Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2016

Shakshuka - szybkie i pożywne danie z patelni

Czasami brakuje mi pomysłu na obiad. Chociaż to dziwne, bo przecież w domu będącym mieszanką dwóch kultur, automatycznie powinno być dwa razy więcej pomysłów na to, co dziś ugotować. I gdy tak się zastanawiam pół dnia, w końcu nie zostaje mi nic innego, jak tylko zdecydować się na szybki obiad. Doskonale sprawdza się tu szakszuka - danie gotowe w 30 minut, w dodatku z warzywami i jajkami, a więc można najeść się do syta.


Szakszuka jest - zdaje się - daniem arabskim, ale  często gości na bułgarskich stołach, dlatego dzisiaj przedstawię Wam przepis na szakszukę, jaką robi się tutaj, w Bułgarii.

Produkty:

1 łyżka oliwy z oliwek
1 cebula
2 ząbki czosnku
2-3 papryki
pomidory z puszki
słodka papryka mielona - 1 łyżka
sół, pieprz
natka pietruszki
jajka - ilość zależna od wielkości patelni - ja dałam 4

Wykonanie:



Na rozgrzanej patelni podsmażyć pokrojoną w kosteczkę cebulę i czosnek. Po około 5 minutach dodać paprykę i smażyć do miękkości. Wlać pomidory z puszki - nie odcedzać, wlać razem ze sosikiem. Gdy danie zacznie wrzeć, dodać przyprawy. Wbić jajka i przykryć patelnie pokrywką. Dusić na małym ogniu do czasu, gdy jajka się zetną, a szakszuka lekko się zarumieni po bokach. Gotowe danie posypać natką pietruszki!

Smacznego!


piątek, 21 października 2016

Gris halva - prosty, szybki i przepyszny przepis na bułgarski deser



     Gris halva kojarzy mi się z moim pierwszym pobytem w Bułgarii kilka lat temu. Gdy obecna teściowa zaserwowała ów deser, powiedziała jednocześnie, że jej syn jest absolutnym mistrzem w przyrządzaniu gris-halvy. Te słowa były wystarczające, bym przekonała się do skosztowania tego dziwnie wyglądającego przysmaku. Sama halva okazała się faktycznie niebem w gębie, a we mnie zrodziły się nadzieje, że mój mąż będzie mnie tak rozpieszczał! No cóż... w czteroletnim związku małżeńskim zrobił mi gris-halvę może.... 4 razy.... A miało być tak pięknie.
Trudno! Nauczyłam się sama ją przyrządzać i dzielę się z Wami przepisem!



Produkty:

*  1 szklanka semoliny
*  1 szklanka cukru
*  1, 5 szklanki wody
*  1 łyżeczka cukru waniliowego
*  60 ml oleju
*  pół szklanki mleka


Wykonanie:

Na rozgrzanej patelni podsmaż semolinę (na oleju) nieustannie mieszając - do momentu, aż semolina uzyska jasnobrązowy kolor. W rondelku podgrzać wodę z mlekiem do około 40 stopni. Kiedy semolina się przyrumieni, dodać do niej cukier i cukier waniliowy i dobrze wymieszać. Podgrzaną wodę z mlekiem wlewać powolutku na patelnie nie przerywając mieszania. Mieszać do czasu gdy  semolina pojmie całą wodę i spęcznieje. Mieszankę można w tym momencie przełożyć do jakiegoś płaskiego, szerokiego naczynia, by nabrała ładnej formy. Należy ją zostawić na co najmniej 1 godzinę.
Można oprószyć kakaem. Podawać ochłodzoną.



Prawda, że banalnie proste! Spróbujcie, bo smak jest naprawdę wyśmienity!

niedziela, 21 lutego 2016

Wady i zalety diety 90- dniowej

Minął już ponad miesiąc od czasu, gdy jestem na diecie 90-dniowej, o której pisałam w ostatnim poście (TUTAJ). Mogę więc pozwolić sobie na osobistą refleksję co do tej diety i podzielę się z Wami moimi odczuciami.

Zalety diety:
- Po pierwszym dniu wodnym - czyli po 29 dniach - schudłam prawie 5 kilogramów (to "prawie" ważyło 300 gramów).

- Według mnie waga spada tak w porządku - ani za szybko, ani zbyt wolno. Wystarczająco, by się motywować i nie poddawać, oraz niezbyt szybko, co pozwala wierzyć, że nie wyrządza się organizmowi krzywdy.

- Jest ogromna ilość potraw, posiłków i produktów, która jest dozwolona, co sprawia, że ta dieta nijak nie może mi się znudzić.

- Przywykłam do regularnych godzin przyjmowania posiłków i - wierzcie mi - jestem głodna zawsze o 12:00, 15:00, 18:00 i 20:00. Nauczyłam organizm kiedy jem i zauważyła, że teraz on sam daje mi znak, że już pora na przekąskę.

- Co 4 dni (czyli w dniu węglowodanowym) mogę sobie pozwolić na chwilę słabości. Wyobraźcie sobie, że ktoś mnie chce poczęstować sałatką, a ja na to odpowiadam, że "nie, dziękuję, bo właśnie jestem na diecie" i przegryzam sobie ciasteczka. Na początku nie byłam w ogóle przekonana do dnia węglowodanowego. Nie chciało mi się wierzyć w to, że dwa wyrazy - "słodycze" i "dieta" mogą iść ze sobą w parze.

