Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 kwietnia 2017

Kozunak - obowiązkowy przysmak wielkanocnego stołu



     Trudno jest wyobrazić sobie Świąt Wielkanocnych bez ozdobionych jajek. W Bułgarii jednak nie tylko pisanki stanowią nieodzowny wyznacznik Wielkanocy. Kozunak - to drożdżowy wypiek, który w duecie   z pisankami obowiązkowo gości na wielkanocnym stole.

    Kozunak to nic innego, jak dobrze znana Polakom chałka. Miękkie, drożdżowe ciasto, często                   z rodzynkami. Żółciutkie, puszyste, delikatnie słodkie.


     Pieczenie kozunaków w okresie wielkanocnym to stosunkowo nowa bułgarska tradycja, która ma swój początek w latach 20. XX wieku. Choć pieczenie kozunaków nie łączy Bułgarów od stuleci, to jednak ich obecność na wielkanocnym stole ma bardzo silną pozycję.

                          


     Według tradycji w Niedzielę Wielkanocną Bułgarzy rozdają bliskim  ozdobione pisanki i kozunak. Duet, nierozdzielna para, zawsze razem - jajka i kozunak należy podarować gospodyni, do której idziesz w gości. Ona prawdopodobnie odwdzięczy się tym samym i na do widzenia wręczy ci swoje pisanki i swój kozunak.



    Wielkanocne chałki są nie lada wyzwaniem dla pani domu, bo są bardzo pracochłonne w wykonaniu. Ja odpuściłam sobie pieczenie kozunaów i poszłam na łatwiznę, kupiłam kilka w sklepie. Ale w wyniku kozunaczej wymianki na moim stole gości dziś różnorodność chałek.

Wszystkim , którzy dzisiaj świętują, życzę dobrej zabawy przy wielkanocnym stole. I smacznego!

wtorek, 1 marca 2016

Piżo i Penda! - legenda o braterskiej miłości

            Dziś obchodzimy w Bułgarii piękne święto - Martenicę. 

      Marzec jest miesiącem, w którym nadchodzi wiosna. Z tego powodu 1. marca Bułgarzy symbolicznie żegnają się z zimą i witają wiosnę. Według Bułgarów nazwa miesiąca "mart" pochodzi od imienia złośliwej staruszki, która nieustannie zmienia swoje humory. Baba Marta jest bardzo kapryśna i gdy się uśmiecha jest słonecznie i wiosennie, ale kiedy się złości, pada deszcz i jest zimno. Bułgarzy obdarowują się marteniczkami - biało-czerwonymi bransoletkami mającymi na celu przekonać Babę Martę, by wiosna nadeszła prędzej.
           Więcej o tej tradycji pisałam TUTAJ.

           Dziś natomiast opowiem Wam legendę i Piżo i Pendzie. Na straganach bowiem oprócz biało-czerwonych bransoletek spotyka się parę - kobietę i mężczyznę utworzoną z włóczki, związanych ze sobą sznurkiem. 




          Dawno, dawno temu przyjechała w Rodopy pewna para. Młodzi bardzo chcieli mieć dziecko, ale im się nie udawało. Któregoś dnia, końcem lata, kiedy mężczyzna zbierał plony, tuż obok ich chaty przechodziła stara kobieta. Zgarbiona, brudna i złowieszcza. Staruszka oparła się o bramę i zapukała. Drzwi otworzyła zaskoczona młoda kobieta i zdecydowała się wpuścić staruszkę. Babcia rzekła:
- Widzę w Twoich oczach nieszczęście. 
Penda na to:
- O tak, bardzo chciałabym mieć dziecko, ale nie mogę zajść w ciążę. Zrobiłabym wszystko, żeby spełnić nasze marzenie!
Staruszka poradziła jej:
 - Dam ci tę torebeczkę. Połóż ją na łóżku pod poduszką. Kiedy nadejdzie pełnia księżyca, spędź z mężem romantyczną noc. Będziesz miała bliźniaki. Chłopca białego jak śnieg i dziewczynkę czerwoną, rumianą. Daj im na imię Piżo i Penda.
    Kobieta nie mogła uwierzyć. Przecież od tak dawna starali się z mężem o dziecko i im się nie udawało, a teraz mieliby mieć bliźniaki?
     Staruszka mówiła dalej:
      - Ale pamiętaj. Kiedy skończą 16 lat przyjdę i wezmę Pendę ze sobą!
    Ale młoda podekscytowana młoda kobieta tego już nie chciała słuchać. A z resztą - czy tej cherlawej staruszce uda się przeżyć jeszcze aż 16 lat? Wzięła od babci torebeczkę, w zamian poczęstowała babcię wodą i baniczka i pożegnała się ze staruszką życząc jej szerokiej drogi. Wieczorem mąż wrócił zmęczony. Żona poczęstowała go ciepłą kolację i opowiedziała mu dokładnie o dzisiejszym spotkaniu. Zataiła jednak przed mężem fakt, że kobieta chce przyjść za 16 lat i zabrać im Pendę.
     Tej nocy była pełnia księżyca. Małżonkowie postąpili dokładnie tak, jak zasugerowała im stara kobieta. Pewnego marcowego poranka na świat przyszła para bliźniaków - Piżo i Penda. 
    Bliźniaki były wręcz nierozdzielne. Jedno zawsze pomagało drugiemu. Mijały lata, a matka zdążyła już zapomnieć o słowach staruszki. Rodzina żyła sobie szczęśliwie 16 lat.    
    To była ciężka zima i wszyscy z niecierpliwością czekali nadejścia wiosny. Dzień przed 16-tymi urodzinami dzieci Piżo wracał do domu ze szkoły, gdy zobaczył na targowisku wspaniałe, błękitne koraliki. Postanowił kupić je siostrze w urodzinowym prezencie. Ruszył w kierunku domu, ale kiedy się odwrócił, nie widział już sprzedawcy koralików. 
   Rankiem Piżo wstał wcześnie, by przygotować niespodziankę ukochanej siostrze. Rozradowana Penda zawiesiła sobie na szyi koraliki od brata. W tym samym czasie przed bramą ich domu pojawiła się staruszka. Matka bliźniaków przestraszyła się, że babcia idzie zaprać jej Pendę. Kobieta zaczęła krzyczeć, że nie odda jej swojej córki. Popchnęła staruszkę, a ta upadła. Babcia się zezłościła i gdy na dwór wybiegli bliźniacy, byli świadkami tego, jak staruszka zamienia ich matkę w drzewo!


    Piżo skoczył w ich kierunku, a wściekła babinka zabiła Pendę. Piżo padł przed babcią na kolana i błagał ją,  by chociaż zwróciła mu Pendę. 
- Wróć ją do życia, proszę! Zrobię wszystko, co zechcesz!
     Piżó postanowił nie dawać za wygraną. Nieustannie chodził za staruszką ze łzami w oczach i ją błagał, by przywróciła do życia jego siostrę. Coś jednak było nie tak ze staruszką. Dziwnie się zachowywała. Raz się śmiała, za chwilę była wściekła, następnie znowu wesoła i radosna, by w kolejnym momencie znowu tryskać radością. Ale Piżo się nie poddawał.
      Staruszka powiedziała mu:
- Piżo, ty naprawdę bardzo kochasz swoją siostrę. Sprawię zatem, że oboje będziecie żyć wiecznie, a każdy będzie się kłonił przed waszą ogromną, braterską miłością. Ale musisz za to zapłacić swoja krwią.

    Piżo podniósł ciało swojej siostry. Zostawił je pod drzewem-ich matką, pocałował siostrę w policzek po raz ostatni i mocno ją przytulił. W tym momencie na dachu ich domu usiadł bocian. 

Kiedy wieczorem ojciec wrócił do domu, zobaczył przed nim piękne, wiśniowe drzewo, a ana dachu domu było gniazdo bocianów. Na drzewie zaś wisiały małe kukiełki - biała i czerwona. Związani byli ze sobą sznurkiem, na którym wisiał niebieski koralik.

*******************************************************************************************************************************





piątek, 26 lutego 2016

Krwawy podatek

 Niniejszy post powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tą zimową porą zdecydowałyśmy się opowiadać Wam o przerażających, strasznych historiach ze świata. 

 
źródło
         Dziś opowiem Wam zatem straszny fakt z bułgarskiej historii.

       2. lutego obchodzi się w Bułgarii święto mężczyzn. Już przed wiekami tego dnia  czczono męską siłę. Dawniej zawsze 2. lutego młodzi Bułgarzy ubrani w narodowy strój wychodzili na środek wsi i tam świętowali Dzień Mężczyzny, będąc w absolutnym centrum uwagi. Starsi mieszkańcy, którzy im się przyglądali, wypowiadali się na temat ich przyszłości: "Ten nadaje się na pasterza... z tego będzie dobry budowniczy, a tamten pewnie pójdzie do miasta i zostanie nauczycielem...."


