Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2016

Jak dodac nastolatkom pewnosci siebie



     Co zrobić, gdy Twojemu dziecku brakuje pewności siebie? Jak pomóc dziecku, które jest wyśmiewane? Jak pokonać trudności w nawiązywaniu znajomości? Co może zrobić matka w sytuacji, gdy rówieśnicy jej dziecka wciąż mu dokuczają? Jakiś czas temu w internecie udzieliłam kilku rad na powyższy problem, a że moje wskazówki spotkały się z dużym aplauzem, postanowiłam podzielić się nimi z Wami.
         Wyobraź sobie 11-letnią dziewczynkę, która wraca ze szkoły ze łzami w oczach. Dziewczynka kilka razy zmieniała szkołę, ma problemy z adaptacją, z nawiązywaniem kontaktów. Nie czuje się dobrze wśród rówieśników, większość z nich się z niej wyśmiewa, a każdy dzień spędzony z nimi zdaje się być dla niej prawdziwą męczarnią. Nazwę dziewczynkę Anią i skieruję do jej mamy kilka rad, jak pomóc sobie i 11-letniej Ani w nabraniu pewności siebie.





Twoje dziecko tworzy swoją historię, tworzy siebie.


     Przede wszystkim wszelkie zmiany to proces i nie ma co oczekiwać, że coś się trwale zmieni z dnia na dzień. 
     Czy należy informować nauczycieli ze szkoły, nawet jeśli dziecko wyraźnie sobie tego nie życzy? Powiadomiłabym wychowawcę natychmiast, jeśli miałabym 100 % gwarancji, że to wystarczy, że zadziała i że od tej rozmowy wszystko się zmieni jak ręką odjął. Prawdopodobnie tak nie będzie, córka prosiła, by tego nie robić i w żadnym wypadku nie rób tego za jej plecami. Ufa ci, ma z Tobą dobry kontakt, nie rób jej na przekór, nie trać w jej oczach, nie rozczaruj. Jeśli jednak ocenisz, że ze względów bezpieczeństwa warto dać nauczycielom sygnał, zrób to, ale koniecznie powiedz córce, o swoich zamiarach, nie działaj za jej plecami. Powiedz dziecku, że jesteś przejęta tą sytuacją, że troszczysz się o jej zdrowie i życie i z racji tego, że nie ma cię tam przy niej, chcesz przynajmniej mieć tam kogoś, kto miałby oko na sytuację. Skonsultuj z wychowawcą, jakie działania zamierza podjąć, by rozwiązać problem gnębienia dziecka.
      Jest jeszcze coś, co możesz zrobić. Daj jej wędkę, nie rybę. Zrób co w Twojej mocy, może to nie będzie wiele, ale może wystarczy i możliwe jest, że kiedyś właśnie za to Ania Ci podziękuje... I pamiętaj zanim cokolwiek zaczniesz - NIE WSZYSTKO ZALEŻY OD CIEBIE. Jej osobowość, charakter, dzieciństwo, działania, doświadczenia - wszystko to tworzy jednego, unikalnego, niepowtarzalnego człowieka, który ŻYJE S W O J E ŻYCIE. Pamiętaj o tym dla własnego komfortu psychicznego. 
      Dam Ci  kilka pomysłów, jak podbudować troszkę Anię. Dziewczynka musi zacząć od siebie, musi podnieść swoją samoocenę i poczucie własnej wartości. Jeśli będzie przekonana o tym, że jest silna, poradzi sobie z każdymi i z każdą sytuacją.

                                           Pokaż dziecku, że jest wyjątkowe

Przygotuj się do rozmowy z Anią. Daj jej małe karteczki. Niech wypisze na nich cechy swoich znajomych, które uważa za super! Co w nich podziwia, co jej imponuje, co robi na niej ogromne wrażenie. (Gosia jest wygadana, Ola jest przebojowa, Zuzia robi salto itp.) Daj jej dużo czasu, niech pisze na jednej karteczce jedną rzecz, na drugiej drugą. Ona jest zakompleksiona, więc tych karteczek podziwiających innych może być bardzo dużo. Kiedy skończy, wtedy Ty pokażesz jej MNÓSTWO karteczek o wyjątkowości Ani, rozumiesz? Całe mnóstwo! To miałam na myśli, gdy mówiłam, byś się przygotowała do tej rozmowy. Zrobisz te karteczki wcześniej. Na jednej karteczce po jednej pozytywnej cesze osobowości, wyglądu, coś pozytywnego. Nie będziesz miała problemu z ich napisaniem, bo to w końcu Twoje dziecko, więc łatwo znajdziesz jej plusy i znasz ją na wylot. Kiedy ją zasypiesz tymi karteczkami, wiesz co się stanie? - W jej głowie zacznie kiełkować proces. Ania zacznie myśleć, że nie jest gorsza, że jest wyjątkowa, że ona to w ogóle jest wspaniała! Oto klucz do zdobywania umiejętności - znasz z pewnością tę sentencję "Powiedz mi, a zapomnę, pokaż mi, a zapamiętam. Poprzez tę karteczkową zabawę Ania zobaczy na własne oczy, że jest wartościowym człowiekiem. I to ćwiczenie podziała dobrze też na Ciebie, bo pomoże Ci dostrzec jej wyjątkowość, wyciągnąć z niej najwspanialsze cechy. I wiesz co? Ania prawdopodobnie będzie to pamiętać do końca życia.




                                                        Pielęgnuj proces

Druga rzecz. Oglądałaś film "Służące"? Tam jest taka piękna scena, jak niania powtarza małej dziewczynce słowa "Jesteś mądra, jesteś dobra, jesteś ważna". Wspaniałe słowa, musisz jej to powtarzać. To nic, że zaczerpnięte z filmu, ważne, że szczere, bo przecież dla Ciebie Twoje dziecko jest mądre, jest dobre, jest najważniejsze. Po raz pierwszy powiesz jej to na koniec tej karteczkowej zabawy, a później już będziesz jej powtarzać bardzo często! Przed ważnym dniem, lub zwyczajnym dniem w szkole, zanim wyjdzie z domu. Przytulisz i powiesz to zdanie, które od razu przywoła myśl tych karteczek i jej przypomni, że ona jest super dziewczynką!


zrodlo

Kontrola nad sobą

       Trzecia rzecz. Ćwicz z nią ciało, aby przechytrzyć umysł. To umysł wysyła sygnały do ciała i ono reaguje. Prawdopodobnie niepewne siebie dziecko jest spięte, ma pochyloną głowę i spuszczony wzrok... Z pewnością chciałabyś, aby w sytuacji, gdy ktoś się wyśmiewa z Ani, ona rzuciła ciętą ripostę, powaliła wszystkich na kolana i zatkała im usta tak, by nigdy więcej nie pośmieli mówić do niej w ten sposób. Ale żeby do tego doszło, Ania musi najpierw znaleźć w sobie na to siłę. Musi zwalczyć stres. Niech Ania postara się zrobić psychice na przekór. Niech ciało wysyła sygnał psychice, choć to takie nielogiczne, ale może zadziałać. Jak?
       Od dziś Ania będzie podnosić głowę, gdy poczuje się niekomfortowo z dziećmi, które się z niech śmieją. Będzie jej przykro, ale niech trzyma głowę wysoko i oddycha głęboko. To może pomóc jej być silną. Z pewnością nie zadziała od razu, ale pamiętaj - zmiany to proces, powolny, niestety. Nie na darmo mówi się we wszystkich językach świata "Głowa do góry". Przypominaj Ani bardzo często, by nie spuszczała głowy w dół, możesz z nią ćwiczyć w domu kontrolę nad swoim ciałem. Wiesz, co może się stać? Sytuacja w szkole być może będzie się powtarzać, Ania będzie trzymać głowę wysoko, będzie oddychać głęboko. Raz, drugi, trzeci nie zapłacze, gdy poczuje się urażona, któregoś razu nie będzie ofiarą, znajdzie odwagę, wypracuje w sobie siłę, by zmienić swoje życie.
Głowa do góry! - tylko tyle i aż tyle.