- W dniu węglowodanowym zazwyczaj ćwiczę - biegam około 40 minut na zewnątrz lub na bieżni,a jeśli nie mam możliwości wyjść z domu w tym dniu, to sprzątam w domu około 3 godziny. Wymyślam sobie różne rzeczy do posprzątania, łącznie z przesuwaniem mebli. Dopiero na tej diecie zauważyłam, jak bardzo dużo energii dostarczają organizmowi węglowodany. Na prawdę tego dnia mam wielką ochotę na jakąś fizyczną aktywność.

- Ostatni posiłek jest dosyć późno. Powinno się jeść o 20:00, co dla mnie czasami jest to bardzo wygodne, czasami jednak wolę zjeść wcześniej, bo przed 20:00 kładę dziecko spać i nigdy nie wiadomo, czy skończę śpiewać kołysanki o 20:00, czy może o 21:00. Z usypianiem nadpobudliwej trzylatki często jest problem, a ja nie chcę jeść zbyt późno, więc jem często pół godziny bądź godzinę wcześniej.


Wady diety:
- Dzień wodny! Jest ich w całej diecie zaledwie 3, a już wiem, że ten pierwszy, przez który przeszłam będzie ostatnim. Nie dałam rady, nie wytrzymałam. Tego dnia w  dodatku byłam w pracy  do późna, baaaaaaaardzo rozbolała mnie głowa i poratowałam się talerzem zupy. Postanowiłam wówczas, że chyba nie o to chodzi w odchudzaniu, żebym tu miała za chwilę paść z głodu, więc przerwałam ten głupi pomysł dnia wodnego. Kolejny jeśli wypadnie mi, kiedy znowu będę w pracy, z całą pewnością coś lekkiego sobie w tym dniu (mimo wszystko) zjem. Jeśli akurat będę w domu i będę mogła "robić nic!", to być może zafunduję sobie cały dzień wodny. Może, choć za bardzo w to nie wierzę.

- Śniadanie! Zawsze rano marzę o tym, by już była godzina 12:00, a tym samym czas na obiad. Wiem, że są ludzie, którzy w ogóle nie jadają śniadań i być może dla nich takie jedno jabłuszko do godziny 12:00 byłby żadnym problemem. Ja natomiast jeszcze z domu wyniosłam, że śniadanie jest obowiązkowe i że bez śniadania się z domu nie wychodzi. I jest mi wciąż bardzo trudno przywyknąć do tego, że rankiem zwyczajnie jestem głodna! W dodatku zawsze, ale to zawsze budzę się o 7:00 rano. Moja córka nawet jak teoretycznie może pospać, to w praktyce zawsze o 7:00 się budzi. Ohhhhh, gdybym tak mogła chociaż raz pospać sobie do 10:00, wówczas do 12:00 wytrzymałabym na luzie!

- Dzień owocowy. Tego dnia jem owoc co godzinę. Piję dużo wody. Nie jestem głodna. Jak można być głodnym jedząc co godzinę? Ale zwyczajnie mam ochotę zjeść coś konkretnego. Czasami gdy trudno jest mi wytrzymać, oprócz owoców jem w tym dniu orzechy i migdały.

- Mam zachcianki. W dniu białkowym mam ochotę zjeść zupę z soczewicy, w dniu skrobiowym chciałoby mi się zjeść udko z kurczaka, a w dniu węglowodanowym mam ochotę na jajecznicę. Że już nie powiem, o czym marzę w dniu owocowym.

- Nie wolno pić alkoholu. Zwyczajnie lubię spędzić wieczór z mężem przy lampce wina, a mąż mi się już zaczyna dąsać, że śmiem gardzić jego winem własnej roboty. A chyba takiego człowieka w całym Svilengradzie nie ma, co by wina mego męża pić nie chciał!


************************************************************************************************************************************

To chyba wszystko. Po komentarzach, które pojawiły się pod moim ostatnim postem dotyczącym diety, pasowałoby mi dodać, że dieta jest skomplikowana, ale wcale tak nie uważam. Szybko pojęłam jej reguły i nie mam problemów z pojęciem tego, o co w niej chodzi.
Czy robię jakieś naruszenia? Pewnie że robię! Ostatnio świętowaliśmy urodziny naszej córki, więc w ogóle odpuściłam sobie dietę na kilka dni. Tuż po urodzinach wszyscy w domu się przeziębiliśmy, więc dieta znowu musiała poczekać na moją kondycję. Ale i tak polecam tę dietę. Sama wracam do niej... od jutra! A jakże by nie!

piątek, 11 grudnia 2015

Faszerowana dynia




To moje ostatnie kulinarne odkrycie. Aromatyczna dynia nie dość, że jest istnym niebem w gębie, to jeszcze jest prosta w wykonaniu i mega efektowna!

Oto sposób, w jaki powstała:

Składniki:

- połowa dyni (u mnie piżmowa)
- 3 banany
- garść rodzynek
- 2 jabłka
- cynamon
- 2 łyżki miodu
- garść orzechów włoskich
- pół szklanki cukru


Sposób przyrządzenia:
Dynię umyć, przekroić na pół, wyżłobić miąższ ze środka. Tak przygotowaną dynię piec przez 30 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni.
Pokroić banana w plasterki, jabłka w kostkę, połączyć z pozostałymi składnikami  z wyjątkiem cukru. Wypełnić farszem upieczoną dynię i piec przez kolejne 15 minut. W tym czasie przyrządzić karmel z połowy szklanki cukru (0,5 szkl. cukru : 0,5 szklanki wody).
Gotowym karmelem polać upieczoną dynię i podpiekać ostatnie 10 minut.