      Za czasów Imperium Osmańskiego, gdy Bułgarzy byli pod tureckim panowaniem, tureckie oddziały piechoty wiedząc o tym, że tego dnia prezentuje się dumnie silnych i zdrowych mężczyzn, postanowili to wykorzystać. Wkraczali w domostwa i porywali najsilniejszych i najzdrowszych chłopaków. Domy przebrzmiewały płaczem, przelewały się łzy i krew. Na bramie gospodarstwa, z którego Turcy porwali chłopaka, zostawiali krwawy znak ku przestrodze. Nazywano to krwawym podatkiem.  Znalazło się jednak kilka mądrych kobiet, które zabijały tego dnia koguta i jego krwią smarowały bramę wejściową. Turcy, widząc krwawy znak, byli przekonani, że ktoś był już tu przed nimi i omijali naznaczone domostwo. Podstępem niektórym Bułgarkom udawało się ocalić życie swoim synom.



źródło

    Wspomnienie tych wydarzeń Bułgarzy upamiętniają do dnia dzisiejszego, a święto obchodzone 2 Lutego zyskało nazwę "Petliovden" - co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "Dzień Koguta.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

7 spraw, które nie pozwalają mi zapomnieć o tym, że Święta Bożego Narodzenia spędzam w Bułgarii.

Poniższy post napisałam w związku ze współpracą z Klubem Polki na Obczyźnie. Jest on częścią Klubowego Kalendarza Adwentowego, gdzie każdego dnia Adwentu Polki rozsiane w różnych częścią świata piszą o Bożym Narodzeniu. Zapraszam do śledzenia naszego kalendarza, otwierania kolejnych "okienek" i do komentowania.
Dziś, 7. grudnia otwieracie okienko na bułgarskie Boże Narodzenie i na moją subiektywną refleksję.




*******************************************************************************************************************************

To już moje trzecie Boże Narodzenie w Bułgarii. Staram się z całych sił dbać o polskie tradycje świąteczne. Mama wysyła mi z Polski Opłatek, którym dzielę się z mężem, bo bez Opłatka nie wyobrażam sobie świąt! W Wigilię mam 12 potraw na stole, lepię pierogi i śpiewam polskie kolędy. Zasiadamy do wigilijnego stołu wraz z pierwszą gwiazdką na niebie, zmuszam męża do jedzenia pierogów-niespodzianek (z niespodziewanymi monetami na szczęście), a pod obrus wkładam siano. Ale geografii nie da się oszukać. Jest kilka takich spraw w okresie przedświątecznym oraz podczas Świąt, które nie pozwalają mi zapomnieć o tym, że takich polskich świąt jak w Polsce nie ma w żadnej innej części świata.

1) W Bułgarii świat nie oszalał na punkcie Świąt. Nie widzę tu świątecznie udekorowanych budynków jeszcze w listopadzie, nie atakują mnie świąteczne dekoracje i stoiska z choinkami, ozdobami, bałwankami. Wczoraj byliśmy na wielkim bazarku w Dimitrovgradzie, gdzie znajduje się może ze 100 stoisk z ubraniami i .... w okresie przedświątecznym nie ma ani jednego stoiska z ozdobami choinkowymi!

2) Nie mam co liczyć na to, że 6. grudnia święty Mikołaj przyniesie mi prezenty. Choćbym nie wiem jak była grzeczna. W Bułgarii tego dnia świętuje się w inny sposób czcząc św. Nikołę jako patrona morza i oceanów, w związku z tym obowiązkowo w każdym szanującym się bułgarskim domu tego dnia jada się rybę. Łuskę z karpia przechowuje się w portfelu przez cały rok, aby przyniosła właścicielowi dobrobyt!


3) A ja wierna polskim tradycjom chciałaby przyrządzić karpia na Wigilię! Tego roku już się przygotowałam i zamroziłam wczoraj kupioną sztukę. Bo prawdziwy rybi szał na bazarkach widać przed mikołajkami, natomiast tuż przed Wigilią świeżej rybki nie uświadczysz...

4) Przedświąteczne szaleństwo! I bynajmniej nie zakupowe....
Tuż przed świętami odbywają się liczne i huczne bankiety. A ja znowu wierna polskim tradycjom wspominam sobie pewne przykazanie, które może formalnie jest już nieaktualne, ale wychowanie w polskich tradycjach zrobiło swoje i ja to swoje wiem! W czasach zakazanych zabaw hucznych nie urządzać - pasowałoby, ale mimo wszystko już za 1,5 tygodnia wezmę udział w bankiecie pracowników i zwyczajnie postaram się zasymilować z Bułgarami i hulać do białego rana...

5) Choinkę w naszym domu udekorowałam według bułgarskiej tradycji 6. grudnia.

6)  Jeśli będę grzeczna, to może ten święty Mikołaj, który wczoraj jakoś mnie ominął, spotka mnie rankiem 25 grudnia w postaci tego samego starszego, brodatego pana w czerwonym kubraczku, tylko że z bułgarskim imieniem - Djado Koleda!

7) I choć z całą pewnością w bułgarskich stacjach radiowych nie usłyszę typowo polskich kolęd, takich jak Lulajże Jezuniu, czy W żłobie leży, to przynajmniej jest spora szansa, że usłyszę bułgarską wersję "Cichej Nocy".
                                                 


Wszystkim Wam, Drodzy Czytelnicy,  życzę cudownych Świąt Bożego Narodzenia, niezależnie od tego, gdzie one są. Życzę Wam przemiłej, duchowej i ciepłej atmosfery wypełnionej miłością do swoich bliskich, szacunkiem i życzliwością.

Весела Коледа на всички!

środa, 24 czerwca 2015

Eniovden - dzień leczniczych ziół



Dzisiaj w Bułgarii jest ciekawe święto, które przypada zawsze 24 czerwca każdego roku. Jest ono związane z letnim przesileniem słońca i dlatego spora część obyczajów dotyczy kultu słońca.

Wierzy się, że rankiem przy wschodzie słońca ten, kto zobaczy migające, drżące słońce na niebie, będzie zdrów przez cały rok. Dokładnie o wschodzie każdy powinien odwrócić się w jego stronę i patrząc przez ramię obserwować swój cień. Gdy widoczny jest cały cień - człowiek będzie zdrowy. Gdy widać połowę cienia - będzie chorował w tym roku.

Wierzy się również, że tego dnia wszystkie lecznicze zioła mają największą magiczną siłę, zwłaszcza te zbierane o wschodzie słońca. Z ziół wyplata się symboliczne kitki i wianki, które następnie należy namoczyć w wodzie. Wodę chroni się w domu jako tę, która leczy wszelkie bóle.

Tego dnia kościół prawosławny świętuje dzień św. Jana Chrzciciela. Podobne święto związane z ziołami, wiankami i pogańskimi wierzeniami w krajach anglosaskich występuje pod nazwą Midsummer, w Polsce zaś ta magiczna noc związana z przesileniem słońca zwie się Nocą Kupały.

niedziela, 24 maja 2015

24. maja - Dzień Słowiańskiej Edukacji, Piśmiennictwa i Kultury Bułgarskiej

24. maja to jedno z największych bułgarskich świąt. Tego dnia w każdym mieście odbywają się uroczyste przemarsze uczniów ze wszystkich szkół. Tym sposobem oddaje się cześć bułgarskiej kulturze i edukacji.

Jaką rolę ma dla świata bułgarskie piśmiennictwo? Ogromną. Autorami Głagolicy - najstarszego pisma słowiańskiego, byli Bułgarzy Cyryl i Metody. Znana całemu światu Cyrylica pochodzi z pisma greckiego, jednakże to bracia Cyryl i Metody wzbogacili greckie pismo o zapisy fonemów, których Grecy nie byli w stanie wypowiedzieć. Tak dzięki dwóm bułgarskim braciom powstały fonemy Ш, Б, Дж, Ц, Ю, Я, з, Щ, Ч, Ъ. 

Nie jest więc prawidłowo mówić, że Bułgarzy mają ruskie pismo, bo to Rosjanie mają bułgarskie ;) Podobnie jak większość pozostałych Słowian.
Bułgarzy mają zatem wspaniały powód do dumy i każdego roku w dniu 24. maja oddają cześć bułgarskiej edukacji.

