie nagłe. 

Piękna jest taka pewność,

ale niepewność piękniejsza.

Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej,

nic między nimi nigdy się nie działo.

A co na to ulice, schody, korytarze,

na których mogli się od dawna mijać?

Chciałabym ich zapytać,

czy nie pamiętają -

może w drzwiach obrotowych

kiedyś twarzą w twarz?

jakieś przepraszam" w ścisku?
głos "pomyłka" w słuchawce?
- ale znam ich odpowiedź.
Nie, nie pamiętają.

Bardzo by ich zdziwiło, 

że od dłuższego już czasu

bawił się nimi przypadek.

Jeszcze nie całkiem gotów

zamienić się dla nich w los,

zbliżał ich i oddalał,

zabiegał im drogę

i tłumiąc chichot
odskakiwał w bok.

Były znaki, sygnały,

cóż z tego, że nieczytelne.

Może trzy lata temu

albo w zeszły wtorek

pewien listek przefrunął
z ramienia na ramię?
Było coś zgubionego i podniesionego.
Kto wie, czy już nie piłka
w zaroślach dzieciństwa?

Był klamki i dzwonki,

na których zawczasu

dotyk kładł się na dotyk.

Walizki obok siebie w przechowalni.

Był może pewnej nocy jednakowy sen,
natychmiast po zbudzeniu zamazany.

Każdy przecież początek

to tylko ciąg dalszy,

a księga zdarzeń

zawsze otwarta w połowie.


**********************************************************************************
Poznaliśmy się z Hristo podczas dorywczej pracy w Anglii. Było tam mnóstwo ludzi i z początku nikogo nie kojarzyłam. Pewnego dnia wzięłam do ręki listę osób i nieźle się uśmiałam z nazwiska tego chłopaka. Pamiętam, że podzieliłam się z koleżanką zabawnym odkryciem i powiedziałam do niej "Zobacz, jak ten człowiek śmiesznie się nazywa". Powiecie mi, że jego imię wcale nie jest śmieszne, ale gdy się je postawi tuż obok nazwiska, robi się nietypowo. Przynajmniej dla Polki, dla której taka kombinacja jest rzadko spotykana, a nawet omijana.

Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że ten człowiek, co tak śmiesznie się nazywa, będzie moim mężem, kazałabym mu się popukać w czoło.

Dlaczego rozpoczęłam post wierszem Szymborskiej? Bo tylko ona potrafi wyrazić to, co chcę powiedzieć. Mój język nie taki giętki. Nie powie wszystkiego, co pomyśli głowa.

Patrzę na moje dziecko, dla którego jestem całym światem! W środku nocy, gdy się przebudzi, mówi "Mamaaaaa". Wstaję do niej wówczas z najszczerszą przyjemnością i spełniam jej życzenia. Zazwyczaj daję jej się napić, lub głaszczę po policzku mówiąc, że jestem tutaj, jestem blisko. Nocne wstawanie jest teraz prawdziwą radością. Nie tak jak wtedy, gdy budzisz się w nocy do noworodka co dwie, trzy godziny, przewijasz, karmisz i modlisz się, by prędko zasnąć znów, bo za chwilę trzeba się budzić ponownie. Teraz wstaję w nocy, bo dziecko chce mnie! Mnie, mnie, mnie, jestem jej całym światem. Sprawdza, czy jestem obok. Gdy wracam do domu, ona biegnie do mnie przez cały korytarz długi i szeroki, rozpościera ramiona i rzuca mi się na szyję z tym swoim niebiańskim "mamaaaa" na ustach. Jestem przeszczęśliwa, że mam dziecko. Że to właśnie Kalina jest moim dzieckiem. Często mówię jej "Dziękuję Ci, mała kruszynko, że taki fajny dzidziuś jak Ty, zechciał właśnie w moim brzuchu zamieszkać". Kalina po tych  słowach nawet nie patrzy na mnie zdziwiona. Nie ma pojęcia, o czym ja mówię, a ja sama nie wiem, czy wtóruję Platonowi w myśl koncepcji, że dusza ludzka istnieje przed narodzeniem. Duszko Kalinkowa, ja Ci dziękuję, że Ty z moją duszą taki duet tworzysz! Ciało Kaliny, ja Ci dziękuję, że Ty z mojego ciała mogłeś się zrodzić!