Dynia ma cudowny, zimowy, aromatyczny smak i jest ciekawym smakołykiem. Idealna dla tych, którzy szukają oryginalnego przepisu na deser.


niedziela, 2 sierpnia 2015

Tahini - masło sezamowe

Znaleźć go można na każdym bułgarskim bazarku. Tuż obok wszelkich produktów pszczelich na półce będą stały słoiki, których zawartość  swoim wyglądem raczej nie zachęci nieświadomych konsumentów. Tahan wygląda bowiem bardzo... niekorzystnie. Może się źle kojarzyć.


Tahini - co to właściwie jest?

Tahini inaczej zwane jest masłem sezamowym i jest pastą powstałą z uprażonych ziaren sezamu.
Podobno wykorzystuje się go w kuchni arabskiej do przygotowania różnych potraw i dipów, natomiast w Bułgarii nie są mi znane przepisy ani różne wariacje spożywania tahini. Jest on jednak tutaj produktem bardzo znanym, rozpoznawanym i łatwo dostępnym.


Jak spożywać tahini?

Zanim przyjechałam do Bułgarii, nie znałam tego produktu i zaskoczona byłam, jak bardzo jest on tu popularny. Tahini samo w sobie nie smakuje dobrze. Dodatkowo w ustach rozprowadza się nieciekawie, lepi się gdzie popadnie i ma się wrażenie, jakby się jadło kredę, dlatego należy jadać go w towarzystwie miodu. Bułgarzy mieszają tahini z miodem i taką oto miksturę zajadają z ochotą. No dobra... przynajmniej mój mąż za tym szaleje, a ja nauczyłam się szaleć. Kiedyś mąż dosłownie zmuszał mnie do spożywania tahanu, bo jego właściwości są ponoć niesamowite!
Taką mieszankę miodu z tahini jadam w ilości kilku łyżek dziennie. Można też z tahini kombinować i na przykład dodać zmiksowanego banana, smarować nim kanapki bądź używać jako smarowidła do naleśników.

miód z tahini, przed zmieszaniem składników
miód z tahini, przed zmieszaniem składników


Dlaczego warto jeść tahini?


  • Tahini jest bogate w magnez, miedź i wapń. Już 36 gramów tahanu dostarcza organizmowi 75 % dziennego zapotrzebowania organizmu na miedź, 35 % na wapń, 32 % magnezu,  29 % żelaza i 18 % cynku. 
  • Wysoka zawartość witamin E, B1, B2, B6, omega 3 i omega 6.
  • Jest wskazany dla osób cierpiących na osteoporozę, niedokrwistość, zaburzenia układu sercowo - naczyniowego.
  • Ma korzystny wpływ na włosy, paznokcie, kości.
  • Poprawia wzrok i słuch.
  • Jest wskazany dla kobiet w ciąży, karmiących piersią oraz kobiet podczas menopauzy.
  • Stanowi składnik prawidłowego odżywiania dla ludzi aktywnie uprawiających sporty, dla studentów oraz osób narażonych na silny stres.
  • Poprawia układ odpornościowy i przyśpiesza metabolizm orgaznizmu.
  • Może zastąpić mleko krowie dla osób z nietolerancją laktozy.
  • Pomaga w leczeniu chorób układu neurologicznego, w tym depresji i nerwicy.
  • Ze względu na wysoką zawartość wapnia tahini szczególnie nadaje się do spożycia przez dzieci oraz osoby starsze narażone na osteoporozę.
  • Przyjmowanie na czczo 2-3 łyżek tahanu zapobiega owrzodzeniu i zapaleniu błony śluzowej żołądka.
  • Ma udział w leczeniu niepłodności u mężczyzn, gdyż zwiększa ilość i jakość plemników.
  • Zapobiega i leczy zaparcia.
  • Zapobiega nadpobudliwości, nadmiernemu poceniu się, skłonnościom do wzrostu ciśnienia krwi, chorobom serca.

tahini zmieszane z miodem

Wartości odżywcze tahini są ogromne a niepozorne ziarenka sezamu stanowią ogromne bogactwo dla zdrowia naszego organizmu.


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Tarta cukinia


Sezon na cukinię trwa w najlepsze, a ja co najmniej 2 razy w tygodniu mam na talerzu obiadek, który widać na powyższym zdjęciu. Uwielbiam! W moim rodzinnym domu cukinię jadało się tylko na 2 sposoby - leczo z cukinii oraz smażone cukiniowe krążki.

W Bułgarii odkryłam przysmak banalnie prosty w wykonaniu i niebiańsko pyszny w smaku.
Dzisiejszy przepis będzie szybki, błyskawiczny wręcz, gdyż przyrządzenie tego dania jest tak proste, że nie ma się nad czym tu rozwodzić.

Potrzebujemy:
- kilka młodych cukinii
- 4-5 jajek
- 200 gram sera feta
- sól

Cukinię ścieramy na tarce na dużych oczkach, solimy, zostawiamy w lodówce na około 1 godzinę. Po tym czasie wyciskamy z cukinii wodę i układamy w natłuszczonej formie do pieczenia. W misce roztrzepujemy jajka i dodajemy ser feta. Blendujemy tę miksturę i zalewamy nią cukinię.
Pieczemy w temp. 200 stopni do czasu, aż potrawa się przyrumieni (około 30-40 minut).
Najbardziej smakuje mi w towarzystwie bułgarskiej liutenicy!