Tak dziś prezentowały się ulice Swilengradu:
































Uroczyście prezentowały się szkoły każdego stopnia edukacji. Od przedszkoli, przez szkoły podstawowe i średnie, po szkoły dla dorosłych. Swoje miejsce w pochodzie mieli także wzorowi uczniowie, których w Polsce nazwalibyśmy pewnie tymi, którzy  mają świadectwo z paskiem. Prezentują się także członkowie różnych kółek pozalekcyjnych - mażoretki, sportowcy, szkoły muzyczne. Jak widać jest to święto szeroko pojętej edukacji. Tego roku święto wypadło w niedzielę, ale gdyby przypadało na środek tygodnia, wówczas jest byłoby dniem wolnym od pracy.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wielkanoc prawosławna



Przygotowywanie się do Świąt Wielkanocnych 2 razy, 2 weekendy z rzędu daje w kość, wierzcie mi. Ledwo co skończyłam świętować katolicką Wielkanoc, ledwo co wyjadłam wszystkie ciasta, sałatki i jajka, już trzeba było zacząć ponowne przygotowania. W Bułgarii tego roku obchodzi się o tydzień później niż w Polsce Zmartwychwstanie Pana Jezusa.
Pozdrawiam serdecznie i wszystkim, którzy dziś świętuję, życzę Wesołego Alleluja!
Христос Воскресе!

P.S. Pisałam rok temu szerzej o Wielkanocy w Bułgarii -> KLIK

niedziela, 5 kwietnia 2015

Cvetnica (Niedziela Palmowa)

Bułgarska Palma

 W tym roku kościół prawosławny obchodzi Wielkanoc tydzień później niż kościół katolicki. Zdecydowana większość Polaków siedzi dziś przy wielkanocnym stole. Tymczasem w Bułgarii obchodzimy dziś Niedzielę Palmową, zwaną po bułgarsku Cvetnicą (od bg. słowa cwete - kwiat).

Tego dnia obchodzą imieniny wszyscy ci, których imię pochodzi od nazwy kwiatu, np.: Kalina :)  , Dalia, Magnolia, Iva, Cvetanka, Aglika, Cvetan, Zdravko, Lilia, Liliana, Roza, Reneta, Jawor, Petunia, Orchidea, Jasmin, Jasmina, Bożur, Grozdan, Dafina....
(Więcej o bułgarskich imionach i imieninach pisałam TUTAJ)

Wszystkim tym, którzy dziś obchodzą imieniny oraz tym, którzy świętują Wielkanoc właśnie dziś, składam serdeczne życzenia zdrowia i wszelkiej pomyślności!

piątek, 13 marca 2015

Polak - Bułgar, dwa bratanki

Dlaczego tak zatytułowałam ten post?

W Bułgarach również płynie słowiańska krew. Nie będę wgłębiać się w historyczne pochodzenie ludu bułgarskiego, bo nie mam do tego predyspozycji i długo by o tym rozprawiać. Zaznaczę tylko, że pośród mieszanki krwi Protobułgarów i Traków Bułgarzy są również i Słowianami. Co ciekawe, słowo Bułgar wywodzi się z tureckiego bulgha, co oznacza mieszać się.

Ale o czym to ja chciałam dzisiaj powiedzieć?
Wcale nie o Bułgarach, o nich opowiadam często.
Dziś opowiem o Polakach. Udowodnię, że wcale się od naszych braci Słowian nie różnimy zbyt wiele. Przynajmniej pod względem etnograficznym.

Wątki, które za chwilę poruszę, są dla mnie bardzo ciekawe. Od zawsze interesowały mnie wszelkie tradycje ludowe, rytuały z nimi związane, dbałość o nie i ich kultywowanie. Pewnie dlatego obok filologii polskiej studiowałam kiedyś też kulturoznawstwo. Studia te jednak nie spełniły moich oczekiwań i je porzuciłam. Stwierdziłam, że więcej dowiem się z książek i innych źródeł. Los chciał, że każdego dnia obserwuję inną kulturę niż ta, w której się wychowałam.
Pewnie te moje upodobania mają największy wpływ na to, co opisuję na blogu i co staram się przekazać.

Zazwyczaj spotykam się ze zdziwieniem. Ja sama jestem pod wrażeniem wielu bułgarskich tradycji i obyczajów.
Ale okazuje się, że my, Polacy, wcale nie mamy mniej ciekawych tradycji. Wręcz przeciwnie. Straszne jednak jest to, że nasze staropolskie tradycje odchodzą w zapomnienie. Niewielu ludzi wie, co to są judaszki, gragorianki, katarzynki i jak się świętuje zażynki. Nawet teraz gdy to piszę, szanowny słownik podkreśla mi błąd, wmawia mi, że nie ma takich słówek. Otóż są! Są to bardzo polskie słówka, drogi słowniku, polskie słówka oznaczające polskie zwyczaje ludowe.

Oto kilka ciekawostek dotyczących kultury ludowej Polaków. Jeśli to czytasz, jesteś Polakiem/Polką, powiedz proszę, czy o wszystkich tych polskich zwyczajach wiedziałeś?


Odganianie zimy
Pisałam kiedyś, że Bułgarzy w dniu 1. marca mają święto związane z pożegnaniem zimy i oczekiwaniem wiosny. To tak w wielkim skrócie. Więcej pisałam o tym tutaj. A co robią Polacy? (Powinnam napisać "robili", bo z żalem spytam - kto dziś tak robi?) Topią Marzannę! Oczywiście o topieniu słomianej lalki każdy z nas wie, ale czy wiecie też, jak dokładnie odbywa się to staropolskim zwyczajem? Najpierw dzieci noszą kukiełkę od domu do domu i zanurzają ją w każdej napotkanej wodzie/rzeczce/kałuży, później przechwyca lalkę starsza młodzież, podpalają ją i topią w wodzie.
-> Jeśli dotkniesz tonącej Marzanny - uschnie ci ręka!
-> Jeśli w drodze powrotnej obejrzysz się za siebie - spotka cię choroba!
-> Jeśli się potkniesz, upadniesz - w ciągu tego roku umrzesz!

I co? Nie jesteśmy przesądnym narodem?

Popielcowe klocki

Co robiło się kiedyś w Środę Popielcową w Polsce? Doczepiano różne klocki młodym ludziom, którzy w czasie karnawału nie wyszli za mąż. Po to, żeby ich ośmieszyć, bo niegdyś zamążpójście było oczywistym celem każdego młodego człowieka. Uwaga - dziewczynom przywiązywano różne obrzydliwe przedmioty, takie jak wysuszone jelita zwierząt, skorupki jajek, kurze łapki.

I co? Nie jesteśmy zabawnym narodem?

Śmigus - Dyngus

Święto zwane Śmigus oznaczało radość z odejścia zimy i przebudzenia się wiosny. Symbolicznie biło się przyjaciół i rodzinę wierzbowymi witkami po nogach i polewało nogi zimną wodą. Oczyszczano się w ten sposób z brudu, dosłownie i symbolicznie. Z czasem to święto bardzo się zmieniało  i o tym, jak wygląda dziś, rozprawiać można w osobnym artykule.
Kiedyś nieoblana wodą panna mogła się wstydzić, bo to oznaczało, że nie interesuje się nią żaden chłopak. A wiecie może, że w Polsce obchodziło się się święto, jakim jest "wtorek wielkanocny"? Wtedy dziewczyny mogły się zrewanżować i oblewać wodą chłopaków!

I jak? Nie można się było kiedyś nudzić w dawnej Polsce, co?

Kurek dyngusowy

Pisałam kiedyś (tutaj), jakie znaczenie dla Bułgarii ma kogut i że ma nawet swoje święto, zwane Petliowden. Wpis spotkał się ze zdziwieniem, że w Bułgarii czci się tego dnia siły witalne kogutów właśnie. Czy zdziwi Was, że według polskiego zwyczaju woziło się po wsi koguta? Było to zawsze w poniedziałek wielkanocny. Kogut siedział na niewielkim, dwukołowym wózku ozdobionym sianem, wstążkami, kwiatami. Uwaga! - kogut był wcześniej karmiony ziarnami namoczonymi w spirytusie! Dlatego piał wniebogłosy. Z czasem zastąpiono go glinianym, bądź drewnianym kogutem.

I co? My też, podobnie jak Bułgarzy, czcimy koguta!

Pogrzeb żuru i śledzia 

Być może nie wspominałam, że według bułgarskiej tradycji podczas Wielkiego Postu nie można jeść mięsa, nabiału, cukrów, tłuszczy. Sroga ta pokuta, co? Ale według polskiego zwyczaju jest identycznie. Podczas wielkiego postu jedzono więc żur i śledzie. Z zemsty za uprzykrzone jedzenie na zakończenie postu, a dokładnie w Wielki Piątek, żur wylewano, a śledzia wieszano na drzewie. Taki pogrzeb...