Życie jest trudne, po prostu! I dla małych i dla dużych. Trzeba sobie jakoś w nim radzić.


  

niedziela, 5 lipca 2015

Osiągnięcia Kalinki - czyli jak nauczyła się samodzielnie spać oraz o pożegnaniu z pampersem i smoczkiem

Kalinka rozwija się cudownie! O tym, że jest wcześniakiem z 33/34 t.c. przypominają tylko wspomnienia. Dziś Kalina ma 2 lata i 5 miesięcy, a całkiem niedawno pożegnałyśmy jej dzidziusiowy okres. Pora więc go posumować.

Jak Kalina nauczyła się samodzielnie spać?

Gdy była mała, usypianie Kaliny to była istna tragedia! Razem z mężem nauczyliśmy ją (mea culpa! nasza culpa!) spać na bujaku i Kalina spała WYŁĄCZNIE wtedy, gdy była lulana. Doszło w końcu do takich pamiętnych dla mnie nocy, gdy mąż spał smacznie tuż obok mnie, a ja całą (całą, calusieńką!) noc bujałam leżak. Mąż o godzinie 6.00 rano zbudził się do pracy i spytał, czy dawno się zbudziłam, a ja mu na to, że jeszcze nawet nie zasnęłam. Kalina budziła się z rykiem na każde zaprzestanie bujania chociażby na 2 sekundy. Tego ranka postanowiłam, że wprowadzę totalną rewolucję. Stwierdziłam, że nieważne jakim kosztem. Dziecko i tak nie śpi, i tak płacze, ja i tak nie śpię, więc rewolucja sama w sobie tragedii nie wniesie, a miejmy nadzieję, że wniesie poprawę.
Pomogła mi bardzo książka dziecięcej szeptunki,Tracy Hogg pt. "Język niemowląt". Książkę kupiłam jeszcze będąc w ciąży, wierząc w to, że dzięki niej zrozumiem niemowlaka. Przydało mi się z niej zaledwie kilka kartek, a konkretnie rozdział dotyczący usypiania dziecka. Kalina miała alergię na łóżeczko i gdy tylko ją tam zostawiłam, płakała tak, jakbym zdzierała z niej skórę! Mimo to, jej łóżeczko było moim celem i musiałam się pogodzić z płaczem, który wraz z rewolucją był nieunikniony. Postąpiłam więc tak, jak radzi szeptunka. Gdy bawiłam się z dzieckiem wieczorem, obserwowałam jej zachowanie. Kiedy Kalina ziewnęła raz, poczekałam na drugie ziewnięcie. Tuż po nim powiedziałam dziecku, że czas już spać, że ją bardzo kocham i będę blisko niej, a jej będą się śniły same cudowne rzeczy. Mówiłam to najczulszym głosem, na jaki się zdobyłam. Zgasiłam światło w pokoju, zapaliłam lampkę nocną, włączyłam cichutko uspokajającą muzykę, ucałowałam dziecko i zostawiłam w łóżeczku. Wyszłam z pokoju, a Kalina naturalnie zaczęła płakać w niebo głosy. Odczekałam 5 minut (prasowałam ciuszki, żeby przez te 5 minut nie oszaleć i czymś się zająć) i weszłam do pokoju. Podniosłam dziecko, ucałowałam, nie powiedziałam ani słówka, by wiedziała, że w nocy jest cicho, w nocy się nie mówi. Uspokajałam ją głaskaniem po główce, po pampersie, dmuchaniem w główkę. Gdy się uciszyła, zostawiałam ją w łóżeczku i wychodziłam. Moje krążenie do jej pokoju trwało 1,5 godziny. Po tym czasie Kalina zasnęła! Zasnęła w łóżeczku! Pamiętam, że kiedyś byłam przekonana, że to niemożliwe! Jeszcze poprzedniej nocy 10 godzin bujałam ją w leżaku, a teraz po 1,5 godziny męki, zasnęła w swoim łóżeczku. Prawdziwy cud a Tracy Hogg zaczęłam z tą chwilą wysławiać w każdym matczynym środowisku.
Kalina najpierw zasypiała w ten sposób po 1,5 godzinie płaczu, później czas ten się zmniejszał, aż w końcu nauczyła się, że noc jest od spania, że jest przyjemnie, ciemno i miło. Nawet zauważyłam, że dziecko ma swoją ulubioną muzykę, przy której zasypia.
Jak to wygląda dziś? Od ponad roku puszczam Kalince Mozarta do snu. Kiedy tylko Kalinka słyszy ten koncert, wie już, że pora spać.



Od razu kieruje się do swojego łóżka i zasypia sama po kilku minutach. Słucha muzyki tak długo, dopóki ja i mąż również nie położymy się do łóżka. Dzięki temu w domu nie musimy rozmawiać uciszonym głosem, możemy wieczorami zaprosić gości, którzy również mogą śmiać się głośno, bo u naszej córci w pokoju i tak króluje inny świat i nic tej atmosfery nie jest w stanie zakłócić. Kalina do dziś śpi ładnie w nocy, w dzień śpi około 2 godziny. Lubi spać, cieszę się, że sen jest dla niej przyjemnością.


Jak nauczyła się korzystać z nocnika?