Smacznego!

sobota, 9 maja 2015

Milinka


Milinka to bardzo prosty i przyjemny przysmak śniadaniowy, którym Bułgaria się chlubi. Jest to ciasto drożdżowe z chrupiącą skórką i puszystym wnętrzem oraz serem feta na spodzie wypieku.

Oto przepis:

Potrzebne produkty:

- 600 gram mąki
- 200 ml wody
- 20 gram drożdży
- 1 łyżka cuckru
- pół kostki masła
- 1 łyżka soli
- 2 łyżki oleju
- 2 jajka
- 200 gram sera feta (lub zwykłego twarogu)



Sposób wykonania:

Rozpuścić drożdże w ciepłej wodzie.
Przesiać mąkę do miski, zrobić wgłębienie i wlać wodę z drożdżami, dodać cukier, sól i jajka.
Zarobić ciasto.
Naczynie do pieczenia natłuścić olejem i położyć na nie pokruszony ser feta.
Natłuścić dłonie olejem i odrywać małe kawałki ciasta, formować w dłoniach kulki.


Jedną kulkę położyć na środku, pozostałe kulki układać dookoła.


Zapełnić naczynie kulkami, pomiędzy którymi powinien pozostać spory odstęp. Kulki kładziemy na serze, choć większość sera powinna znajdować się pomiędzy kulkami.


Przykryć naczynie ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około godzinę. Po tym czasie kulki urosną i puste miejsca zapełnią się ciastem.



Nagrzać piekarnik do 190 stopni.
Roztopić masło, dodać sól i 2 łyżki mąki. Powstałą zalewę nakładać pędzlem na ciasto.
Piec dopóki wierzch ciasta nie nabierze czerwonego koloru, tj. około 30 minut.


Po upieczeniu milinki łatwo się odrywają jedna od drugiej. Doskonale smakują z jogurtem greckim lub posmarowane masłem. 


Dla tych, którzy lubią wariacje, oprócz (lub zamiast) sera na spodzie można dać cebulkę, szczypiorek, boczek lub co komu przyjdzie do głowy. Można dodać też ser żółty na wierzch 15 minut przed końcem pieczenia.

Smacznego!



środa, 29 kwietnia 2015

Tajwański Scalion Pancake - chociaż mąż mi nie wierzy

Od dawna chciałam przyrządzić coś nietypowego w Bułgarii. Lubię zaskakiwać męża, a on uwierzy we wszystko, co tylko nazwałabym typową polską potrawą. Bo skąd ma wiedzieć? Korzystam z tego, gdy zamiast pysznej szarlotki wyjdzie mi totalnie klapnięty zakalec. "Tak miało być, mężu" i on nie ma podstaw, by w to wątpić.

Tym razem, za sprawą Doroty z bloga Kropla Arganu, postanowiłam przyłączyć się do proponowanej przez nią akcji. Dorota zauważyła, że często obserwatorzy bloga czytają przepisy, obserwują, ale nie gotują na ich podstawie. Sama czasem wrzucę jakiś przepis na bułgarski przysmak, choć przekonania nie mam, że kogoś te recepty interesują. (Tak, tak, podpuszczam Was! Chciałabym, by choć jedna osoba powiedziała mi, że przydał jej się któryś mój przepis. Mam ich jeszcze całe mnóstwo przygotowanych, ale nie wiem, czy je publikować.)


Ja skorzystałam z przepisu Natalii z bloga Peace Happiness Family. Zupełnie przypadkiem  natknęłam się u niej na bardzo prosty w wykonaniu, tani, ciekawy i smaczny przepis - Tajwański Scalion Pancake! Po dokładny i fachowy przepis zapraszam do Natalii, a ja podzielę się z Wami moimi wrażeniami.



Do wykonania tych placuszków (naleśników?) potrzeba:
- 4 małe miski mąki
- 2 miski wody (60% zimnej, 40 % gorącej )
- szczypiorek
- sól
- oliwę z oliwek
- (ja dodałam jeszcze ser feta i czosnek)

Należy połączyć mąki razem i wlewać do nich wodę, ciągle mieszając. Wlewamy wodę najpierw ciepłą, później zimną.


Zarabiamy z tego ciasto.


I przykrywamy miskę mokrym ręcznikiem. Zostawiamy na 20 minut.


Po 20 minutach wyrabiamy ciasto, podsypujemy mąką, zwijamy w rulon i zostawiamy go ponownie na 20 minut. 


W tym czasie przygotowałam sobie farsz. Składał się on ze szczypiorku, czosnku i sera feta. Dlaczego zmodyfikowałam w ten sposób tajwański przysmak? Chciałam dodać mu bułgarskości! W Bułgarii ser biały nadaje się do wszystkiego, a już  z pewnością gości często jako farsz wszelkich mącznych produktów.


Następnie dzielimy rulon na części. Każdy kawałek ciasta należy rozwałkować, posolić, natłuścić oliwą i posypać farszem. Tak przygotowany placek zawijamy w rulon, zwijamy i ponownie wałkujemy.
Smażymy na oliwie z oliwek.