No i patrzę na to moje dziecko, dla którego chcę żyć, chcę być! Ona światem jest całym dla nas dwojga. I co? I ten świat mój cały kiedyś się zakocha.... Tak, wiem, pięknie jest się zakochać. Tego jej życzę, by jej miłość życiowa była dobra i wielka. Nawet teraz, gdy całuję się z mężem, Kalina z zazdrości przybiega i ciągnie mnie za nogę. Mówię jej "Czekaj Kalinko, mama całuje się ze swoim mężem. Jak będziesz miała męża, też tak będziesz robić!" Hristo się ze mnie śmieje, a Kalina nie wie, co ja chrzanię, ale wie na pewno, że dobrze by było wdrapać się po mojej nodze i przytulać się w trójkę.
Myślę już (choć wiem, że za wcześnie), że kiedyś dzieci opuszczają rodzinne gniazdo. Ona może kiedyś stanie przed nami i powie "Mamo, tato, zakochałam się. Mój chłopak jest Brazylijczykiem (/Słowakiem/Kubańczykiem/..../ czy Norwegiem).Wyjeżdżam."
I tylko cichutko mam nadzieję, że ten jej jeden jedyny okaże się być małym Ivankiem, co to w piłkę kopie tu pod blokiem. Że jej teściowa będzie tą miłą sąsiadką z pierwszego piętra, co to ma synka w przedszkolu. Chciałabym, by ten przypadek, co z ludzi sobie drwi, bawił się teraz z Kaliną. By się okazało, że ona z przyszłym swoim mężem mija się na spacerze w parku. Że może razem kiedyś zjeżdżali w tym samym czasie na tej samej zjeżdżalni, albo razem ze swoimi mamami kupowali kiedyś zupki w słoiku, tu w tym sklepie za rogiem.

Ja wiem, że dzieci nie wychowuje się dla siebie. Że z mężem spędzisz całe życie, a dziecko pójdzie w swiat. Cokolwiek kiedyś zdecyduje Kalina, nigdy nie stanę jej na drodze, ale chciałabym, żeby ten świat, w który ona pójdzie, był gdzieś blisko mnie. Ja się po prostu boję, że.....mnie....kiedyś....ona.... z o s t a w i ...



                          

środa, 18 lutego 2015

Dwulatka Kalinka

Naturę miewam patetyczną. Zdarza mi się mieć górnolotne myśli na ważne tematy. "Miewam" i "zdarza mi się". Na szczęście ta strona mojej osobowości mną nie dominuje, więc nie pokuszę się o wzruszający poemat opiewający moją miłość do jedynego dziecka. Choć może przywykli moi mili czytelnicy do tego, że wywołuję wzruszenia, to jednak dzisiaj wzruszać nie chcę. Zamiast tego pojawi się jedno wyznanie w postaci dedykowanego Kalinie zdjęcia, żeby przekazać to, co bardzo ważne - wdzięczność. Dziękuję temu małemu dziecku za to, że ją mam. Ona sobie jeszcze nie zdaje sprawy z tego, że jest skarbem, cudem i żywą miłością zamkniętą w małym ciele.



Dwa dni temu skończyła dwa latka. Jest zdrowa, jest szczęśliwa. Rozwija się prawidłowo, lubi Dorę, kocha kotki, a nawet szydełkuje razem z mamą.



Mówi po angielsku "cow", "o no!!!", "bye-bye".
Po bułgarsku mówi jedynie "czao"
Raduje moje serce wieloma polskimi słowami, wśród których słówko "mama" jest balsamem dla mej duszy.