I co? Ciężki mają post Bułgarzy, co? Tak ciężki, jak nasz...



Tych przykładów jest całe mnóstwo. Mogłabym jeszcze wymieniać Noc Kupały, Andrzejki (chyba jako jedyne przetrwały do dziś), wodzenie niedźwiedzia.
Osobiście jest mi przykro z powodu tego, że prawie wszystkie te tradycje wymarły. Nie tylko ich się nie kultywuje, ale nawet nie mamy o nich bladego pojęcia. A nasz polski naród jest bardzo, bardzo przesądny. Tradycje ludowe, które trwały w naszej kulturze przez wieki wieków, z łatwością umarły na przełomie wieków XX/XXI. Szkoda, że tak się dzieje. Przecież to by było cudowne przeżycie chodzić każdego roku w nocy z 21/22 czerwca, palić ognisko nad Wisłą i puszczać wianki na wodzie. Nie mówię, by się przy tym przebierać w narodowe stroje, ale tak zwyczajnie, najzwyczajniej bawić się po polsku. Z przymrużeniem oka, z pozytywnym nastawieniem trzymać tradycje polskie. Można, nawet trzeba, iść na przód, z duchem cywilizacji, z nowościami technologicznymi, z postępem umysłowym, ale można też przy tym pamiętać, kim się jest.
Mówię, jak na kazaniu, ale po prostu jest mi żal. Sama też nie kultywuje tych tradycji przecież. Nie mówię o wieszaniu jelit kozy na głowie niezamężnej dziewczyny, ale o świadomości, że tak się kiedyś robiło. Uważam jednak, że zwyczaje te powinny być uświadamiane Polakom, zwłaszcza najmłodszym. Bo jeśli nie, to kim my kiedyś będziemy? Polakami tylko z paszportu? Obywatelami świata, kosmopolitami?
A Bułgarom się przyglądam i im zazdroszczę. Bo oni to wszystko umieją robić. Idą na przód, z duchem cywilizacji, z nowościami technologicznymi, z postępem umysłowym, ale ich narodowa świadomość i przynależność nie cofa się, nie zapominają, kim są. Owszem, są przesądni, starsze kobiety wręcz za bardzo! Ale ten szacunek i kultywowanie tradycji bułgarskich jest naprawdę godzien największego podziwu.



Byś może ktoś się ze mną nie zgodzi, mówiąc mi, że przecież mamy dużo innych tradycji, które kultywujemy, zwłaszcza te związane z religią. Ale ja celowo mówię o tych niereligijnych właśnie. I tak uważam, że te, o które dbamy do dziś, to jakiś mały okruszek tego, co powinno się ocalić od zapomnienia.
Na koniec chcę polecić wszystkim cudowne książki, które powinny stać w absolutnie każdym polskim domu. Niech będą dowodem na to, że polskich tradycji mamy sporo. Przynajmniej teoretycznie.

- Barbara Ogrodowska "Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne"
- Barbara Ogrodowska "Polskie tradycje i obyczaje rodzinne"

środa, 7 stycznia 2015

Święto Trzech Króli po bułgarsku

Wczorajsze święto chrześcijańskie jest dla mnie co roku okazją do oglądania wspaniałego widowiska. W takie dni, jak ten, wiem dobrze, że kocham Bułgarię, szanuję i podziwiam za ich piękne tradycje.

Święto nam znane pod nazwą Trzech Króli, lub Świętem Objawienia Pańskiego, w Bułgarii nazywa się Jordanowden, lub Bogojawlenie. Zawsze, niezależnie od pogody, warunków atmosferycznych, każdego roku 6 grudnia Bułgarzy zbierają się nad rzeką.
Wcześniej w cerkwi odbywa się liturgia, po której wierni z popem na czele udają się nad rzekę.
Tam pop błogosławi zgromadzonych i ceremonialnie.... wrzuca drewniany krzyż do rzeki.
Śnieg, lód, silny wiatr, minusowa temperatura - a młodzi mężczyźni wskakują do wody z pogoni za krzyżem.

W tym roku miałam okazję po raz pierwszy oglądać na żywo to widowisko. Zrobiło na mnie pioronujące wrażenie. Jestem pełna podziwu bułgarskim obyczajom.

Chętni, którzy kąpią się w lodowatej wodzie wierzą, że tym samym uproszą sobie u Boga zdrowie. Nad rzekę przychodzi tłum gapiów, często temu wydarzeniu towarzyszy muzyka i tradycyjne tańce.






Ten, który wyłoni krzyż z rzeki, jest żywym symbolem wiary w to, że nowy rok przyniesie ludziom zdrowie. Po uroczystościach nad rzeką mężczyzna ten odwiedza różne restauracje, kawiarnie, miejsca, gdzie prezentuje krzyż, a ci, którzy chcą u Boga uprosić zdrowie, wręczają mężczyźnie symbolicznego pieniążka.

Ponoć w Polsce rodzi się nowa tradycja obchodzona w dniu Święta Trzech Króli. Cieszy mnie to. Tradycje są ważne. Tradycje mówią o tym, kim jesteśmy.


P.S. Zdjęcia pochodzą z Internetu.

środa, 24 grudnia 2014

Świątecznie



Święta Bożego Narodzenia wyglądały zupełnie inaczej, gdy byliśmy dziećmi. Gdy jest się dorosłym, inne sprawy zajmują nam głowę w tym świątecznym czasie. Żeby tylko głowę nam zajmowały, to nie byłoby tak źle. A tu jeszcze zajęte mamy ręce, poszarpane mamy portfele i nieraz zastanawiamy się, jak to wszystko ogarnąć.

Dlatego dziś będzie krótko, bo jestem wykończona, a najbliższe dni będą mnie dalej dokańczać. Czy jakoś tak.

Jeśli ktoś byłby ciekawy, jak obchodzi się Boże Narodzenie w Bułgarii, odsyłam gorąco do mojej koleżanki Marysi, która w zeszłym roku przedstawiła fantastyczny opis tych świąt i ja właściwie nie widzę sensu, by powtarzać za nią te słowa. Link do tego wpisu znaleźć można klikając TUTAJ.


Moi mili Czytelnicy!
 Wszyscy ci, którzy wiernie zaglądacie na mojego bloga, którzy pozostawiacie po sobie ślad w tym moim miejscu, jak również ci, którzy go nie zostawiacie, a jednak jesteście ze mną...
Wszyscy, którzy robicie mi cudowną niespodziankę pisząc do mnie prywatne wiadomości i maile...
Wszyscy, którzy pamiętacie o mnie i mojej rodzinie,

ze szczerego serca życzę wszystkim cudownie spędzonych świąt Bożego Narodzenia.
Żebyście byli wszyscy zdrowi!
Żebyście snuli piękne marzenia i dążyli do ich spełnienia!
Żebyście wierzyli w siebie.
Żebyście się czuli bezpiecznie i spokojnie, by żadne wielkie problemy nie zaprzątały Waszych myśli.

Byście czerpali radość z tych magicznych świąt i spędzili je najlepiej, jak potraficie.

I bardzo Wam dziękuję, że jesteście ze mną.

Честита Коледа!

sobota, 6 grudnia 2014

Nikułajki



Nie mogłam sobie odmówić tej nazwy w tytule posta. Tak w naszym domu (w naszym, naszym i przypuszczam, że chyba tylko w naszym) nazywa się dzisiejszy dzień. Często z mężem tworzymy nowe wyrazy, których znaczenie jest znane pewnie wyłącznie nam. I często przy tym cieszymy się, że nikt poza nami nas nie słyszy.

Jak wiadomo, w Polsce 6. grudnia obchodzi się Mikołajki. W Bułgarii tego dnia też jest święto, ale nie ma ono nic wspólnego z rozdawaniem (pal licho rozdawanie, - o t r z y m y w a n i e m !!!) prezentów, wszechobecnych hojnych Świętych Mikołajów i jego bandy.
Tutaj tego dnia obchodzi się tzw. Nikułden, czyli dzień św. Nikoli. Należy tego dnia złożyć imieniny wszystkim Nikolom, Nikołajom i pozostałym Mikołajopodobnym.

Pamiętając o tym, że św. Nikoła jest patronem morza i marynarzy, z tej okazji dziś właśnie czci się rybę na wiele sposobów.
Przede wszystkim nie powinno jej zabraknąć na stole. Zatem gości u nas dziś faszerowany karp, na który wkrótce podam przepis, aby był dla kogoś ciekawą alternatywą na podanie karpia w  wigilijny wieczór. 