Raz jeszcze zapraszam do Natalii po dalsze instrukcje i naoczny obraz tego, jak zwijać ciasto. Ja zwyczajnie sobie z tym nie poradziłam. Nie nadążałam za smażeniem i przygotowywaniem następnych naleśników. I to jest moja jedyna uwaga co do tego przysmaku. Następnym razem lepiej się zorganizuję. Zrobię sobie w domu mnóstwo miejsca i najpierw przygotuję wszystkie placki do smażenia. Nie będę  robiła kilka rzeczy jednocześnie. Chociaż nie wiem, może następnym razem mi się uda. Trening czyni mistrza. Jak się pewnie domyślacie, z powodu mojej kompletnej dezorganizacji dalszych zdjęć nie ma!

Prezentuję zatem mój pierwszy scalion pancake:


Jak moje wrażenia? Te naleśniki są wyśmienite! I smaczne i proste w wykonaniu! Zastanawiam się jeszcze, jak można je urozmaicić, jak można kombinować z farszem. 
Zainteresowanych odsyłam do Doroty, która prezentuje jeszcze inną wersję scalion pancake - TU.

A  teraz ciekawostka. Tego dnia, gdy wprowadziłam do swej kuchni kawałeczek Azji, okazało się, że  wcale nie wprowadziłam do niej żadnej egzotyki! Że wcale nie popisuję się przed mężem mega niebywałym przysmakiem rodem z Tajwanu! (Nie! Wcale nie ubliżam smakowi scalion pankake, nie w tym rzecz.)
Gdy mąż wrócił z pracy, a ja podałam mu z dumą moje starania na talerzu, on ucieszył się i powiedział do mnie, że zrobiłam mu smak jego dzieciństwa! Kiedyś babcia też mu robiła kartałak.
Yyyy??? Miało być egzotycznie, mężu, miałam cię zaskoczyć i powalić na kolana. I tym sposobem zamiast egzotycznie, było pospolicie! Okazuje się, ze zupełnie przypadkiem zrobiłam bułgarski przysmak narodowy. Ręce opadają. Weź tu zaskocz męża, coby w małżeństwie nudą nie wiało.


P.S.       Natalia i Dorota - dziękuję Wam za inspirację i za pyszny przepis.
P.S. 2     Jeśli ktoś chciałby wygooglować bułgarski kartałak, prawidłowy zapis tego słowa to  карталак. (Podobny, ale jednak to nie to samo.)


środa, 4 lutego 2015

Słońce Ty Moje!


Zainspirowana przepisem, który znalazłam w gazetce, upiekłam szpinakowe słoneczko. Wyszło przepyszne. Jeśli kogoś interesuje przepis, z radością się nim podzielę.

Ciasto
Ja zrobiłam ciasto pierogowe i nie trzymałam się recepty. Chciałam, żeby słońce było jak najmniej kaloryczne, bez tej przeklętej szklanki oleju. Autor przepisu proponuje jednak ciasto zarobić z następujących składników:
400 g mąki
2/3 szklanki oliwy z oliwek (pewnie olej też by się sprawdził)
1 szklanka białego wina
1 łyżeczka soli
1 proszek do pieczenia

Farsz
340 g ugotowanego szpinaku
340 g sera feta
1 jajo
sól do smaku

Do posypania
bułka tarta
przyprawy/ziarenka kminku/sezam

Do smarowania
1 żółtko
łyżka oliwy z oliwek


Wykonanie:
Podgotować szpinak, zostawić do ostudzenia.
Zarobić ciasto.
Połączyć składniki przeznaczone na farsz.
Ciasto dzielimy na dwie części. Z pierwszej robimy duże koło. Posypujemy go bułką tartą, której zadaniem jest wchłonąć ewentualną wodę pozostałą z ugotowanego szpinaku. Na środek dajemy najwięcej farszu, resztę dookoła. Autor proponuje w tym momencie posypać farsz startym żółtym serem, ale to również sobie odpuściłam. Przykryć drugim kołem z ciasta. Niewielkim okrągłym naczyniem odbić środek słońca. Można jeszcze docisnąć końcówką widelca, żeby środek ładnie się odznaczał od promyków.
Powycinać nożem promyczki.



I odwrócić promienie nakładając lekko jeden na drugi. Ja tylko trochę je obróciłam, bo nie miałam tak solidnego ciasta i bałam się, że mi się to wszystko rozwali.


Całość posmarować żółtkiem z oliwą. Środek słońca dodatkowo posypać bułką tartą i ziarnami. U mnie był to po prostu cząber.
Piec w temp. 180', około 40 minut.
(Ciasto według przepisu 30 minut).

A oto moja inspiracja:

Smaczne! Bo uwielbiam szpinak. I wygodnie się je, odrywając pojedyncze promienie.
Jeśli ktoś lubi ciekawe pomysły w kuchni, to do dzieła! 


środa, 17 grudnia 2014

Karp faszerowany



Przedstawiam przepis na alternatywną, zdrowszą od tej smażonej, wersję karpia, który w Polsce śmiało nazwać można karpiem wigilijnym. W Bułgarii nie ma o tym mowy, gdyż teraz trudno jest go dostać w sklepach. Rybne szaleństwo było tu 6. grudnia i karp już na wigilijnym stole nie zagości.

Ale przed tymi, którzy Święta Bożego Narodzenia spędzą w Polsce, jest wiele możliwości podania karpia.