Przygodę z nocnikiem zaczęłyśmy bardzo, bardzo późno. Wiem, że niektóre matki sadzają dziecko na nocnik nawet gdy dziecko ma 9 miesięcy. U mnie takie coś nie miało racji bytu, gdyż widziałam, że ona na to nie jest gotowa. Nie chciałam sadzać ją na nocnik dla samego siedzenia. Chciałam, żeby to miało sens, konkretny cel.  A widziałam również, że Kalina w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że się wypróżnia w pampersa. W ogóle nie wie (ok, może wiedziała, ale nie dawała sygnałów), że coś zrobiła. Popełniłam kilka prób wysadzenia dziecka na nocnik, ale Kalina płakała straszliwym płaczem, oczywiście jakbym z niej skórę zdzierała. Stwierdziłam więc, że to nie jest odpowiedni moment i poczekam. Czekałam długo, może zbyt długo, bo w dniu jej drugich urodzin wciąż nie mogłam się pochwalić tym, że moje dziecko chociażby siedzi na nocniku, już nie mówiąc o wypróżnianiu się. Co więc zrobiłam? Oczywiście tuż po jej drugich urodzinach wprowadziłam rewolucję i upewniłam się tylko, że już jest właściwy moment, że dziecko zdaje sobie sprawę, że mama zmienia pampersa, bo w nim jest "fe!". Cel - "fe" musi wylądować w nocniku - tym przeraźliwym i straszliwym kawałku plastiku. Jak to zrobiłam? Kalina ma nocnik zwyczajny, bez żadnych bajerów i melodyjek. Kupiłam jej 5 różnych książeczek, wiedząc o tym, że Kalinka uwielbia oglądać rysunki. Posadziłam ją na nocniku i niemalże natychmiast (natychmiast!) usiadłam z tyłu za nią, objęłam ją i szybko (błyskawicznie!) pokazałam jej jedną nową książeczkę. Tym samym odwróciłam uwagę od tego potwora-nocnika. Pierwszy raz nie siedziała długo, może jakieś 5 minut. Po tym czasie ubrałam dziecko, a książeczkę schowałam. Po południu powtórzyłam ten numer. Wieczorem również. Za każdym razem pokazywałam dziecku inną bajkę po to właśnie, żeby zainteresować ją czymś nowym. Wiadomo przecież, że wszystkie zabawki i książeczki, które ona już ma i zna, nie będą jej już tak interesowały. Za każdym razem wydłużałam troszkę czas siedzenia na nocniku. Dzięki tym książeczkom (podkreślam - pokazywałam je tylko przy nocniku) Kalina przestała kojarzyć nocnik z czymś strasznym, a siedzenie na nim stało się interesujące. Po czasie książeczki zmieniłam na puzzle, a Kalina na nocniku grzecznie siedziała i była zajęta dobrą zabawą. (Tak, te puzzle później chowałam.) Kiedy zdarzyło się dziecku zrobić do nocnika to, co należy w nim zostawić, wówczas biłam brawo, skakałam z radości, cieszyłam się do niej i chwaliłam jak tylko mogłam. Nazywając przy tym to, co się zdarzyło - "brawo siku, brawo siku!!! juhuuu! brawo siku!". Kiedy natomiast siku lądowało w pampersie, byłam najbardziej zawiedzionym człowiekiem świata. Przywdziewałam najsmutniejszą minę na świecie i rozpaczliwie wzdychałam, że "oj nie nie... co się tu stało, siku w pampersie, o nieeee, gdzie jest nasz nocnik?".
Kalina pojęła więc, że nocnik służy do załatwiania potrzeb fizjologicznych i dziś już nie używamy pampersa w ogóle. Jeszcze niedawno spała z pampersem, a ja przyznaję się do mojego lenistwa. Budziła się w nocy i płakała "maaaamo, Kali siku!", a ja mówiłam "ciiicho, Kali, masz pampersa!" (mea culpa, wiem, wiem, czyste lenistwo) i pozwalałam dziecku sikać w pampersa. Jednak Kalina nie dawała za wygraną, płakała tak długo, dopóki nie wstałam i jej nie wysikałam na nocniku. Tym samym pożegnałyśmy pampersy nawet w nocy. Acha - jak na razie dziecku nie zdarzają się wpadki. Za każdym razem informuje, że chce siku. (Zawsze powie siku, nawet gdy ma drugą potrzebę, to i tak ją nazwie "siku"). Czasami troszkę popuści, ale natychmiast woła nocnik i kończy już tam, gdzie powinna. Sukces pełną parą :D

Jak oduczyłam Kalinkę używać smoczek?

Oczywiście błędem było w ogóle uczenie dziecka korzystać ze smoczka, ale .... wszystko jest dla ludzi! A smoczki też są stworzone dla takich małych ludzików, co to potrzebę ssania mają dużą. Kalina w ogóle nie była karmiona piersią i bardzo, ale to bardzo lubiła pociumkać smoczek. Oczywiście doszło do tego, że dziecko nie chciało spać bez smoczka, w żadnym wypadku! Sen był równoznaczny z tym, że w usteczkach miał wylądować smoczek. W nocy budziła się, gdy smoczek zapodział się w łóżeczku i płakała tak, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał.... Wstawałam do niej więc jakieś 5-6 razy w nocy po to tylko, by wygrzebać smoczek spod jej kolan lub żeber i ulokować go w usteczkach córeczki.
Tak było do niedawna, do bardzo bardzo niedawna. Kalina chodzi do żłobka i postanowiłam więc, że muszę ją oduczyć tego nawyku. Głównie dlatego, że nie widząc co się w żłobku dzieje ze smoczkiem bałam się, że może jakieś inne dzieci będą go brały w usteczka, roznosiły choroby i zarażały Kalinkę tym sposobem. Nie wiem, czy takie rzeczy w żłobku się zdarzają, być może nie, być może to tylko moja trwoga i nadwrażliwość. Tak czy inaczej, najwyższa już pora by ze smoczkiem się pożegnać. Dziecko rośnie, ale smoczka kocha tak bardzo, że nie może bez niego żyć. Co więc zrobiłam? Oczywiście - wprowadziłam rewolucję. Zamiast likwidować smoczek, kupiłam drugi! Taki sam, identyczny! O czym oczywiście dziecko nie wiedziało. Stary smoczek (najlepszy! przeciumkany na wszystkie strony!) schowałam do szuflady z nadzieją, że pokażę jej go za kilkanaście lat, tak na pamiątkę. Nowy zaś ucięłam tuż przy samym trzonie. Całkowicie odciętą gumową część wyrzuciłam do kosza, a to co zostało, pokazałam córce. Przybiegłam do pokoju, w którym się bawiła Kalinka i z ogromnym przejęciem i zatroskaniem zaczęłam swoją śpiewkę "O nieeee, o nieeee, co tu się stało? Zobacz Kalinko, co się stało ze smokiem?" Kalina spróbowała wziąć go w usteczka, ale nie było co ciumkać... Byłyśmy bardzo zmartwione, przejęte strasznie, przytuliłam moje dziecko i powiedziałam jej, że bardzo mi przykro, że nie ma smoczka. Musimy więc wyrzucić go do kosza. A że Kalina uwielbia wyrzucać wszystko do kosza, więc ochoczo pobiegła wyrzucić smoczek. Gdy nadeszła pora snu, dziecko jak zwykle domagało się smoczka. Przypomniałam jej, że "smoczek poszedł DO KOSZA". Jeśli teraz napisałabym, że było lekko, mielibyście całkowitą rację nie wierząc mi w to. Było oczywiście strasznie. Nie pomógł żaden Mozart, piękne i czułe słówka nie pomogły. Kalina płakała przed snem dobre 2 godziny. Postanowiłam być konsekwentna i zapomnieć o mojej zamkniętej w szufladzie desce ratunkowej i powiedzieć B, skoro już powiedziałam A. Usypiałam więc dziecko różnymi głaskaniami po włosach, po rączce, piosenkami o najsłodszych kotkach świata. W końcu usnęła, ale nieee, wcale nie było łatwo... Jednak nie prosiła o smoczek, bo miałam na tę jej prośbę odpowiedź, którą dziecko dobrze znało - smoczek poszedł przecież DO KOSZA.
Kalina przestała więc o niego prosić, bo sama pamięta, gdzie on wylądował, ale zasypianie bez smoczka przez kilka nocy nie obyło się bez płaczu.
Teraz zaledwie od dwóch, trzech wieczorów Kalinka zasypia sama, obok niej śpią 4 pluszaki i zamiast ciumkać smoczek, nauczyłam ją, by była już cichutko bo piesek chce spać, kotek chce spać, myszka chce spać i sowa też. Nie może więc płakać w głos, bo pilnuje by jej zwierzaki zasnęły, w końcu zasypia sama, a o smoczku już nie pamięta. Od tygodnia słowo "smoczek" nie pojawiło się w naszym domu. Sukces pełną parą!


Podsumowując chcę podkreślić moją radość, że udało nam się pożegnać okres sięgający jeszcze do jej niemowlęcych czasów. Dziś Kalinka bez smoczka i bez pampersa jest już jak prawdziwa duża dziewczynka.
Aha! Nie chcę nikomu udzielać złotych rad. Piszę moje doświadczenia głównie po to, by kiedyś duża Kalina mogła sama o tym poczytać, ale jeśli komukolwiek jakieś moje wskazówki i sposoby pomogą, byłoby wspaniale!

środa, 10 czerwca 2015

Zmiany

Sama nie wiem, jak zacząć. Powroty po tak długiej przerwie nie są łatwe...