Ale samo zajadanie się rybą, to mało! Nie może przecież zabraknąć przesądu na ten dzień. Otóż temu, kto przygotowuje świąteczną rybę nie wolno jest nadepnąć na łuskę ryby, która ewentualnie mogłaby spaść na ziemię podczas oczyszczania. Taka profanacja mogłaby przynieść poważne choroby w rodzinie, jeśli nie śmierć.

Powinno się również zatrzymać jedną łuskę lub kość z głowy ryby, by przez cały rok te talizmany przynosiły domownikom zdrowie.

Ryba, jak wiadomo, ma mnóstwo pozytywnych właściwości odżywczych, do tego jest mega smaczna i pomijam fakt, że się wzdrygam przy jej oczyszczaniu  (głównie to przy obserwowaniu, jak robi to mąż) i jem, jem, jem rybę na potęgę! W rybie siła!

Честит празник на всички!

Przepis na rybkę -----> klik

piątek, 21 listopada 2014

Bułgarskie tradycje związane ze ślubem i weselem


Na bułgarskim weselu byliśmy na początku października. Chciałam, z całego serca chciałam widzieć wszystko, słyszeć wszystko, a już na pewno rozumieć to wszystko, co się dzieje. Niestety. Wszystkiego nie widziałam, bo cała uroczystość zaczęła się o 13.00, właściwie najciekawsza część związana z bułgarskimi obyczajami. A mój mąż o godzinie 13.00 odsypiał noc spędzoną w pracy, w związku z czym mogłam obserwować wszystko dopiero od godziny 17.00, czyli od początku ceremonii zaślubin w urzędzie stanu cywilnego.
Wszystkiego nie słyszałam, bo na moje nieszczęście w cerkwi tuż obok mnie siedział znajomy, który prawił dziecinne żarty i nie był w stanie trzymać ust zamkniętych przez 30 minut.
Nie widziałam, nie słyszałam, a już na pewno nie rozumiałam wszystkiego. Chociażby - tańca kurczaka!

Ale postaram się w skrócie i na tyle, na ile pojmuję, opowiedzieć Wam o tradycjach związanych z zaślubinami. Prawdopodobnie nie opiszę wszystkiego, gdyż zwyczajnie nie wszystko w tym temacie wiem.


Zdobywanie Pani Młodej

Na początek powiem rzecz bardzo ciekawą. Pani Młoda po bułgarsku to... BUŁKA! Tak, dla mnie też kiedyś było to bardzo zabawne, zwłaszcza gdy i ja wzięłam ślub w Bułgarii i ludzie zwracali się do mnie przez jakiś czas określeniem pieczywa. Teraz już się pogodziłam z tym, ze bułka to młoda żona.
Cała impreza zaczyna się w domu bułki. Aby mogła spokojnie udać się do urzędu na ślub, musi ją najpierw kawaler zdobyć. I tu zaczyna się całą najciekawsza zabawa, której - holender jasny! - nie byłam świadkiem!
Młody kawaler idzie do domu ukochanej, ale tuż przed nim czeka go niespodzianka. Przed drzwiami wejściowymi rozłożony jest stolik, przy którym siedzą świadkowie młodych, tzw. kumostwo. Kum i kuma popijają sobie kawkę, rozmawiają o  pogodzie i za nic nie chcą przepuścić młodego do bułki. Dopiero, gdy dostaną nagrodę, mogą zdjąć "bramę" i puścić młodego dalej.
Ale na niego czeka następna przeszkoda. Puka do drzwi i mówi, że chcę wziąć dziewczynę za żonę, ale spotyka go odmowa ze strony rodziców. Ten zaś nie daje za wygraną i - uwaga! - wyważa drzwi, żeby, mimo sprzeciwu jej rodziców, wejść do domu ukochanej.
Gdy młody wtargnie już do domu, spotyka w nim swoją narzeczoną gotową do wyjścia, ale... bosą! Bosa do ślubu nie pójdzie, więc pan młody musi znaleźć jej obuwie. Szuka, szuka po całym domu,a gdy je w końcu znajdzie okazuje się, że buty są... za duże! Bułka nie może do ślubu iść w dużych butach. Najlepiej, by pan młody włożył coś do środka, żeby bucik z nóżki nie zleciał. A co takiego? Oczywiście - pieniądze!

                                                          


Jak już buty pasują, młodzi wychodzą razem z domu, a tuż przed nim czekają goście i wszyscy razem tańczą horo - bułgarski taniec narodowy.


W urzędzie stanu cywilnego

W bułgarskim kościele prawosławnym niemożliwe jest zawarcie ślubu konkordatowego, zatem najpierw ludzie zawierają małżeństwo prawnie, a dopiero później ślubują sobie w świątyni.
Gdy młodzi podpisują dokumenty, nagle wszyscy na sali  krzyczą "Bij go!", ""Bij ją" a nowożeńcy w tym czasie próbują na siebie nadepnąć. Ten, kto pierwszy nadepnie na współmałżonka, będzie dominował w małżeństwie.

                                                        

Po wyjściu z urzędu wszyscy tańczą horo.


W cerkwi

Jestem katoliczką i ślub cerkiewny był dla mnie bardzo interesujący. Niewiele wiem o obrzędach prawosławnych i nie potrafię właściwie ich opisać. Zauważyłam jedynie, że pop zakłada młodym złote korony na głowę. Ci trzymają w rękach zapalone świece. Pop bierze ich obrączki i kręci je przed nimi naprzemiennie. Jedzą po kawałku pity, piją wino, pop kręci im tymi koronami nad głową, a na koniec wszyscy chodzą wokół stołu.
Uprzedzam złośliwe komentarze, które mogą się pojawić. Ja w tym momencie nie szydzę, nie wyśmiewam się, w żadnym wypadku sobie z niczego tu nie kpię. Zwyczajnie przekazuję informację o tym, co widziałam, a czego, niestety, nie rozumiem. Nie rozumiem, bo nie wychowałam się w tej kulturze i ja też wciąż ją poznaję. A gdy spytałam męża, czemu tak robią, a czemu tak, stwierdził, że i on nie wie, a ja jestem zbyt dociekliwa...


                                                    

W domu weselnym


Zabawa w domu weselnym, w restauracji trwa do białego rana. Pomiędzy tańcami i śpiewami pojawiają się różnego rodzaju tradycje. Jedna z nich wydała mi się bardzo ciekawa . Taniec, który nawet nie wiem jak nazwać. Taniec kurzy? Taniec kur? Koguta? Świadkowie siedzieli na krzesłach a przed nimi para tańczyła tenże właśnie taniec, który polegał na podskakiwaniu i kuszeniu świadków. Dziewczyna trzymała jakiegoś dekoracyjnego kurczaka, a chłopak tort. Za każdym razem gdy w swoich podskokach zbliżyli się do nich, ci wrzucali im do tortu i kurczaka pieniądze. W pewnym momencie wyrwali im te gadżety z dłoni i wszyscy razem tańczyli razem taniec koguta. Śmieszne? W końcu na weselu ma być zabawnie. A z resztą, na polskim weselu też tańczymy taniec związany z drobiem. Kto z was na weselu nie kręcił kuferkiem jak kaczuszka?
                                                
Pani Młoda rzuca wiankiem, a Pan Młody krawatem. Pannę i kawalera, którzy je złapią, nowożeńcy muszą odwiedzić po 40 dniach od ślubu  i wykupić swoje rzeczy. Też jestem ciekawa, czym i jak to robią.
Oczywiście na weselu pojawiają się ludowe tańce, które uważam za coś wspaniałego! Bułgarskie horo to wspaniałe widowisko, a na weselu dochodzą jeszcze inne tańce, greckie na przykład. Wspaniałe widowisko!


Chciałabym bardzo jeszcze raz, jeszcze niejeden raz bawić się na bułgarskim weselu, bo dla mnie, jako dla obcokrajowca, jest to podwójna radość. Mąż ma wielu przyjaciół, ale póki co żaden nie śpieszy się do żeniaczki. Pożyjemy, zobaczymy....


Drugi plan mnie rozbraja :) Ta pani miała cały czas taką minę.

                                                             

wtorek, 4 listopada 2014

Jeszcze o wspominaniu

Przypomniał mi się jeszcze jeden ciekawy bułgarski zwyczaj, związany ze wspominaniem zmarłych.
Opowiem go na konkretnym przykładzie.

Dziadek mojego męża zmarł przed pięcioma laty. Nigdy go nie poznałam. Babcia natomiast mieszka sama na wsi. Gdy latem wypadała piąta rocznica jego śmierci, pojechaliśmy na wieś odwiedzić babcie, która nas zaprosiła.