Oto przepis, według którego mój mąż przyrządza tę rybę każdego roku w Mikołajki. Ja zazwyczaj tylko się przyglądam i ewentualnie pomagam w zaszywaniu brzucha.

Do karpia potrzebujemy:
- karpia :)
- kilka cebul
- kilka marchew
- garść orzechów włoskich
-pomidory w puszcze (u nas domowej roboty)
- przyprawy




Wykonanie:
Powinnam chyba zacząć od tego, jak przygotować rybę, ale to zakładam, że każdy, kto się do żywej ryby zabierać będzie, ten wie... W każdym razie ryba ma być oczyszczona i, co gorsza dla ryby, martwa i pozbawiona wnętrzności. Straszne, wiem.
Pokrojone na drobno, świeże warzywa podsmażyć, dodać pomidory i posiekane orzechy. Dusić. Doprawić solą i pieprzem.





Po czym mój mąż posypał sobie solą ręce i pogłaskał nimi rybę z każdej strony. Od  wewnątrz i od zewnątrz.



Gotowym farszem wypełniamy rybę i prosimy asystenta o zaszycie rybie brzucha. Resztę farszu wyłożyć w naczyniu tuż obok rybki.





Piec w wysokiej temperaturze około 1,5 godziny.


 ***

Poza tematem (prawie)



Kalinę karp strasznie zaciekawił. Uczymy ją nazywać świat i gdy zobaczyła rybę, mówiłam jej kilkakrotnie "Kalinko, to jest RYBA. Powiedz  r y b a."
Hristo wykonuje w tym czasie swój bułgarski obowiązek edukacji naszego dwujęzycznego dziecka i mówił do niej kilkakrotnie to samo, tylko po bułgarsku "Kalinko, tova e RIBA. Kaji  r i b a".

I spodziewaliśmy się wtedy, że nasze dziecko wiernie, jak papużka, powtórzy za nami ryba, bądź riba, a Kalinka na to powiedziała z wielką pasją i błyskiem w oku "Jeeeeełooooo".

Mówię do dziecka:
- Niee, to nie jest jeeeełoooooo, to jest ryba. 

Ale Kalina wie swoje. Wtedy jeszcze przez myśli mi przeszło, że może nas dziecko karci za zabójstwo ryby i wyzywa od jełopów, ale ona przecież nie zna takiego słówka.
Od tej pory gdy tatko ogląda Hobby Tv, gdzie panowie trudnią się rybołówstwem, na widok ryby Kalina krzyczy Jeeeeeełooooo!, a gdy pokazuję jej książeczkę ze zwierzątkami, to słusznie - piesek robi hau, kotek robi miał, owca robi bee. A co robi ryba? Jeeeeeełoooooo!

Nie wiem, jak dzieci potrafią sobie coś ubzdurać, co ona wtedy myśli i dlaczego to jeeeeełoooo przyszło jej do głowy? Jak wymyśliła to słówko i jak go zapamiętała i przypisała go rybie?
Zapomni?


czwartek, 6 listopada 2014

Dynia



W moim rodzinnym domu odkąd pamiętam dyni się nie jadało. Gdy spytałam mamę, co zrobiłaby z dyni, ta po dłuższym namyśle stwierdziła, że zrobiłaby dżem do słoików, by w zimie służył jako farsz do naleśników.

Tu w Bułgarii nikt by tak nie cudował, a już na pewno by się tak nie zastanawiał, jak wykorzystać dynię. Z dyni przyrządza się tikwenik, o którym pisałam w zeszłym roku. Lub też... jada się ją tak.. po prostu!

Nawet wstyd pisać przepis na przyrządzenie dyni, gdyż jest on tak banalny, jak ugotowanie parówek!

Obrać dynię, pokroić i niech się piecze w piekarniku. Na 10 minut przed końcem pieczenia posmarować od góry miodem i posypać orzechami.

Mniam, mniam i jeszcze raz mniam! Ten przysmak króluje jesienią każdego dnia w naszym domu, bo i dyni mamy całe mnóstwo na działce, więc zajadamy się witaminkami.
Pyszny smak, wspaniały i zdrowy deser.

Polecam!


P.S. Jako ciekawostkę językową dodam, że dynia po bułgarsku to tikwa, stąd nazwa przysmaku, na który przepis podałam w zeszłym roku - tikwenik. W języku bułgarskim istnieje jednak słowo dinia, które oznacza arbuz!

wtorek, 23 września 2014

Ryba urodzinowa

W zeszłym tygodniu mężowi stuknęła 30-tka! Impreza urodzinowa planowana była od dawna, a że urodziny wypadały mu akurat w środę, byłam przekonana, że świętować, balować i pić do białego rana będziemy w sobotę.
Ale! Mój mąż nie byłby sobą, gdyby nie informował mnie o sprawach na ostatnią chwilę. Widziałam cały wtorek, że do nikogo nie dzwoni, nikogo nie informuje o imprezie, nikogo nie zaprasza. Było dla mnie więc jasne jak słońce, że w środku tygodnia jedynie złożymy mu życzenia, a do urodzinowego stołu zasiądziemy na weekendzie, gdy większość naszych przyjaciół będzie miało wolne w pracy.
W środę rano mąż spytał - a jak Ty tę rybę to musisz chyba odmrozić, co nie?