 Lubi książki. Jej ulubioną książką nie jest ani jedna piękna baśniowa opowieść, żadna złotowłosa księżniczka, ani też żadna rymowanka Brzechwy, które ja tak w dzieciństwie uwielbiałam. Kalina szaleje za moim poradnikiem encyklopedycznym zatytułowanym "Matka i dziecko". Gdy wertujemy książkę, Kalinka głośno komentuje, co robi "dzidzi".
Dzidzi am, dzidzi śpi, dzidzi ciap-ciap (kąpie się), dzidzi balon (czyt. Dziecko bawi się piłką. Póki co dla Kalinki każda piłka i kula to balon.)



Uwielbiam jej ton. Zawsze gdy o czymś pomyśli, najpierw pyta sama siebie, po czym odpowiada sobie z radością. Na przykład gdy widzi, że zbieramy się na spacer, chodzi po przedpokoju i woła:
- Buty???? Buuuuuuuuuuty??? O!!!!!!!! Buty!!!!!
I cieszy się, jakby co najmniej znalazła 100 $.


Pozwólcie, że pochwalę się pewna małą różową owieczką, która wyszła spod moich rąk. Kalince się podobała... przez pierwsze 5 minut. :/




Na koniec bardzo wszystkim dziękuję za komentarze pod ostatnim postem. Wasze wsparcie i ciepłe słowo są dla mnie bardzo ważne. Mam ostatnio głowę pełną przykrych myśli. Moja mama nieoczekiwanie znalazła się w szpitalu i bardzo się przejmuję jej zdrowiem. Przejmuję się także kilkoma innymi sprawami, ale to nie czas i miejsce, by poruszać te tematy.
Dziękuję raz jeszcze.





piątek, 14 listopada 2014

Bawiłam się w Sherlocka :/


Zaczęło się kilka nocy temu. Kaszel wybudzał Kalinę ze snu. W dzień nie było żadnych innych objaw. Nos czysty, temperatury nie miała. W nocy kaszlała. Trzecia noc pod rząd z tymi samymi objawami.

Wujek Google - doradca numer jeden w dzisiejszych czasach i źródło wiedzy na wszelkie zapytania. Spytałam Wujka, a ten poskładał wszystko do kupy i wyszło mi jedno - astma! Bo dziecko kaszle, kaszel duszący, zwłaszcza w pozycji leżącej. Przed ciążą paliłam papierosy, a mój mąż jest alergikiem. Wszystko się zgadza, dokładnie jest tak, jak Wujek Google mówi. Dodałam sobie jeszcze, że Kalina jest wcześniakiem i gdy się urodziła, nie miała dobrze rozwiniętych płuc.

Panika, obgryzanie paznokci, wzmożona akcja serca i schizofrenia  - wszystko na raz mnie dopadło. Następnego dnia pobiegliśmy do doktora. Okazało się, że się leciutko przeziębiła. Serduszko i płuca ma dobrze. Gardło lekko zaczerwienione. Doktorka przepisała lekarstwa na gardełko, syrop na kaszel i coś na wzmocnienie odporności.

A mądre reklamy w telewizji mówią - NIE BAW SIĘ W SHERLOCKA. POWIEDZ LEKARZOWI WSZYSTKIE OBJAWY. Nie wiem, czy ktoś się dziś do tego stosuje i nie pokusi się o sprawdzenie w internecie czego objawem mogą być różne dolegliwości. Wyobraziłam sobie Bóg wie co i prawie zeszłam na zawał ze strachu.
Koniec naszej przyjaźni, Wujku Google, więcej schizować nie będę!

A kaszel Kaliny od wczoraj pojawia się i w dzień, do tego zmieniony głos i kichanie. Objawy typowe dla przeziębienia, Malwino,  p r z e z i ę b i e n i a ,  nie astmy!

Kurujemy się od wczoraj, leżymy, oglądamy bajki i z kocykiem rozstać się nie umiemy.



Wizyta w aptece przyprawiła mnie również o szybsze bicie serca.
Choć ja jestem już zdrowa, to chemioterapia pozostawiła ślady w moim organizmie tak trwałe, że jeszcze z nimi walczę. Mam bardzo słabe kości i wysokie prawdopodobieństwo osteoporozy. Wszystkie zdrowe komórki mojego ciała rok temu uległy spustoszeniu i cały czas odprowadzam się do porządku.