U nas nastąpiły zmiany. Nie tylko te, które stałym czytelnikom mojego bloga rzuciły się w oczy. Moja przyjaciółka twierdzi, że zmieniam wygląd bloga w zależności od tego, co mi akurat w duszy gra, co przeżywam i jak się czuję. Nie wiem, może faktycznie podświadomie (i świadomie pewnie też) marzę o tym, żeby wszystko było normalnie, zwyczajnie, przeciętnie i tak prosto. Potrzebuję prostoty, spokoju i zwyczajności i pewnie dlatego na pierwszy rzut wyleciały z bloga wszelkie chaotyczne gadżety i kolory.
Od czegoś życie trzeba zacząć porządkować a blogerzy mają tę możliwość, by porządkować na blogu....

Kalina od niedawna chodzi do żłobka. Zanim ją tam posłałam, przeżywałam to strasznie. Nie spodziewałam się tego po sobie, gdyż nigdy nie bywałam specjalnie przewrażliwiona. Nie trzęsę się ze strachu, że dziecko zmarznie i jej nie przegrzewam. Nie zmuszam jej do jedzenia, bo już się pogodziłam z tym, że czasami żadna siła niejadka nie przekona do zjedzenia więcej, niż bym chciała. Nie biadolę nad każdym jej upadkiem, jedynie nad poważniejszymi, gdy wiem, że naprawdę to mogło ją zaboleć. Zazwyczaj gdy spadnie, ja w ogóle nie komentuję jej upadku żadnymi słowami, traktują upadek jakby go nie było. Dzięki czemu Kalina wstanie, otrzepie kolana i biegnie bawić się dalej. (Pominę fakt, jak bardzo drażni mnie biadolenie jej taty, babci, dziadka, całej reszty świata, bo ich postawa może rozwalić to, co sobie zdążyłam zbudować). Powiedzieć można by, że jestem totalnie wyluzowaną mamą, ale spokojnie... potrafię u Kaliny dostrzec problem i wiem kiedy i jak reagować. Znam swoje dziecko najlepiej na świecie.
I kiedy miała iść do żłobka, wcale nie przerażał mnie fakt, że być może będzie płakać, nie będzie chciała uczęszczać do żłobka, że jej się nie będzie podobało bez mamy. Stwierdziłam, że płacz dziecka jest niekiedy nieunikniony i trzeba przez to przejść. Z resztą jak przystało na moje lajtowe podejście, Kalina płaczem u mnie nic nie załatwi, więc jej potencjalne łzy rozpaczy pewnie by mnie aż tak nie zdołowały... Wierzę, że w żłobku żadna krzywda jej się nie stanie, więc nie to spędza mi sen z powiek.
Przeżywam natomiast inną rzecz.... Oto moje dziecko zaczyna nowy etap w swoim życiu. Do tej pory byłam zawsze przy niej. Byłyśmy nierozerwalne. A teraz ona zaczyna swoje życie. Takie, w którym nie ma stale mamy, w którym nie mogę widzieć co ją rozbawiło, co ją zasmuciło, co przeżywała, co ją zainteresowało. Kilka godzin dziennie, w których nie mogę obserwować jej reakcji, jej doświadczeń, jej poczynań. Moja maleńka dziewczynka tworzy przestrzeń tylko swoją. Oddzielny maleńki człowiek. Jej przeżycia, jej wspomnienia i jej emocje. Już nie nasze, już nie wszystko będziemy przeżywać razem.

A jak poradziła sobie w żłobku? Wzorowo! Biega, bawi się z dziećmi, jest szczęśliwa i radosna. Nie płacze za mamą, słucha wychowawców i jest grzeczna. Chwalę się? Chwalę! Bo Kalinka zawsze od wszystkich odstawała. Z racji wcześniactwa zawsze była do tyłu z rówieśnikami. Bardzo późno wyszedł jej pierwszy ząbek, bardzo późno zaczęła raczkować, siedzieć, baaaaaardzo późno zaczęła chodzić. A teraz poszła do żłobka i oto z dumą mogę powiedzieć, że Kalina je samodzielnie, w ogóle nie nosi pampersa, opanowała nocnik do perfekcji, wypowiada się w 3 językach. Ostatni będą pierwszymi! - jak mówi mądre przysłowie i choć wcale nie o wyścigi tu chodzi, nie o porównywanie, to jednak cieszę się, że mogę uściskać córcię i powtarzać jej to, co myślę wpajać jej przez całe życie. Że nie zawsze mamy to, co chcemy. Że jeśli człowiekowi nie udaje się z jednym, to niech się cieszy ze swoich innych sukcesów. Że z tego składa się życie już od maleńkości, gdy coś ci się stale nie udaje, są jakieś niepowodzenia, ale że w innych sytuacjach może być zupełnie odwrotnie. Może ci się nie udać w tym czy tamtym, ale już w czymś innym osiągniesz sukces. Fortuna kołem się toczy. A jakie sukcesy zdobywa maleńki, malusi - ale jednak - człowiek? Właśnie takie maleńkie :)

                                           

sobota, 25 kwietnia 2015

Nie gotuję dziecku obiadów i dobrze mi z tym

Kiedy urodziła się Kalinka, jej dziadkowie mówili do niej bardzo często: "Jeszcze troszkę jak urośniesz, to będziesz chodzić z mamą po jedzenie". Kompletnie nie rozumiałam sensu ich wypowiedzi.

Do czasu, gdy Kalina osiągnęła wiek 10 miesięcy, gdy jadała już większość warzyw, mięsko, jajko, gluten, gdy okazało się, że nie ma uczulenia na żadne produkty żywieniowe i gdy pediatra stwierdził, że córka może już śmiało zacząć... chodzić po jedzenie!

  • Okazuje się, że w Bułgarii, przypuszczam, że w każdym mieście (niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę), funkcjonuje coś takiego jak kuchnia/jadłodalnia/stołówka dla dzieci. Jak zwał, tak zwał.
  • Kiedy dziecko kończy 10 miesięcy i lekarz pediatra na podstawie wywiadu z mamą stwierdza, że dziecko jest gotowe na stołówkę, wypisuje odpowiednie zaświadczenie potrzebne do rejestracji w stołówce.

  • Stołówka zwykle ma siedzibę w budynku żłobka lub przedszkola, czyli w miejscu, gdzie gotuje się posiłki dla małych dzieci.

  • Po zapisaniu się do stołówki rodzic wykupuje kupony. 1 kupon = jedzenie na 1 dzień
  • Cena jednego kuponu wynosi 1,5 lv, co w przybliżeniu daje 3 zł. ( w 2014 roku kupon kosztował 1 lv, a w 2013 był po 0,80 lv. To tak w ramach małej dygresji o tym, jak wszystko drożeje i jak błyskawicznie w ciągu 2 lat cena jedzenia podwoiła swoją wartość).

  • Stołówka wydaje jedzenie od poniedziałku do piątku w godzinach 11.00 - 12.00

  • Rodzic przynosi swoje pojemniki na jedzenie.

  • Jedzenie na jeden dzień zawiera 250 ml obiadu, 150 ml zupy, 100 ml deseru.

  • Jedzenie jest różnorodne, domowe, zdrowe, pełnowartościowe, pożywne i odpowiednie dla diety małych dzieci.
  • Obiad zawsze zawiera potrawę z mięsa lub ryby. Przykładowe obiady to: kurczak z ryżem, królik z warzywami, ryba z warzywami, mięso mielone wieprzowe z kapustą, kurczak ze szpinakiem, gjuwecz, grochówka, cielęcina z ziemniakami.
  • Przykładowa zupka to: pomidorowa, warzywna, mleczna, zupa z soczewicy, kartoflana oraz zupy sezonowe, np. z cukinią.
  • Deser stanowi zazwyczaj jakiś budyń kakaowy, waniliowy, lub kisiel owocowy. Podają też ryż z jabłkiem.
  • Posiłki są gotowane (NIE - smażone, NIE - pieczone)
  • Obiady są przecierane, aby były odpowiednie dla malutkich, często jeszcze szczerbatych :) smakoszy.
  • Dla większych dzieci, które już z łatwością poradzą sobie z gryzieniem posiłków, można kupić czerwony kupon, dzięki któremu dostaniemy obiad nie-przetarty.
  • Rodzice wybierają jedzenie ze stołówki tak długo, dopóki dziecko nie pójdzie do przedszkola, gdzie będzie w dalszym ciągu korzystało z tej samej kuchni, tylko że już na miejscu i pod opieką wychowawców.