Myślałam, że go uduszę. Tak, odmrozić miałam ją dzień wcześniej przed imprezą i przygotować ją również dzień wcześniej przed imprezą. A w dzień imprezy miałam robić tort i sałatki! Ale nieeee.... Przecież równie dobrze mogę zrobić wszystko na ostatnią chwilę....

Tak więc na tort brakło mi czasu i zamiast niego był SZCZUPAK URODZINOWY.



Hristo uwielbia łowić ryby. Jakiś czas temu oznajmił, że jedzie nad jezioro. Powiedziałam mu, że bez ogromnego szczupaka ma nie wracać do domu   :P    bo tenże szczupak będzie mi potrzebny na urodziny. Słowa dotrzymał :) Nie wiem jakim cudem, ale dowód na to, że złowił, a ni kupił, mi przedstawił:


  

3-kilogramowy szczupak zamieszkał w naszym zamrażalniku i czekał na uroczysty dzień. Nigdy, przenigdy w życiu nie patroszyłam ryby i wzdrygam się na samą myśl, ale czego się nie robi dla męża. Kiedyś oglądaliśmy razem zupełnie przypadkiem program "Smaki polskie" na TVP Polonia i tam właśnie widzieliśmy ten przepis. Postanowiłam wtedy, że zrobię taką rybkę, jako królewską potrawę na jego urodzinowym stole. Przepis znaleźć można klikając TUTAJ.


Więc cóż, solenizant został ukarany za to, że raczył zawalić mnie robotą na ostatni moment i torta na urodzinowym stole brakło. Za to rybka - pierwsza klasa. Przyszło kilku znajomych, a Kalina - istny aniołek! Zupełnie jakby wyczuła, że ma grzecznie spać. Położyłam ją spać o 20.00, zasnęła niemalże natychmiast i przez całą noc spała jak suseł. Nie raczyła się przebudzić ani na sekundę, ani jeden raz. Co czasem wstaję do niej w nocy dać jej się napić. Tym razem jakby wiedziała, że mama z tatą imprezują, więc nie będzie im przeszkadzać. Znajomi nawet mówili, że pewnie Kaliny nie ma, że tak cichutki śpi i głosy dochodzące z salonu jej nie budzą. Myśleli nawet, że zostawiliśmy dziecko u teściów, tylko ściemniamy, że śpi :) Balowaliśmy do 3.00 w nocy. Cieszę się, mimo że byłam wyczerpana i za kilka godzin miałam wstać do dziecka, założyć uśmiech na usta i zapomnieć o bólu głowy, to cieszę się, że impreza się udała, że bawiliśmy się dobrze, że te urodziny były dla męża niezapomniane.



czwartek, 24 lipca 2014

Faszerowana papryka ze serem feta


Uwielbiam bułgarską kuchnie, szczególnie latem, gdy jedzenie jest lekkie, soczyste i świeżutkie! Bułgarzy czerpią z natury pełnymi garściami i obiady dostosowane są do obecnego sezonu. W lecie na stole królują warzywa, a poniższa obiadowa wersja jest moją ulubioną, za którą zimą tęsknię!

Obiad lekki, pachnący, śmiesznie łatwy w przygotowaniu i do tego, mimo że wegetariański, to bardzo sycący. Co zawdzięcza dużej ilości białka.

Składniki:
- ok.  12 papryk
(Oczywiście ja tutaj używam tzw. czuszek. Czuszka to bułgarska odmiana papryki o podłużnym kształcie.)
- 5 jaj
- 300 dkg sera feta
- natka pietruszki
- łyżka mąki
- sól
- olej do natłuszczenia blachy


Przygotowanie:

1. Umyć papryczki i pozbawić je wnętrza!
2. W naczyniu wymieszać jajka z fetą, solą i natką pietruszki. Jeszcze lepiej! Ja je potraktowałam blenderem!
3. Ułożyć papryczki na namaszczonej tłuszczem blaszce i faszerować. I wcale się nie przejmować, że farsz jest rzadki. Wypełniamy papryczki do 3/4 jej pojemności. Reszta pod wpływem temperatury urośnie i wypełni się sama spulchnionym już farszem.
(Gdy robiłam te czuszki po raz pierwszy, nieświadoma wypełniłam farszem całą paprykę, po same brzegi. Po czym jak to wszystko zaczęło rosnąć, wyglądały strasznie.
Ups... sorry, mężu.... yyyyy... no uczę się.... Teraz już pojęłam, jak należy je przygotować. Farsz urośnie!)
4. Brzegi papryki i wierzchnią warstwę farszu posypać odrobiną mąki. Ma to za zadanie zatrzymać górę, hmmm... dzięki tej mące góra tak ładnie "zakrzepnie".
5. Podlać blachę wodą, 1,5 - 2 cm wody.
6. Piec w temp. 190-200 stopni około 30 minut.


Z racji super modnych, wszędobylskich metamorfoz, "przed" i "po", z makijażem i bez makijażu....
Moje papryczki też chciały być na czasie i swoją przemianą się chwalą!



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Jaja po panagiorsku


Ja wiem, dobrze wiem i widzę, jak wygląda to zdjęcie i wiem, jaka może być pierwsza myśl związana z tym daniem. Ale bez obaw. To na prawdę, wbrew wszelkim pozorom, nie jest nic obrzydliwego!