Tak więc kupiłam dwa syropy, tabletki na gardło i kilka moich tabletek na kości i zostawiłam w aptece 90 lv (ok. 180 zł). Złapałam się za głowę.

Wiem, wiem, przyziemne sprawy i jak dobrze, że Kalina nie ma astmy, a ja nie mam raka, a na zdrowiu się nie oszczędza, ale ceny lekarstw i tak mnie przerażają.

wtorek, 14 października 2014

Jestem samotną matką!


Nie mam tu koleżanek. Gdy mąż jest w pracy, włóczę się z wózkiem sama po parku i placach zabaw. Obserwuję inne matki, które siedzą grupami na ławce, popijają kawkę z maszyny, a dzieci bawią się ze sobą. Radzę sobie z tą samotnością dobrze, ale czasami marzę o tym, by być w Polsce, by tak zwyczajnie chwycić za telefon i zadzwonić do kuzynki, umówić się z nią na spacer. Albo żeby wpaść do mamy na niedzielny obiad. Spotkać się z przyjaciółkami. Kiedyś takie rzeczy były dla mnie codziennością, a dziś takiego normalnego, zwyczajnego życia towarzyskiego mi brakuje. 

Mój mąż ma uczulenie na moje słowa "czegoś mi brakuje". Gdy tylko zaczynam postękiwać, że chciałabym mieć jakieś koleżanki, jedną chociaż, jakąś taką, która byłaby moją koleżanką, a nie naszą. Ktoś to rozumie? Ale nie mam odwagi podejść w parku do grupy młodych mam i powiedzieć: "Cześć dziewczyny, mogę się z wami zakolegować? Fajna jestem." Wracając do męża, ten zaraz gdy tylko usłyszy moje marudzenie, wyskakuje z bardzo mocnymi argumentami - Czego Ci brakuje, Malwina? Rozglądnij się wokół siebie. Masz męża, który Cię uwielbia, masz dziecko, masz zdrowie, masz dach nad głową. Ja staję na głowie, żeby ci niczego nie brakowało, żebyś się czuła bezpieczna i nigdy mi nie powiedziała, że żałujesz, że tu jesteś. A tobie.. czegoś brakuje?
Więc nie ranię męża słowami i mi czegoś brakuje tylko w samotności. 

Hristo postanowił jednak zaradzić coś na mój brak towarzystwa i poznał mnie ze swoją koleżanką, która ma już dwójkę małych dzieci. Jest przemiła, sympatyczna, z wiecznym uśmiechem na ustach. Tylko że te usta jej się wcale nie zamykają. Przysięgam, ani na chwilę. Gada, gada, gada a mi pozostaje z niedowierzaniem się uśmiechać do niej, mówiąc na zmianę Ahaaaa, super, no coś ty, fajnie, okropność, ale jaja..... Na więcej moja koleżanka mi nie pozwoli, bo gdy zaczynam coś mówić, to nigdy nawet zdania nie dokończę, bo ona jeszcze musi mi powiedzieć o tym, że ta pogoda ją dobija, że Petko przez 2 dni nie zrobił kupy, a Kolo wyprowadza na smyczy maskotkę na spacer.... Ok..... Słucham zatem niezwykłych przygód rodzinnych i marzę z powrotem o mojej samotności i świętym spokoju. Dzięki, mężu, ale my nie z tej samej gliny ulepione...

 A ja dalej marudzę...