Jakieś minusy tej kuchni? Ja ich nie znam. No może drażnią mnie jedynie długie kolejki. Wiecie jak to wygląda? Trochę jak za czasów komuny... Stoisz z kuponem w ręku, czekasz w długiej kolejce. Dzieci w wózkach "zaparkowane" też czekają. Jedne grzecznie, inne mniej grzecznie, a jeszcze inne, jak Kalina, dostają szału na widok oddalonej o kilkanaście metrów zjeżdżalni, a ona ma tu siedzieć w tym wózku i się na zjeżdżalnie tylko patrzeć? No way! Zachowam dla siebie to, jaki nieraz córka funduje mi wtedy koncert. Od dawna zawsze przed południem wychodzimy z Kalinką po jedzenie, co dla nas równa się zawsze z przedobiednim spacerem. Dziecku obiady smakują, choć czasem niczego do ust nie chce wziąć. (A to już nie jest winą stołówki, tylko kaprysem Kaliny, która za żadne skarby nie otworzy ust na absolutnie żadne jedzenie, jeśli akurat wychodzą jej zęby, jest przeziębiona, albo ma takie widzimisię.) Według mnie obiadki te pięknie pachną domową kuchnią i są bardzo pożywne. Doceniam też to, że są zróżnicowane, gdyż mi osobiście czasem brakuje pomysłów na obiad dla dziecka. Jeśli chodzi o jakość produktów, to nigdy osobiście tego nie sprawdziłam. Nie zaglądałam kucharom do garów i nie zbadałam świeżości produktów. W naszym mieście stołówka cieszy się jednak bardzo dobrą opinią i nikt na jedzenie nie narzeka, więc i ja im ufam. Nie zauważyłam nigdy, żeby dziecku po jedzeniu tych obiadków było źle, nie miała niestrawności a w zupie nie pływały włosy. Z kuchni jestem zadowolona i to bardzo.


Acha! Post zatytułowałam trochę zaczepnie, ale spokojnie. Czasem coś dziecku ugotuję, zazwyczaj na weekendzie, lub gdy pada deszcz i nie wybieramy się po jedzenie. Kalina i tak przyzwyczaiła się do bułgarskiej kuchni i - o zgrozo! - ona gardzi pierogami!!! Dacie wiarę? Muszę popracować nad jej polską połową.

środa, 8 kwietnia 2015

Potencjalne drugie urodziny


Dziś Kalinka skończyłaby 2 lata. Byłoby tak, gdyby 16. lutego 2013 roku w moim organizmie nie nastało trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu, tsunami i Bóg jeden wie, jakim innym określeniem mogłabym zastąpić mój przedwczesny poród. To był prawdziwy kataklizm, na którego pomyślny finał musieliśmy jeszcze długo czekać. Termin porodu miałam na 8. kwietnia. Kalinka przyszła zatem na świat zbyt wcześnie. To był pierwszy dzień 34 tygodnia ciąży, godzina 10.00. Zaledwie kilka, kilkanaście godzin wcześniej byłby to tydzień 33 i siódmy miesiąc, więc nie można tu jasno stwierdzić, że urodziła się w ósmym miesiącu. Nigdy nie zapomnę, jak bardzo bałam się o jej życie. Nie zapomnę też tego, jak nie mogłam jej zobaczyć. O kangurowaniu nie było mowy. Kiedy leżałam w szpitalu tuz po porodzie, widziałam dziecko zaledwie przez 2 minuty dziennie! Później Kalinka została w szpitalu jeszcze przez 1,5 miesiąca, będąc z daleka ode mnie. Dzieliło nas jakieś 200 km. Nie przenieśliśmy jej do szpitala w naszej miejscowości, bo ten nie dysponuje odpowiednim sprzętem dla wcześniaków. Nie widywałam zatem dziecka, a jedynie dzwoniłam do szpitala każdego dnia i pytałam, jakie są jej postępy w rozwoju. Pamiętam dobrze, jak raz pojechaliśmy z mężem do szpitala, by zobaczyć dziecko i nas nie wpuszczono. Zostawiliśmy pampersy lekarce i wróciliśmy do domu. Nie wpuszczają, bo dzieci na oddziale mają dramatycznie słabą odporność i nie wpuszcza się na oddział NIKOGO z zewnątrz ze względu na niebezpieczeństwo roznoszenia zarazek i bakterii. Czy ktoś sobie może wyobrazić, jaki to był dla mnie dramat? W późniejszym czasie jeszcze nieraz leżałam w niejednym szpitalu w Bułgarii, zasięgnęłam opinii niejednego lekarza i miałam nieustanny kontakt z placówkami zdrowia. Nie narzekałam na szpitale, na lekarzy, na opiekę, na kompetencje, na nic. Ale to, że nie mogłam widzieć mojego dziecka, uważam za bardzo krzywdzące. Tuż po porodzie dosłownie skradłam zdjęcie dziecka! Bo zdjęć na oddziale też nie wolno było robić. Nie pytajcie mnie dlaczego, nie wiem. Skorzystałam z okazji, że lekarka rozmawiała z drugą i zrobiłam dziecku błyskawiczne zdjęcie komórką. Gdy lekarka szła w moim kierunku, włożyłam telefon do torebki i udawałam, że szukam w niej chusteczek do nosa. Choć wiele udawania w tym nie było, płakałam przecież jak bóbr. To skradzione zdjęcie Kaliny musiało mi towarzyszyć przez kolejne 1,5 miesiąca. Spoglądałam na nie każdego dnia i ubolewałam nad jej cierpieniem. Te rurki, te igły wbite z maleńkie rączki, nóżki. Ten bezruch i ta moja niemoc! Nie cierpię tych wspomnień, nie znoszę ich, ale one stale do mnie wracają.


Gdy Kalinka nauczyła się samodzielnie oddychać, gdy nauczyła się pić mleko z butelki i przestano ją karmić przez sondę, gdy wreszcie osiągnęła upragnioną wagę 2,200 kg i gdy przetoczono jej krew z powodu niskiej hemoglobiny, usłyszałam wreszcie w słuchawce telefonu: "Twoje dziecko jest gotowe, możesz już ją odebrać ze szpitala."
Wzięliśmy naszego wcześniaka, nasze największe maleńkie szczęście do domu i chuchaliśmy na nie i dmuchaliśmy i troszczyliśmy się tak, jak to robimy po dziś dzień. Rozwija się prawidłowo, nie choruje (tfu tfu tfu!!!) i dorównała swoim rówieśnikom. Dokładnie w dniu swoich drugich urodzin ważyła idealne 12 kilogramów. Mieściła się w samym środeczku siatki centylowej.
Niczego na świecie nie boję się tak, jak tego, żeby nam nic nie zakłóciło tego spokoju. Paraliżuje mnie strach na samą myśl, że coś może rozwalić nasze zdrowie, zdrowie naszej całej rodziny. Chcę w tym raju trwać wiecznie, kiedy nic nas nie boli, kiedy nie udajemy się do szpitala na wojnę, w której życie jest stawką, kiedy mamy siły na życie, kiedy odbieramy zawsze dobre wyniki badań. Pieprzyć te posady, wycieczki, plazmy, samochody, smartfony i wszystkie inne dobra tego świata, o których i tak mam marne pojęcie. Boże, jak mi jest dobrze, że jesteśmy zdrowi. Niech te chwile trwają wiecznie.