Babcia najpierw miała gości z całej wsi. Co rusz ktoś do niej przychodził, jakaś inna samotna babcia wdowa. Każdy wyrażał swoje współczucie, posiedział chwilkę, a na do widzenia dostał od babci kawałek pity. O tym, jak ważna jest pita w bułgarskiej kulturze wspominałam kiedyś. Pita łączy ludzi.

Następnie najbliżsi członkowie rodziny zmarłego zbierali się przy stole i babcia dla każdego z nich miała prezent. Podarowała nam jakieś użytkowe przedmioty gospodarstwa domowego. Koc, pościel, dwa garnki, drewniane łyżki. Mówiła przy tym, że daje nam to "na wspomnienie" jej męża.

W Bułgarii obdarowuje się prezentami najbliższą rodzinę zmarłego. Przedmioty "za spomen" są po to, że gdy będziesz ich używać, przez choćby ułamek sekundy przez myśl powinien ci przejść wizerunek osoby, która już odeszła.

Faktycznie, używam tych garnków prawie codziennie. Za każdym razem tę chwilkę pomyślę sobie o dziadku mojego męża, choć nigdy go nie poznałam. Gdy przykrywam się kocem, myślę "O! Dziadek!"

Tego dnia podczas rocznicy babcia rozdawała również prezenty "za spomen" jej zmarłej siostry. Siostra zmarła jako dziecko, a więc było to jakieś 70 lat temu. I skoro wspomina się zmarłe dziecko, to i prezent "za spomen" powinien być adekwatny. Babcia zrobiła zatem dla każdego paczuszkę ze słodyczami. Naprawdę poczułam się jak kiedyś, gdy tato przynosił z pracy paczki od Dziadka Mroza :) Każdy miał po batoniku, po czekoladzie, po trzy cukierki i - a jakże - pitę.

Ten zwyczaj mi się podoba. Nie przez pazerność, bo nie na przedmiotach mi zależy. Podoba mi się, że przy okazji rocznicy śmierci dba się o to, by ta pamięć jeszcze trwała w czyimś codziennym życiu.

niedziela, 2 listopada 2014

Zaduszki po bułgarsku

źródło

Zaduszki - lubię ten wyraz. Wrodzone zamiłowanie do słowotwórstwa każe mi spojrzeć na budowę tego wyrazu i uśmiecham się pod nosem, bo bardzo mi się podoba modlić się za-duszki. Za małe dusze, co to w czyśćcu błagają o to, by się wrota nieba dla nich otwarły. I później myślę, czy w ogóle dusza ma rozmiar. Mała duszka czy duża dusza, czy może ogromna jakaś! Na przykład dusznica!

W Bułgarii tak właśnie nazywa się to święto - ZADUSZNICA.

Kiedyś drażniło mnie, że w okresie dnia Wszystkich Świętych, jak i Zaduszek, tu w Bułgarii nie dzieje się nic. Całe życie mieszkałam pod cmentarzem. Najpierw jako dziecko, później w pobliżu największego na Podkarpaciu cmentarza, więc okres tych świąt kojarzył mi się zawsze z szaleństwem, wszechobecnymi chryzantemami i tłumem ludzi z pobrzękującymi w siatkach zniczami.
Tutaj w Bułgarii - spokój, cisza, nikomu się na cmentarz nie śpieszy. Tak, kiedyś mnie to złościło. Chciałam tupnąć nogą i krzyknąć tym Bułgarom, by się opamiętali. Powiedziałabym im, że dzisiaj jest wielkie święto, że do cerkwi powinni tłumami zasuwać, po czym na cmentarz biegnąć i tam stać, modlić się, świeczki palić i dumać!
Ale wiecie co? Jakiś czas minął już, odkąd tu mieszkam i wiele rzeczy obserwuję, widzę i pokornieję. Bułgarzy mają w ciągu roku kilka takich zaduszek i pamięć o zmarłych okazują przy wielu okazjach, świętach. I robią to na wiele sposobów.


Duża Zadusznica - to zaduszki obchodzone w pierwszą sobotę po Mesopustnej Niedzieli (jest to cerkiewne święto przypadające na 8 tygodni przed Wielkanocą). Tego dnia należy przygotować koliwo, czyli ugotowane i posłodzone żyto. Ten przysmak jest tu symbolem zaduszek. Czyta się fragmenty Ewangelii dotyczący Sądu Ostatecznego, odwiedza się groby bliskich. Po czym ugotowane żyto rozdaje się bliskim osobom, sąsiadom, członkom rodziny, mówiąc przy tym, że częstujesz nim z okazji wspomnienia zmarłego brata/męża/cioci/babci. Obdarowany winny jest odpowiedzieć słowami "Niech Bóg wybaczy martwym duszom".


Łazarowden, czyli dzień św. Łazarza. - święto obchodzone 8 dni przed Wielkanocą. Gdy Łazarz zmarł, trzy dni po jego śmierci został wskrzeszony przez Pana Jezusa. Wspomnienie tego wydarzenia świętuje się bardzo hucznie, o czym pisałam już tutaj. Jest to również okazja do tego, wspominać swoich bliskich zmarłych i robi się to podobnie, jak w czasie Dużej Zadusznicy.

Wniebowstąpienie Pańskie - święto obchodzone w pierwszy czwartek 39 dni po Wielkanocy. Tego dnia obdarowuje się bliskich szklankami, aby ci pijąc z nich wodę wspominali zmarłych tego, który szklankę podarował. Więcej na ten temat pisałam tutaj.

Zadusznica na Dimitrovden - dzień św. Dymitra przypada zawsze w rocznicę jego śmierci, tj. 26. października. W bułgarskiej tradycji każda zadusznica obchodzona musi być w sobotę, jako że sobotę uznaje się za dzień zmarłych. Tego roku Dimitrowden wypadał w niedzielę, tak więc na zadusznicę czekać należało do najbliższej soboty, co daje nam..... 1 listopada! Przypadkiem cerkiewne i katolickie święto pokryły się razem w tym samym dniu.

Arachangelowska Zadusznica lub Męska Zadusznica - obchodzi się w pierwszą sobotę przed świętem Archaniołów (w bułgarskim kalendarzu religijnym występuje święto poświęcone Archaniołom, tzw. Archangelowden). Wówczas dziękuje się Bogu za opiekę aniołów nad ludźmi, za to, że każdy ma swojego Anioła Stróża. Ale aniołowie opiekują się nie tylko żywymi duszami, mają pod swoją opieką również martwe dusze. Stąd też tego dnia również wspomina się zmarłych. Szczególnie ma się na uwadze żołnierzy, którzy oddali życie w walce za ojczyznę, stąd inna nazwa tej zadusznicy - Męska Zadusznica.

Czereśniowa zadusznica - przypada w pierwszą sobotę przed Dniem Zesłania Ducha Świętego, który obchodzi się w okresie letnim. Tego dnia zamiast żytem, częstuje się bliskich czereśniami, prosząc o to, by ci jedząc je, wspomnieli jego bliskich zmarłych.


Powyższe święta są obchodzone przez większość prawosławnych Bułgarów i są mocno związane z wyznaczonymi przez kalendarz dniami. Poza nimi są jednak i inne okazje do wspominania bliskich zmarłych w rodzinnym gronie. Podobnie jak w naszej polskiej kulturze obchodzi się rocznice śmierci kogoś bliskiego, tak i w kulturze bułgarskiej mają miejsce kilka takich szeroko pojętych rocznic.

Gdy umiera bliski człowiek, wtedy należy na drzwiach wejściowych domu powiesić nie kartkę, dobrze nam Polakom znaną klepsydrą, a czarną kokardę. Kawałek czarnego materiału, który ma oznaczać, że w tym domu trwa żałoba.
Bliscy zaś przeżywają jego śmierć przez 40 następnych dni. To znaczy obchodzi się rodzinne "święta", gdzie należy usiąść w gronie rodzinnym, zapalić na stole świeczkę, postawić zdjęcie przedstawiającego zmarłego i wspólnie go wspominać. Na uczcie nie powinno zabraknąć ugotowanego żyta. Uważa się, że po 40 dniach od śmierci następuje osobisty sąd nad duszą zmarłego i wtedy jego bliscy zmarli na ziemi modlą się o to, by Bóg wybaczył zmarłemu grzechy  i był dla niego łaskawy.