Więc mąż dalej coś zaradzić musiał. Dziewczyna jego kolegi zamieszkała z nim. Przeprowadziła się z innego miasta i też nie ma tu przyjaciół, znajomych. Spotykamy się czasem przy kawie. Moja koleżanka dopuszcza mnie do słowa, a nawet pojawiają się między nami chwile niezręcznego milczenia. Jej facet strasznie chce dziecko i cały czas jej o tym mówi, ale ona nie chce. Malwina, czy ty wyobrażasz sobie tak siedzieć w domu? Pieluchy, gotowanie, sprzątanie! A co z moją karierą? Spojrzałam na nią dziwnie. Koleżanko, chyba nie oczekujesz, że będę ci  potakiwać.... Dla mnie mięć dziecko znaczy dużo więcej, niż tylko śmierdzące pieluchy i niewyspanie. Ale ty, droga koleżanko, sama się o tym przekonasz. Oby, bo sama nie wiem, czego jej życzyć. Kariery, czy tego, by przekonała się, co w życiu jest na prawdę ważne.

Kiedyś spotkałyśmy się w towarzystwie jakiejś jej znajomej z pracy. Zapoznała nas i postanowiła powiedzieć o mnie parę słów więcej, żeby był jakiś punkt zaczepienia i aby rozmowa mogła się rozwijać. Więc mówi: Malwina przyjechała tutaj z Polski. Jest bardzo silną kobietą, sama wychowuje dziecko. Przeraziłam się i natychmiast wykrzyknęłam "Nie, nie, ja mam męża!" Pomyślałam zaraz, że co ona wygaduje, przecież dobrze wie że żyjemy z Hristo w zgodnym i szczęśliwym małżeństwie. A ona na to "Masz, ale sama się zajmujesz dzieckiem." No tak. Trzeba sobie uświadomić, w jakiej ja kulturze żyję. Jeśli moja teściowa nie zajmuje się moim dzieckiem, to znaczy, że ja się nim zajmuje sama. Bo tutaj babcie czują święty obowiązek opieki nad dzieckiem. Kiedy miałam operację i leżałam w szpitalu, mój mąż opiekował się Kaliną. Była jeszcze malutka, a on przebywał z nią 24 godziny na dobę. Karmienie, bekanie, przewijanie, spacerowanie, kąpanie..... Robił absolutnie wszystko, wszystko, wszystko bez niczyjej pomocy chociażby przez 10 minut. Niczyjej. Teściowie wtedy nas jawnie nienawidzili i mieli daleko w zadzie to, czy ja żyję sobie tam w tym szpitalu, czy nie, czy ich syn radzi sobie jakoś, czy też nie. Dziś też mnie nie znoszą, tyle że mniej jawnie. Dziś robią cyrk i widowisko. Ze wszystkich stron pozują się na cudownych ludzi, pomocnych i idealnych, a co się kryję za tą wilczą skórą, już my dobrze wiemy. Teściowa powinna w teatrze pracować, albo książkę napisać. Fantastyczną, rzecz jasna.

Co chciałam powiedzieć? Sedno mojej gadaniny jest takie, że w Bułgarii babcie powinny dużo zajmować się dzieckiem. Jest to oczywiste i jasne jak słońce. Albo jasne tak jak to, że ojcowie aż tak czynnego udziału, jak babcie, nie biorą. A gdy ktoś tak mówi o moim mężu, to jest to dla niego i dla mnie zwyczajnie obraźliwe.

Koleżanka, która również z jakiejś innej gliny, niż moja, ulepiona, spotyka się ze mną wciąż od czasu do czasu (raz na dwa miesiące). Raczej z grzeczności i dla świętego spokoju naszych facetów, niż ze szczerej sympatii.
Jestem beznadziejna? Że nie mogę trafić na swojego człowieka? Nie mówię od razu o bratniej duszy, tylko po protu o tej glinie jednej i tej samej, z której to Pan Bóg nas lepił!
Albo na prawdę, na prawdę, na serio to ja jestem beznadziejna!

Na szczęście od trzech tygodni jest tu ze mną przyjaciółka-skarb! Moja  ukochana mama! Teraz to już na prawdę, mężu drogi, nie brakuje mi niczego. Nie marudzę, nie stękam i w ogóle świat jest piękny!