środa, 4 marca 2015

Bajki tysiąca i jednej Polki - "W poszukiwaniu wiosny"


Poniższy post powstał w ramach projektu "BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI" Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów. 

                                         


"Istnieje mapa bez krańców świata - są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce.
Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy - nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj."
BAJKA 3. 
"W poszukiwaniu wiosny"

     Dziewczynki wstały z wygniecionego papieru, poprawiły włosy, ułożyły falbanki na swoich sukienkach i rozejrzały się wokół siebie.
- Gdzie my jesteśmy? – Spytała młodsza siostra.
- Nie mam pojęcia, ale na pewno zaraz się dowiemy. – Odpowiedziała Karinka. – Słyszysz to?
     Ala i Karinka nasłuchiwały głosów dochodzących z podwórka pobliskiego domu. Na dworze siedziała stara babcia i płakała. Przejęte siostry podbiegły do staruszki i spytały zatroskane?
- Co się pani stało? Kim pani jest?
     Kobieta rzekła:


Witajcie przemiłe dziewczęta.
Jestem bardzo zmartwiona i przejęta.
Babą Martą mnie nazywają
wszyscy Bułgarzy, co na wiosnę czekają.
Ja zawsze wiosnę im czarowałam
I słońce wpuszczałam i kwiatki siałam.
Lecz teraz nie mogę. Nie wiem, gdzie się podziały
Oznaki wiosny. Gdzie one się schowały?

     Dziewczynki wysłuchały zapłakanej kobiety. Baba Marta powiedziała im, że każdego roku w Bułgarii w dniu 1. marca wszyscy Bułgarzy wiążą sobie na dłoniach czerwono-białe sznureczki. Noszą je na rękach aż do dnia, w którym zobaczą pierwsze oznaki wiosny, takie jak kwitnące drzewo, czy przelatujący bocian. Wówczas ściągają sznurki i wieszają je na drzewie. W ten sposób zapewniają sobie zdrowie i szczęście przez cały rok. Ale tego roku wiosna dobrze się skryła Babie Marcie. Zupełnie nie wiadomo, gdzie się podziewa. 
I nic nie pomagają magiczne moce staruszki. Próbowała już ona przeróżnych magicznych sztuczek, ale nic z tego. Wiosny jak nie było, tak nie ma.
     - Niech się pani tak nie martwi. My pani pomożemy odszukać wiosnę. Uwielbiamy bawić się w chowanego, więc jesteśmy dobre w poszukiwaniach. Niech nam pani da chwilkę, a wrócimy do pani z wiosną. Żeby  żaden Bułgar nie narzekał już więcej na mróz i by bułgarskie dzieci nabrały siły i ochoty na zabawę na świeżym powietrzu.  I wraz z promykami słońca wszyscy Bułgarzy będą tryskać zdrowiem i energią. – Powiedziała Karinka, bo choć była młodziutką dziewczynką, to miała mnóstwo odwagi. Była gotowa przenosić góry, by osiągnąć zamierzony cel.
     - O tak! Pomożemy pani, może pani na nas liczyć. – Tymi słowami Ala poparła siostrę, bo choć była troszkę starsza od Karinki, to uwielbiała pomagać potrzebującym i robiła to z ogromną przyjemnością.
      Baba Marta bardzo się wzruszyła. W podzięce za udzieloną jej pomoc postanowiła obdarować dziewczynki czymś od serca. A że nie była zamożna, zdecydowała poczęstować dziewczynki upieczoną przez siebie pyszną bułką ze serem.
    Baba Marta otarła łzy i pomachała dziewczynkom na pożegnanie, wierząc, że młode, silne, energiczne dziewczynki dużo szybciej odszukają wiosnę. Są przecież silniejsze i sprytniejsze od niej. Na pożegnanie babcia założyła dziewczynkom czerwono-białe sznureczki na dłonie, by dzięki nim móc w magiczny sposób widzieć, jak dziewczynki sobie radzą.
     Stara kobieta zabrała się za wypieki, a dzielne dziewczynki ruszyły w podróż po pięknej Bułgarii w poszukiwaniu wiosny. Jak to zwykle bywa w bajkach, minęły dziewczęta siedem wzgórz, siedem lasów, aż tu nagle stanęły przed bajecznie pięknymi Siedmioma Jeziorami. I nie wiedziały, że znajdują się w górach Riła, gdzie Rilskich Siedem Jezior stanowią jeden z najpiękniejszych obiektów turystycznych w Bułgarii. 
siedem Jezior Rilskich


                      
     Odważna Karinka biegała pomiędzy jeziorami szukając śladów wiosny:
     - Przecież ona musi tu gdzieś być, wśród tak pięknej przyrody nie może jej brakować.
Na co odpowiedziała starsza Ala, by poszukały wiosny gdzie indziej, bo najwidoczniej tutaj jej nie znajdą…
     A tymczasem Baba Marta przesiała mąkę, dodała do niej mleko, drożdże i cukier. Myślami była przy swoich małych przyjaciółkach. Złapała się za koniec czerwonego sznureczka, wiszącego na jej ręce i tym magicznym sposobem zobaczyła, jak radzą sobie dziewczęta. Rzekła:


 Niech się wiosna opamięta,
Bo te dzielne, odważne dziewczęta

zwiedziły Rilskich Jezior Siedem

a gdzie wiosna? Nie wiem, nie wiem…

     Dziewczynki ruszyły w dalszą podróż, aż stanęły przed ogromnym wzgórzem. Na jego szczycie widniały ruiny zamku. I nie wiedziały, że znajdują się w Velikim Tyrnowie, jednym najpiękniejszych bułgarskich miast. Oczarowane siostry zechciały natychmiast dotrzeć na sam szczyt. Przyglądały się obwarowaniom z XIII wieku i czerpały ogromną radość z tego, że mogły tam bawić się, biegać i skakać po ogromnych ruinach, wspinać się na wysokie resztki zabudowań. 
Veliko Tyrnovo, Carevec.
                                   
     Spoglądały z wysoka na widniejący nieco dalej Velikotyrnowski Uniwersytet. Ala powiedziała:
     - Och… Jakże bym chciała móc kiedyś uczyć się właśnie na tej uczelni i mieć przy tym tak niesamowity widok na wzgórze Carewec.   
     
- Alu… na wszystko przyjdzie czas – odpowiedziała na to siostra. – Teraz musimy znaleźć wiosnę, bo obiecałyśmy to Babie Marcie. Prędko, szukajmy dalej!
     A tymczasem Baba Marta dodała do mąki jajka i masło i zagniotła piękne ciasto. Odstawiła je, by ładnie wyrosło. Myślami była przy swoich małych przyjaciółkach. Złapała się za koniec czerwonego sznureczka, wiszącego na jej ręce i tym magicznym sposobem zobaczyła, jak radzą sobie dziewczęta. Rzekła:
Niech się wiosna opamięta
Bo te dzielne, odważne dziewczęta

Widziały Rilskich Jezior Siedem

I velikotyrnowski Carewec.

A gdzie wiosna? Nie wiem, nie wiem…


     Dziewczynki ruszyły w dalszą drogę, minęły siedem kolejnych wzgórz, aż dotarły do Płowdiwu. I nie wiedziały, że są w jednym z największych bułgarskich miast, które słynie z bogatej historii. Zabytki tego miasta sięgają I tysiąclecia p. n. e. i do dziś zapierają dech w piersiach. Dziewczynki oglądały pozostałości murów rzymskich, starożytne ruiny i niezwykły teatr rzymski.
Antyczny teatr rzymski, Płowdiw


     Ala i Karinka poczuły się jak ryby w wodzie, gdyż bardzo, ale to bardzo lubiły występować na scenie. Śmiała Karinka wbiegła na sam środek teatru, a Ala stanowiła jej widownię. Dziewczynki śmiały się radośnie i wygłupiały. Bawiły się w Hamleta i w Romeo i Julię, gdyż sztuki te były im dobrze znane. Dziewczynki tak bardzo lubiły czytać.