Poza tym istnieje w Bułgarii zwyczaj wywieszania "wspomnień" wszędzie, gdzie popadnie. W każdym widocznym miejscu. Na słupach telegraficznych, na klatkach schodowych, na przystankach autobusowych. Wyglądają zupełnie jak nasze klepsydry i kto nie wie, co jest na nich napisane i co oznaczają, idąc polskim rozumowaniem pomyśli zapewne, że stało się coś strasznego. Widzi przystanek z oblepionymi trzydziestoma "klepsydrami" i pomyśli być może, że miał miejsce jakiś wypadek i są to informacje o tym, kiedy odbędzie się pogrzeb.
Otóż nie. Te kartki to "wspomnienia".
Pisze się na nich np. "Dnia tego i tego mijają dwa lata od śmierci Ivana Jakiegośtam. Proszę wspomnij go. I niech Bóg go przyjmie do siebie". Niekiedy pojawi się jeszcze jakiś piękny wiersz. Wspomnienia są też na drzwiach, ścianach prywatnych domów z informacją, że tu żył kiedyś Taki i Taki i zmarł przed 30 laty.
Co o tym myślę? Sama nie wiem. Myślę,że to wspaniałe, że pamięta się o tych osobach, które odeszły dawno temu i że ten, kto przychodzi do twojego domu przez chwilunię choć pomyśli sobie, że żył tu kiedyś ktoś, kto był dla ciebie bardzo ważny. Z drugiej jednak strony myślę też, że to przerażające, zwłaszcza gdy za każdym razem gdy wchodzę/wychodzę z klatki schodowej mojego bloku, widzę na drzwiach zdjęcie 7-miesięcznego dziecka z napisem "Minęły już dwa lata odkąd żyjemy bez naszego aniołka."


Co ja mówiłam na początku? Że mnie kiedyś drażniło, że w okresie Dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek nie jest w Bułgarii tak, jak jest w Polsce? Nooooo, to wstyd mi. Teraz mnie to nie drażni i wszystko widzę inaczej. Bo..... może ktoś mi zarzuci, że plotę głupoty, ale 1. listopada, to tylko dzień w kalendarzu, a zaduszki - to tylko okazja. 
Dzień, okazja by wspominać bliskich zmarłych. Piękne święto i bardzo potrzebne. Ile by ich nie było - czy jak w Polsce jedno, czy jak w Bułgarii - kilka.

Ale prawdziwe wspomnienie jest w nas samych. W sercu nosi się wspomnienie tego, jak cię  tato uczył jeździć na rowerze, albo jak czesałaś babci włosy, albo jak ci dziadek opowiadał bajki na dobranoc. Wspomnienia są w nas i trzeba je co jakiś czas budzić, gdy przyćmią je sprawy dnia codziennego. Sprawy życia codziennego i w ogóle życia właśnie. Nad śmiercią i nad tymi, co odeszli, też czasem trzeba podumać, bo do tego, do nich .... życie nas prowadzi.



Zobacz także:
Jeszcze o wspominaniu

wtorek, 14 października 2014

Jestem samotną matką!


Nie mam tu koleżanek. Gdy mąż jest w pracy, włóczę się z wózkiem sama po parku i placach zabaw. Obserwuję inne matki, które siedzą grupami na ławce, popijają kawkę z maszyny, a dzieci bawią się ze sobą. Radzę sobie z tą samotnością dobrze, ale czasami marzę o tym, by być w Polsce, by tak zwyczajnie chwycić za telefon i zadzwonić do kuzynki, umówić się z nią na spacer. Albo żeby wpaść do mamy na niedzielny obiad. Spotkać się z przyjaciółkami. Kiedyś takie rzeczy były dla mnie codziennością, a dziś takiego normalnego, zwyczajnego życia towarzyskiego mi brakuje. 

Mój mąż ma uczulenie na moje słowa "czegoś mi brakuje". Gdy tylko zaczynam postękiwać, że chciałabym mieć jakieś koleżanki, jedną chociaż, jakąś taką, która byłaby moją koleżanką, a nie naszą. Ktoś to rozumie? Ale nie mam odwagi podejść w parku do grupy młodych mam i powiedzieć: "Cześć dziewczyny, mogę się z wami zakolegować? Fajna jestem." Wracając do męża, ten zaraz gdy tylko usłyszy moje marudzenie, wyskakuje z bardzo mocnymi argumentami - Czego Ci brakuje, Malwina? Rozglądnij się wokół siebie. Masz męża, który Cię uwielbia, masz dziecko, masz zdrowie, masz dach nad głową. Ja staję na głowie, żeby ci niczego nie brakowało, żebyś się czuła bezpieczna i nigdy mi nie powiedziała, że żałujesz, że tu jesteś. A tobie.. czegoś brakuje?
Więc nie ranię męża słowami i mi czegoś brakuje tylko w samotności. 

Hristo postanowił jednak zaradzić coś na mój brak towarzystwa i poznał mnie ze swoją koleżanką, która ma już dwójkę małych dzieci. Jest przemiła, sympatyczna, z wiecznym uśmiechem na ustach. Tylko że te usta jej się wcale nie zamykają. Przysięgam, ani na chwilę. Gada, gada, gada a mi pozostaje z niedowierzaniem się uśmiechać do niej, mówiąc na zmianę Ahaaaa, super, no coś ty, fajnie, okropność, ale jaja..... Na więcej moja koleżanka mi nie pozwoli, bo gdy zaczynam coś mówić, to nigdy nawet zdania nie dokończę, bo ona jeszcze musi mi powiedzieć o tym, że ta pogoda ją dobija, że Petko przez 2 dni nie zrobił kupy, a Kolo wyprowadza na smyczy maskotkę na spacer.... Ok..... Słucham zatem niezwykłych przygód rodzinnych i marzę z powrotem o mojej samotności i świętym spokoju. Dzięki, mężu, ale my nie z tej samej gliny ulepione...

 A ja dalej marudzę...

Więc mąż dalej coś zaradzić musiał. Dziewczyna jego kolegi zamieszkała z nim. Przeprowadziła się z innego miasta i też nie ma tu przyjaciół, znajomych. Spotykamy się czasem przy kawie. Moja koleżanka dopuszcza mnie do słowa, a nawet pojawiają się między nami chwile niezręcznego milczenia. Jej facet strasznie chce dziecko i cały czas jej o tym mówi, ale ona nie chce. Malwina, czy ty wyobrażasz sobie tak siedzieć w domu? Pieluchy, gotowanie, sprzątanie! A co z moją karierą? Spojrzałam na nią dziwnie. Koleżanko, chyba nie oczekujesz, że będę ci  potakiwać.... Dla mnie mięć dziecko znaczy dużo więcej, niż tylko śmierdzące pieluchy i niewyspanie. Ale ty, droga koleżanko, sama się o tym przekonasz. Oby, bo sama nie wiem, czego jej życzyć. Kariery, czy tego, by przekonała się, co w życiu jest na prawdę ważne.

Kiedyś spotkałyśmy się w towarzystwie jakiejś jej znajomej z pracy. Zapoznała nas i postanowiła powiedzieć o mnie parę słów więcej, żeby był jakiś punkt zaczepienia i aby rozmowa mogła się rozwijać. Więc mówi: Malwina przyjechała tutaj z Polski. Jest bardzo silną kobietą, sama wychowuje dziecko. Przeraziłam się i natychmiast wykrzyknęłam "Nie, nie, ja mam męża!" Pomyślałam zaraz, że co ona wygaduje, przecież dobrze wie że żyjemy z Hristo w zgodnym i szczęśliwym małżeństwie. A ona na to "Masz, ale sama się zajmujesz dzieckiem." No tak. Trzeba sobie uświadomić, w jakiej ja kulturze żyję. Jeśli moja teściowa nie zajmuje się moim dzieckiem, to znaczy, że ja się nim zajmuje sama. Bo tutaj babcie czują święty obowiązek opieki nad dzieckiem. Kiedy miałam operację i leżałam w szpitalu, mój mąż opiekował się Kaliną. Była jeszcze malutka, a on przebywał z nią 24 godziny na dobę. Karmienie, bekanie, przewijanie, spacerowanie, kąpanie..... Robił absolutnie wszystko, wszystko, wszystko bez niczyjej pomocy chociażby przez 10 minut. Niczyjej. Teściowie wtedy nas jawnie nienawidzili i mieli daleko w zadzie to, czy ja żyję sobie tam w tym szpitalu, czy nie, czy ich syn radzi sobie jakoś, czy też nie. Dziś też mnie nie znoszą, tyle że mniej jawnie. Dziś robią cyrk i widowisko. Ze wszystkich stron pozują się na cudownych ludzi, pomocnych i idealnych, a co się kryję za tą wilczą skórą, już my dobrze wiemy. Teściowa powinna w teatrze pracować, albo książkę napisać. Fantastyczną, rzecz jasna.