Jaja po panagiorsku to popisowe danie mojego męża. Jedno z moich ulubionych bułgarskich dań. Niezwykle sycące. Idealne na letnie upały, banalnie proste. Tak proste, że pozazdrościć wypadałoby Bułgarii pomysłów kulinarnych. To mi się tu podoba - nie stoisz w kuchni pół dnia lepiąc pierogi, nie rozkładasz przygotowania krokietów na dwa dni. Tu większość dań robi się raz-dwa. I chyba znajduję tego wytłumaczenie. Gdy przychodzi lato, a wraz z nim baaaaaaaardzo wysokie temperatury, nikt rozważny nie podkręca sobie w domu ciepła stojąc przy garach i ścierając przy tym krople potu z czoła. Przyrządzić obiad należy szybciutko.

Jak zatem przygotować to niezbyt piękne, ale jakże smaczne danie?


Składniki:
- jajka (Ile jest się w stanie zjeść. Powiedzmy - 3 na głowę.)
- ser biały 200 gr
- jogurt naturalny - 1 duży kubeczek
- 2-3 ząbki czosnku
- 4-5 łyżek oleju
- 1 łyżka octu
- 1 łyżka czerwonego pieprzu
- sól - opcjonalnie. Jak bułgarski ser, to bez soli, jak polski - sól niezbędna.

Przygotowanie:

Przyrządzamy jajka w koszulce. Należy zagotować więc wodę w garnku z dodatkiem 1 łyżki octu. Gdy woda zacznie wrzeć, wrzucać do niej po kolei jajka. Gdy będą gotowe - wyłożyć je na talerz. Pokruszyć ser biały, dodać sól, jeśli ser nie jest słony. I polać wszystko jogurtem naturalnym. Doprawić czosnkiem do smaku.
Na patelni rozgrzać olej z czerwonym pieprzem. Taką zalewajką polać danie.
Gotowe!

Super smakuje, wierzcie mi ;)

wtorek, 25 lutego 2014

Tikwenik


Tikwenik - to wspaniały zimowy deser z dynią, orzechami i cynamonem.
Świetny, bo to taki zdrowy wypiek. Przecież dynia to witaminowa bomba!
W Polsce niewiele osób ma pomysł, jak w kuchni ją wykorzystać. Wydaję mi się, że tikwenik byłby ciekawym pomysłem na nadchodzące polskie święto - tłusty czwartek.
Tu w Bułgarii zimową porą dynia króluje.
Tikwenik rules!


Na wstępie muszę zaznaczyć, że mistrzem kuchni to ja nie jestem. Umiem wprawdzie gotować, wcale chyba nieźle. Czasem nawet wyjdzie mi coś, z czego jestem dumna przez co najmniej tydzień i mniej więcej tyle czasu żądam od męża komplementów na temat mojego kulinarnego cudu. Ale te cuda zazwyczaj są przypadkowe.
Nie wiem, jak ludzie to robią, że gotując, przyrządzając jakieś danie, mają wokół siebie idealny porządek. Moja kuchnia zwykle jest wtedy nie do poznania....

Do rzeczy!


Do przygotowania tikwenika potrzebujemy:

* 1 opakowanie ciasta filo
(w Bułgarii skoczymy po nie do najbliższego sklepu, w Polsce do największego hipermarketu.)
* 1 kg dyni
* 3/4 szkl. cukru
* 0,5 szkl. orzechów włoskich
* cynamon
* olej
* cukier puder


I zabieramy się do roboty:

1. Obraną i pozbawioną wnętrza ( ! ) dynię ścieramy na tarce. Dodajemy cukier, cynamon (ja daję 10 g) i posiekane orzechy. Mieszamy składniki.

                                   
Łączę składniki


Mieszam

( Popijam sobie winko w międzyczasie )

2. Natłuszczamy olejem blachę do pieczenia. Nakładamy na pojedyncze płaty ciasta filo niewielką warstwę farszu i zawijamy. Uwaga - każdy płat ciasta powinien być nasmarowany cieniutką warstwą oleju. Chodzi o to, że ciasto nie może być suche.


ciasto filo

natłuszczam naczynie

natłuszczam ciasto
nakładam porcję farszu
zawijam


3. Układamy ruloniki dookoła.

Układam


i już prawie ułożyłam


4. Od góry znów smarujemy olejem. Bo na prawdę ciasto nie może być suche.


smaruję


5. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku aż się zarumieni.
U mnie to było 190 stopni i 25 min.

Piekę sobie i czekam i popijam!

6. Gdy tikwenik ostygnie, posypujemy go cukrem pudrem.


Gotowe!


* Myślę, że zamiast ciasta filo można użyć ciasta francuskiego. Wtedy pewnie pasowałoby wyłożyć naczynie jedną warstwą ciasta, dodać farsz i przykryć drugą częścią ciasta. Na brzegach zrobić fantazyjne warkocze.
CHYBA można :)! Bo tak jak mówiłam, mistrzem kuchni nie jestem, więc i przekonania co do tej opcji nie mam.... A i moje pichcenie nie jest profesjonalne, więc wszelkie uwagi przyjmuję z pokorą,

** A dynię można jeszcze inaczej zajadać. - Obrać, pozbawić wnętrza, pokroić na kawałki i te kawałki upiec do miękkości. Pod koniec pieczenia otworzyć piekarnik i posmarować kawałki od góry miodem. Po upieczeniu można ewentualnie jeszcze ciepłą posypać orzechami włoskimi.



Takie oto, między innymi, są smaki Bułgarii, które - jak już wiadomo - UWIELBIAM!