                                        

Tylko mało mnie w tych internetach! Obiecuję odpisać wszystkim, którzy do mnie pisali, obiecuję poczytać wszystko, co mnie ciekawi, obiecuję, że dokończę wszystkie napoczęte już posty... Będzie kontynuacja mojej szpitalnej opowieści, będzie relacja z wcale nieudanego bułgarskiego wesela i będzie też temat kontrowersyjny i zaczepny. Wszystko będzie, ale - wybaczcie - nie śpieszy mi się. Korzystam z tego co mam, a jak mi będzie samotność doskwierać i brak towarzystwa, to wrócę do tych pomocnych internetów... Sorry...


piątek, 12 września 2014

POSZŁA!

Relacja z ostatniej chwili! :D  :D  :D  :D


Przedpołudniowy spacer. Ruszyłyśmy z Kalinką w wózku, zaliczyłyśmy kilka miejsc, w które miałyśmy się udać i na koniec weszłyśmy do sklepu z artykułami dziecięcymi. Kalina dziś przebudziła się bardzo wcześnie, jak nigdy, o 6.00 rano! Więc na spacerze była kapryśna i zmęczona. Wzięłam ją zatem do sklepu na ręce i gdy sięgałam po portfel zostawiłam Kalinę na ziemi, żeby trzymała się mojej nogi.

A ona... poszła!!!! :D Puściła moją spódnicę, poszła pooglądać co jest tu, co jest tam, dokąd prowadzi ta alejka, a co to jest za zabawka. Jak zbadała teren, to poszła do drzwi, wyjrzała przez nie. Zostawiła mnie z szeroko otwartymi ustami!

Mówię do sprzedawczyni - "Widzisz to? Widzisz? Ona idzie, chodzi, chodzi!!!"

Kalinka mnie usłyszała i przybiegła do mnie i już za Chiny ludowe nie chciała puścić mojej nogi. Zawstydziła się i przypomniała sobie, że przecież jest śpiąca i marudna. Wróciłyśmy do domu. Wysadziłam ją z wózka, a ona przeszła cały przedpokój sama ( :D :D :D ). Oszalałam z radości.

Po czym ostudziła moją radość, siadła i już więcej nie pokazała, co potrafi. O dalszym chodzeniu nie było mowy... Nakarmiłam ją więc, teraz śpi. A ja się nie mogę doczekać, kiedy się wyśpi, bo chcę sprawdzić, czy on a już chodzi, czy tylko sobie ze mnie chciała jaja zrobić :) Dać mi nadzieję i wrócić z powrotem na czworaka...

Ale jestem podekscytowana!!! Kurczę... Bycie mamą daje strasznie dużo emocji :)

wtorek, 22 lipca 2014

Kalina nie chodzi

Kalinka skończyła niedawno rok i 5 miesięcy. I wciąż nie chodzi.

Ja wiem, wiem, że każde dziecko ma swój czas, że przyjdzie ten moment, ale tak bym chciała, żeby już chodziła.

Z racji swojego wcześniactwa wszystko u Kalinki odbywa się bardzo powoli. Siedzieć zaczęła późno. Raczkować nauczyła się 2 tygodnie przed pierwszymi urodzinami. Nawet zęby miała późno. Pierwszy pokazał się, gdy miała rok i 2 tygodnie. No i do dziś ma ich tylko 6. Reszta dokucza, dokucza, ale się nie pokazuje.

Z chodzeniem jest podobnie. Do niedawna chodziła tylko trzymana za dwie rączki i do tego na palcach, plątając przy tym nogi jak pijana. Od jakiegoś czasu przestała je plątać, chodzi za jedną rączkę i już całą stopą. Ale żeby się puścić - nie ma mowy. Jak się czymś zabawi, to czasem stoi sama bez trzymanki i się bawi zabawką w rękach, ale jak tylko sobie uświadomi, że się niczego nie trzyma, to z przerażeniem otwiera oczy i siada na pupę.
Chodź, do mamy, chodź do taty - idzie, ale z asekuracją. Gdy chcę, żeby poszła sama, pada na kolana i biegnie do mnie po podłodze....