     - O nie! Zapomniałyśmy o naszych poszukiwaniach! Gdzie jest wiosna? – Opamiętała się Ala i krzyknęła w niebogłosy. – Prędko, szukajmy dalej!
     A tymczasem Babie Marcie wyrosło piękne ciasto na bułkę. Rozwałkowała je, posypała świeżym serem, zawinęła w zgrabny rulon i włożyła do rozgrzanego pieca.
Myślami była przy swoich małych przyjaciółkach. Złapała się za koniec czerwonego sznureczka, wiszącego na jej ręce i tym magicznym sposobem zobaczyła, jak radzą sobie dziewczęta. Rzekła:



Niech się wiosna opamięta
Bo te dzielne, odważne dziewczęta

Widziały Rilskich Jezior Siedem

I velikotyrnowski Carewec.

I teatr antyczny w Płowdiwie,

Lecz gdzie jest wiosna? Nikt nie wie…

     Dziewczęta szukały dalej, aż dotarły nad piękne, bułgarskie morze.
     - Tu z pewnością znajdziemy wiosnę. – Powiedziała pełna nadziei Ala.
     Nadmorskie miasteczko zwane Nesebyr, jawiło się przed dziewczynkami swoim pięknem. Wąskie uliczki, niskie domy o charakterystycznej konstrukcji, budynki pochodzące z XI-XIV w. Dziewczynki nie wiedziały, że Nesebyr jest jednym z najpiękniejszym miasteczek na świecie. Świadczy o tym fakt, że spora część jego zabytków wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.


Nesebyr

     A nadmorskie fale tak urzekły Karinkę, że zechciała natychmiast wykąpać się w morzu.

     - Stój! – Krzyknęła Ala. – Nie możesz kąpać się w morzu w zimie! Najpierw znajdźmy wiosnę!
     - Masz rację. – Odpowiedziała młodsza siostra. – Tutaj wiosny wciąż jeszcze nie ma.
      A tymczasem Baba Marta wyjęła bułkę z pieca i pozostawiła ją do ostygnięcia.
Myślami była przy swoich małych przyjaciółkach. Złapała się za koniec czerwonego sznureczka, wiszącego na jej ręce i tym magicznym sposobem zobaczyła, jak radzą sobie dziewczęta. Rzekła:
Niech się wiosna opamięta
Bo te dzielne, odważne dziewczęta

Widziały Rilskich Jezior Siedem

I velikotyrnowski Carewec.

I teatr antyczny w Płowdiwie,

I Morze Czarne w mroźnej zimie,
Bo wiosny jak nie było, tak nie ma…

     Poszukiwania Karinki i Ali nabrały tempa. Dziewczynki zaglądały pod każdy kamień. Oglądały każdą gałązkę każdego napotkanego drzewa. Wyszukiwały pąków kwiatów i innych oznak wiosny. Wtem nagle oczom dziewczynek ukazały się prawdziwe skarby. Nie wierzycie? Tak! Skarby! Na ziemi leżał wielki srebrny naszyjnik. Widać było, że jest on bardzo, bardzo stary. Ala podniosła go z ziemi i zachwycała się jego pięknem. W tym samym czasie Karinka znalazła inne części starodawnej biżuterii. Złoto, srebro, brąz. Dziewczynki nie wiedziały, że Bułgaria słynie z archeologicznych wykopalisk, gdzie znalezione skarby świadczą o życiu i kulturze pradawnych ludów. 
Skarby znalezione w okolicach Svilengradu


     - Karinko, zobacz jakie cuda tu znalazłyśmy. Te rzeczy są przepiękne!
Tymczasem Baba Marta zrobiła się głodna. Czekała na dziewczynki tak długo, że zaczęło jej burczeć w brzuchu. Rzekła do siebie:

- Szukały wiosny dzielne siostry,

Lecz wiosna dobrze się schowała,

Znaleźć się dzieciom nie dała.

A ja taka głodna już jestem!

Zjem sobie bułki kęsek!

     I oderwała kawałeczek świeżo upieczonej bułki. Wtem oczom dziewczynek ukazał się niezwykły widok! Z ziemi szybko zaczęły wyrastać zdrowe, zielone roślinki. W mgnieniu oka Bułgaria zalała się kolorowymi kwiatami. Zachmurzone niebo rozpostarły radosne promienie słońca, a wraz ze świeżutkim powiewem wiosennego wiatru stanęła przed dziewczynkami Baba Marta!

- Dziewczynki moje kochane!
Jesteście cudowne, wspaniałe!

Tak mądre, tak odważne,

Tak dokładne, skrupulatne.

Jak dziękować wam, dziewczęta. 

Przyszła wiosna, taka piękna.
Gdybym o Was nie myślała,
Magicznej bułki piec bym nie chciała.
Dzięki Wam żaden Bułgar już nie będzie
Narzekał, że mu zimno, mroźno wszędzie!


     Zachwycone dziewczynki skakały z radości! Zdjęły z rączek czerwono-białe sznureczki i według bułgarskiego zwyczaju zawiesiły je na kwitnącym drzewie. Udało im się dokonać wspaniałej rzeczy. Pomogły komuś z czystego serca, a w dodatku są bogatsze duchowo o nowe doświadczenia. zobaczyły kawałek pięknych Bałkanów. Były  z siebie dumne i spokojnie mogły ruszyć już w dalszą podróż. Otrzymały od Baby Marty sporą część wspaniałej bułki z serem i pomachały staruszce na pożegnanie.

********
Na marginesie.
Jestem zaszczycona, że mogłam wziąć udział w tym zacnym projekcie. Dziewczynkom życzę wszystkiego dobrego, pięknego, cudownego przede wszystkim w życiu realnym, jak i w ich dalszych literackim podróżach.
Zależało mi, by pokazać siostrom nie tylko miejsca, z których słynie Bułgaria, ale również ważny element bułgarskiej tradycji, jakim jest święto 1. Marca. Więcej na temat Baby Marty i poczytać można TUTAJ. Pokazać chciałam również bułgarską wiarę w to, że symboliczne częstowanie pitą (rodzajem drożdżowej bułki z serem fetą), ma przynosić zdrowie i powodzenie. Na koniec trochę żartobliwie nawiązuję do mentalności Bułgarów, którzy mimo tego, że zimę miewają krótką i wcale nie taką srogą, jak im się zdaje, bezustannie całą zimę narzekają na mróz i wypatrują wiosny.

sobota, 20 września 2014

Kiedy dziecko stawia pierwsze samodzielne kroki

Można śmiało powiedzieć, że Bułgaria to jeden z najbardziej przesądnych krajów na świecie. Każda okazja jest dobra do częstowania bliskich pitą, co ma przynieść szczęście i zdrowie!

Jest całe mnóstwo okazji, gdzie postępując według tradycji, robi się to "za zdrave". Tym samym Bułgarzy powinni być i najzdrowszym narodem na świecie, bo na prawdę bardzo, bardzo się o to starają - to za zdrowie, tamto za zdrowie. Dziecko się urodziło - częstujemy bliskich za zdrowie, dziecko wyszło ze szpitala i przynieśliśmy je do domu - częstujemy bliskich za zdrowie, dziecko ma urodziny - częstujemy bliskich za zdrowie, dziecko stawia samodzielne kroki - częstujemy bliskich za zdrowie.

Boże drogi, niech choroby omijają ten naród szerokim łukiem, bo oni przecież stają na rzęsach, żeby zdrowie mieć.