Co chciałam powiedzieć? Sedno mojej gadaniny jest takie, że w Bułgarii babcie powinny dużo zajmować się dzieckiem. Jest to oczywiste i jasne jak słońce. Albo jasne tak jak to, że ojcowie aż tak czynnego udziału, jak babcie, nie biorą. A gdy ktoś tak mówi o moim mężu, to jest to dla niego i dla mnie zwyczajnie obraźliwe.

Koleżanka, która również z jakiejś innej gliny, niż moja, ulepiona, spotyka się ze mną wciąż od czasu do czasu (raz na dwa miesiące). Raczej z grzeczności i dla świętego spokoju naszych facetów, niż ze szczerej sympatii.
Jestem beznadziejna? Że nie mogę trafić na swojego człowieka? Nie mówię od razu o bratniej duszy, tylko po protu o tej glinie jednej i tej samej, z której to Pan Bóg nas lepił!
Albo na prawdę, na prawdę, na serio to ja jestem beznadziejna!

Na szczęście od trzech tygodni jest tu ze mną przyjaciółka-skarb! Moja  ukochana mama! Teraz to już na prawdę, mężu drogi, nie brakuje mi niczego. Nie marudzę, nie stękam i w ogóle świat jest piękny!

                                        

Tylko mało mnie w tych internetach! Obiecuję odpisać wszystkim, którzy do mnie pisali, obiecuję poczytać wszystko, co mnie ciekawi, obiecuję, że dokończę wszystkie napoczęte już posty... Będzie kontynuacja mojej szpitalnej opowieści, będzie relacja z wcale nieudanego bułgarskiego wesela i będzie też temat kontrowersyjny i zaczepny. Wszystko będzie, ale - wybaczcie - nie śpieszy mi się. Korzystam z tego co mam, a jak mi będzie samotność doskwierać i brak towarzystwa, to wrócę do tych pomocnych internetów... Sorry...


sobota, 20 września 2014

Kiedy dziecko stawia pierwsze samodzielne kroki

Można śmiało powiedzieć, że Bułgaria to jeden z najbardziej przesądnych krajów na świecie. Każda okazja jest dobra do częstowania bliskich pitą, co ma przynieść szczęście i zdrowie!

Jest całe mnóstwo okazji, gdzie postępując według tradycji, robi się to "za zdrave". Tym samym Bułgarzy powinni być i najzdrowszym narodem na świecie, bo na prawdę bardzo, bardzo się o to starają - to za zdrowie, tamto za zdrowie. Dziecko się urodziło - częstujemy bliskich za zdrowie, dziecko wyszło ze szpitala i przynieśliśmy je do domu - częstujemy bliskich za zdrowie, dziecko ma urodziny - częstujemy bliskich za zdrowie, dziecko stawia samodzielne kroki - częstujemy bliskich za zdrowie.

Boże drogi, niech choroby omijają ten naród szerokim łukiem, bo oni przecież stają na rzęsach, żeby zdrowie mieć.

Pamiętam, kiedy leczyłam raka i nie wolno mi było jeść absolutnie niczego słodkiego, Kalina w tym czasie wychodziła ze szpitala. Przywieźliśmy ją do domu i teściowa postępowała według starobułgarskiego zwyczaju - częstowała bliskich słodką bułką z rodzynkami - za zdrowie Kaliny, rzecz jasna. Odmówiłam, powiedziałam, że wie przecież, że ja słodkiego nie mogę jeść. Odmawiam i robię to dla swojego zdrowia. Teściowa na to: "Ale MUSISZ zjeść za zdrowie Kaliny".
Ok. Jedząc maleńkiego kęska dotarło do mnie, że nie zawsze tradycje mają symboliczne znaczenie. Dla niektórych miewają one znaczenie bardzo dosłowne.



Kiedy dziecko stawia pierwsze samodzielne kroki:

* Moment ten jest powodem do pewnego rodzaju rodzinnego święta, które ma nawet swoją nazwę - "Prestapułka" - znaczy ono tyle, że dziecko przestąpiło, przechodziło, po prostu zaczęło chodzić.

* Prestapułkę wyprawia się dziewczynkom w środę, a chłopczykom w piątek. Znaczy to, że nawet jeśli dziewczynka postawiłam pierwsze kroki w czwartek, to musi czekać sześć dni, do środy, na swoje święto.

* Dzień wcześniej należy zamówić w piekarni pitę na prestapułkę, gdzie osoby tam pracujące będą od razu wiedziały, co to jest. Taka pita ma być dekoracyjnym ciastem drożdżowym. Coś jak nasza polska chałka. Zdjęcia przykładowych pit na prestapułkę można zobaczyć klikając TUTAJ lub TUTAJ.  Zobaczcie, warto! Te pity są bardzo piękne.
Jeśli matka piecze sama pitę, ważne jest, by dwoje jej rodziców żyło. Jeśli którychś z nich nie żyje, wtedy niech pitę piecze ktoś inny z rodziny, lub najlepiej zamówić wówczas z piekarni.

* Pierwszy kawałek pity przeznaczony jest dla gwiazdy przedstawienia - samego dziecka, które chodzi. Kolejne kawałki są dla innych uczestników prostapułki.

* Mama odwiedza swoich bliskich znajomych, rodzinę, sąsiadów i częstuje ich kawałkiem pity i miodem, chwaląc się przy tym, że jej dziecko może już samodzielnie chodzić. Ci zaś wręczają matce symbolicznego pieniążka w postaci 2-5 lv, życząc przy tym dziecku zdrowia.

* Bardzo ważne jest, by pitą poczęstować jakieś dziecko starsze od naszego. Takie, które już chodzi bardzo stabilnie, bez niczyjej pomocy, które jest pewne swoich kroków. Ma to doprowadzić do tego, że wkrótce i nasze dziecko będzie takie pewne siebie w chodzeniu.

* Według tradycji należy na ziemi rozłożyć białe prześcieradło. Na nim pokruszyć kawałeczek pity. Postawić niewielki stoiczek z przeróżnymi przedmiotami. Niech to będą nap. okulary, książka, telefon. Postawiamy nasze dziecko przed prześcieradłem, a ono samodzielnie mam za zadanie podejść do stoliczka i wziąć z niego to, co chce. Jego wybór świadczy o tym, kim będzie w przyszłości. Powiedzmy, że wybierając okulary, będzie mądrym uczonym, a wybierając piłkę - będzie sportowcem, grzebień - będzie fryzjerem....

* Mówi się, że kiedy matka rozdając pitę śpieszy się, biega, jest bardzo energiczna i goni ją czas, to wtedy dziecko szybko wyjdzie za mąż/ożeni się.

Podsumowując - pierwsze samodzielne kroki naszych dzieci to wydarzenie bardzo ważne! Niesie za sobą okazję do rodzinnego, zabawnego świętowania. Tych chwil nie da się zapomnieć i wspomina się je po latach z uśmiechem na twarzy.
Jakkolwiek dziwnie by nie brzmiały powyższe zwyczaje, robi się je z czystego serca i dla dobra ukochanego dziecka.


****************************************************************************************

Moja Kalina chodzi od niedawna. Cały czas jestem w wielkim szoku i ciesze się strasznie, że nareszcie może chodzić!  Jestem z niej dumna i jednocześnie cała się trzęsę ze strachu, widząc, jak ona nie patrzy gdzie chodzi! Zupełnie nie zwraca uwagi jak chodzi, w co wchodzi. Jej kroki są bardzo niepewne i niestabilne. Nie żebym się tym przejmowała, wiem, że to minie i że to są jej początki, jednak na spacerze stale się boję, że sobie nabije guza. Praktyka jednak czyni mistrza, a i Kalina chodzić nauczy się porządnie i pewnie. Wszystko z czasem.

Co do prestapułki - skoro dziewczynkom robi się prestapułkę w środę, więc ja jej prestapułki nie robiłam. W środę mój mąż miał urodziny i miałam ręce zawalone robotą. Placki, sałatki, sprzątanie i cała reszta. Ale moja teściowa zadbała o bułgarskie zwyczaje i zamówiła pitę, poczęstowała wszystkie swoje koleżanki i sąsiadki. Chodzenia po prześcieradle w poszukiwaniu przyszłości również córce nie zafundowałam, bo ja jej życzę, żeby była kim chce. Fryzjerem, kasjerem, uczonym, dziennikarzem, czy piekarzem - niech robi w życiu to, co sprawi jej radość i da jej spełnienie, a nie to, co ja sobie dla niej wymarzyłam i postawiłam na prześcieradle. 










Kalina chodzi! A ja mogę już spać spokojnie :)