Pediatra mówi, że nie widzi niczego niepokojącego. Jeszcze od ortopedy nie będzie kierować, bo widzi, że nie ma takiej potrzeby. Kalina chodzi, tylko  nie sama i pozostaje kwestia jej własnego wyboru. Żeby po prostu sama puściła mamy rękę. Ze strony medycznej nie widzi problemu.
Próbuję sobie przypomnieć, ale nie było takiej sytuacji, żeby Kalina jakoś spektakularnie spadła, przewróciła się, czy coś podobnego, co miałoby wywołać u niej lęk przed samodzielnością....

Jejkuuuuuuu, jak ja bym chciała, żeby ona już chodziła. Czy to jest jakiś mój błąd? Co mogę zrobić? Trenujemy dużo, chodzi nawet trzymana na smyczy dla dzieci, ale no way, sama nie mamowy, żeby chodziła.

Wczoraj byliśmy na wsi, gdzie mamy domek, ogródek, pieski. Po sąsiedzku mieszka rodzina mojego męża, dziadka kuzyn z żoną i jego młodsze pokolenie. Babcia, widząc, że przyjechaliśmy, przyszła się z nami przywitać. I znów to samo pytanie, które słyszę kilka razy dziennie od ludzi "Oooo, to Kalinka jeszcze nie chodzi sama?"... Nie, nie chodzi, jak widać!
Babcia dała mi cudowną receptę!
"Malwina, musisz zrobić bułkę, wielką bułkę upiec! Jaką chcesz, z dżemem, czy ze serem. I tę bułkę podaruj jakiemuś starszemu od Kaliny dziecku, które już chodzi. Powiedz mu, że dajesz mu tę bułkę w imieniu Bogurodzicy. A w duchu pomyśl wtedy, że dajesz ją po to, by twoje dziecko zaczęło chodzić. Starszak jednak nie może o tym wiedzieć! Zobaczysz, tydzień nie minie i Kalina zacznie chodzić."
Gdy to usłyszałam, ręce mi opadły. O tym, że bułgarski naród jest przesądny, wiem od dawna. W szczególności to starsze pokolenie, chociaż młodzi też mają swoje teorie. Podziękowałam babci za cenną radę i w duchu złapałam się za głowę.

Ale babcia nie przestawała mnie zaskakiwać. Bawiłyśmy się z Kaliną strumieniem wody na podwórku. Ona uwielbia go łapać i straszną ma przy tym radość. Jak jej zakręciłam wodę, to w płacz. W końcu sama kapnęła się, jak odkręcić kran, co babcia skomentowała - "Widziałaś? Ona się sama zorientowała się, jak zrobić, żeby woda leciała. Widzisz jakie mądre dziecko, widzisz? Patrz się, dziewczynką jest, a jaka mądra."
Tym razem nie tylko ręce, ale i uszy mi opadły! Zatkało mnie. No niewiarygodne, na prawdę, niebywałe, że jest dziewczynką i jest mądra. Dziwne, do prawdy. Przecież bycie mądrą i do tego dziewczynką, to nie idzie ze sobą w parze!

Jestem trochę poirytowana ostatnio i nie wiem, muszę jakoś nauczyć się cierpliwości.... Nabrać dystansu.

Na koniec pochwalę się rzeczą cudowną. Ewo, dostałam paczkę wczoraj. Jestem Ci bardzo wdzięczna!

Książeczka jest cudowna. Przepiękne wydanie dla dzieci. Ja się uczę kolorów po włosku, a Kalina cieszy się do rysunków i pokazuje na świnkę, bałwanka, bakłażanka! Przepiękna książeczka!

I bransoletka urocza! Noszę na ręce stale, więc stale jesteś ze mną myślami, Ewo :) Gdy tylko spojrzę na rękę.

Tuż obok bransoletki od mojej serdecznej przyjaciółki Natalki :* Którą uwielbiam, ściskam, pozdrawiam i całuję :* Natalko, Ty też jesteś ze mną zawsze :*

A co do paczuszki, to były w niej jeszcze wspaniałe, pyszne czekoladki, którymi się nie pochwalę, bo już ich nie ma... :)

Ewa, stokrotne dzięki raz jeszcze!