Pamiętam, kiedy leczyłam raka i nie wolno mi było jeść absolutnie niczego słodkiego, Kalina w tym czasie wychodziła ze szpitala. Przywieźliśmy ją do domu i teściowa postępowała według starobułgarskiego zwyczaju - częstowała bliskich słodką bułką z rodzynkami - za zdrowie Kaliny, rzecz jasna. Odmówiłam, powiedziałam, że wie przecież, że ja słodkiego nie mogę jeść. Odmawiam i robię to dla swojego zdrowia. Teściowa na to: "Ale MUSISZ zjeść za zdrowie Kaliny".
Ok. Jedząc maleńkiego kęska dotarło do mnie, że nie zawsze tradycje mają symboliczne znaczenie. Dla niektórych miewają one znaczenie bardzo dosłowne.



Kiedy dziecko stawia pierwsze samodzielne kroki:

* Moment ten jest powodem do pewnego rodzaju rodzinnego święta, które ma nawet swoją nazwę - "Prestapułka" - znaczy ono tyle, że dziecko przestąpiło, przechodziło, po prostu zaczęło chodzić.

* Prestapułkę wyprawia się dziewczynkom w środę, a chłopczykom w piątek. Znaczy to, że nawet jeśli dziewczynka postawiłam pierwsze kroki w czwartek, to musi czekać sześć dni, do środy, na swoje święto.

* Dzień wcześniej należy zamówić w piekarni pitę na prestapułkę, gdzie osoby tam pracujące będą od razu wiedziały, co to jest. Taka pita ma być dekoracyjnym ciastem drożdżowym. Coś jak nasza polska chałka. Zdjęcia przykładowych pit na prestapułkę można zobaczyć klikając TUTAJ lub TUTAJ.  Zobaczcie, warto! Te pity są bardzo piękne.
Jeśli matka piecze sama pitę, ważne jest, by dwoje jej rodziców żyło. Jeśli którychś z nich nie żyje, wtedy niech pitę piecze ktoś inny z rodziny, lub najlepiej zamówić wówczas z piekarni.

* Pierwszy kawałek pity przeznaczony jest dla gwiazdy przedstawienia - samego dziecka, które chodzi. Kolejne kawałki są dla innych uczestników prostapułki.

* Mama odwiedza swoich bliskich znajomych, rodzinę, sąsiadów i częstuje ich kawałkiem pity i miodem, chwaląc się przy tym, że jej dziecko może już samodzielnie chodzić. Ci zaś wręczają matce symbolicznego pieniążka w postaci 2-5 lv, życząc przy tym dziecku zdrowia.

* Bardzo ważne jest, by pitą poczęstować jakieś dziecko starsze od naszego. Takie, które już chodzi bardzo stabilnie, bez niczyjej pomocy, które jest pewne swoich kroków. Ma to doprowadzić do tego, że wkrótce i nasze dziecko będzie takie pewne siebie w chodzeniu.

* Według tradycji należy na ziemi rozłożyć białe prześcieradło. Na nim pokruszyć kawałeczek pity. Postawić niewielki stoiczek z przeróżnymi przedmiotami. Niech to będą nap. okulary, książka, telefon. Postawiamy nasze dziecko przed prześcieradłem, a ono samodzielnie mam za zadanie podejść do stoliczka i wziąć z niego to, co chce. Jego wybór świadczy o tym, kim będzie w przyszłości. Powiedzmy, że wybierając okulary, będzie mądrym uczonym, a wybierając piłkę - będzie sportowcem, grzebień - będzie fryzjerem....

* Mówi się, że kiedy matka rozdając pitę śpieszy się, biega, jest bardzo energiczna i goni ją czas, to wtedy dziecko szybko wyjdzie za mąż/ożeni się.

Podsumowując - pierwsze samodzielne kroki naszych dzieci to wydarzenie bardzo ważne! Niesie za sobą okazję do rodzinnego, zabawnego świętowania. Tych chwil nie da się zapomnieć i wspomina się je po latach z uśmiechem na twarzy.
Jakkolwiek dziwnie by nie brzmiały powyższe zwyczaje, robi się je z czystego serca i dla dobra ukochanego dziecka.


****************************************************************************************

Moja Kalina chodzi od niedawna. Cały czas jestem w wielkim szoku i ciesze się strasznie, że nareszcie może chodzić!  Jestem z niej dumna i jednocześnie cała się trzęsę ze strachu, widząc, jak ona nie patrzy gdzie chodzi! Zupełnie nie zwraca uwagi jak chodzi, w co wchodzi. Jej kroki są bardzo niepewne i niestabilne. Nie żebym się tym przejmowała, wiem, że to minie i że to są jej początki, jednak na spacerze stale się boję, że sobie nabije guza. Praktyka jednak czyni mistrza, a i Kalina chodzić nauczy się porządnie i pewnie. Wszystko z czasem.

Co do prestapułki - skoro dziewczynkom robi się prestapułkę w środę, więc ja jej prestapułki nie robiłam. W środę mój mąż miał urodziny i miałam ręce zawalone robotą. Placki, sałatki, sprzątanie i cała reszta. Ale moja teściowa zadbała o bułgarskie zwyczaje i zamówiła pitę, poczęstowała wszystkie swoje koleżanki i sąsiadki. Chodzenia po prześcieradle w poszukiwaniu przyszłości również córce nie zafundowałam, bo ja jej życzę, żeby była kim chce. Fryzjerem, kasjerem, uczonym, dziennikarzem, czy piekarzem - niech robi w życiu to, co sprawi jej radość i da jej spełnienie, a nie to, co ja sobie dla niej wymarzyłam i postawiłam na prześcieradle. 










Kalina chodzi! A ja mogę już spać spokojnie :)

piątek, 12 września 2014

POSZŁA!

Relacja z ostatniej chwili! :D  :D  :D  :D


Przedpołudniowy spacer. Ruszyłyśmy z Kalinką w wózku, zaliczyłyśmy kilka miejsc, w które miałyśmy się udać i na koniec weszłyśmy do sklepu z artykułami dziecięcymi. Kalina dziś przebudziła się bardzo wcześnie, jak nigdy, o 6.00 rano! Więc na spacerze była kapryśna i zmęczona. Wzięłam ją zatem do sklepu na ręce i gdy sięgałam po portfel zostawiłam Kalinę na ziemi, żeby trzymała się mojej nogi.

A ona... poszła!!!! :D Puściła moją spódnicę, poszła pooglądać co jest tu, co jest tam, dokąd prowadzi ta alejka, a co to jest za zabawka. Jak zbadała teren, to poszła do drzwi, wyjrzała przez nie. Zostawiła mnie z szeroko otwartymi ustami!

Mówię do sprzedawczyni - "Widzisz to? Widzisz? Ona idzie, chodzi, chodzi!!!"

Kalinka mnie usłyszała i przybiegła do mnie i już za Chiny ludowe nie chciała puścić mojej nogi. Zawstydziła się i przypomniała sobie, że przecież jest śpiąca i marudna. Wróciłyśmy do domu. Wysadziłam ją z wózka, a ona przeszła cały przedpokój sama ( :D :D :D ). Oszalałam z radości.

Po czym ostudziła moją radość, siadła i już więcej nie pokazała, co potrafi. O dalszym chodzeniu nie było mowy... Nakarmiłam ją więc, teraz śpi. A ja się nie mogę doczekać, kiedy się wyśpi, bo chcę sprawdzić, czy on a już chodzi, czy tylko sobie ze mnie chciała jaja zrobić :) Dać mi nadzieję i wrócić z powrotem na czworaka...

Ale jestem podekscytowana!!! Kurczę... Bycie mamą daje strasznie dużo emocji :)